http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

In vitro. Nazywam się Niepłodność

Anna Krawczak*
2009-03-02, ostatnia aktualizacja 2009-03-01 15:05

Czekaliśmy na nasz cud cztery lata. Moje dziecko jest wymarzone, wyczekane i wymodlone. I oto słyszę z ust biskupa Pieronka, iż my i nasze dziecko stanowimy realizację idei Frankensteina

ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
Mam 28 lat i jestem w siódmym tygodniu ciąży uzyskanej drogą In vitro. Zdaniem profesora Chazana, dyrektora Szpitala im. Świętej Rodziny w Warszawie, za niepłodność odpowiada wczesny wiek inicjacji seksualnej, duża liczba partnerów seksualnych i opóźnianie decyzji o ciąży. Wbrew tym twierdzeniom nigdy nie poddałam się aborcji, nie prowadziłam rozwiązłego seksualnie życia, nie zachorowałam na żadną z chorób wenerycznych, zaś antykoncepcję hormonalną stosowałam przez rok przed urodzeniem swojego ośmioletniego dziś syna. Moja niepłodność nie jest konsekwencją rozwiązłości. Nie jest, jak sugeruje Chazan, karą za grzechy. Jest pechem. Oto znalazłam się w niewłaściwym szeregu statystycznym. Obok mnie stoją trzy miliony Polaków.

To, co napisałam wyżej, jest poniżające. Czy was rozlicza ktoś z waszego pożycia seksualnego i wyborów prokreacyjnych? Czy musicie stawać przed grupą obcych ludzi, aby przekonać ich, że warto was leczyć? Tak, nasza sytuacja jest upokarzająca. Upokarzające jest tłumaczenie się z pragnienia realizacji elementarnej potrzeby biologicznej. Nikt tego nie wymaga od pana Pawła Poncyljusza, posła PiS i ojca trojga dzieci, czy pana Łukasza Abgarowicza, senatora Platformy Obywatelskiej i ojca pięciorga dzieci. Nikt ich nie pyta, czy zasługują na bycie ojcami, czy ich pragnienie przekazania genów nie jest "egoizmem", a motywacja rodzicielska jest wystarczająco silna. Jestem przekonana, że podobne pytania odebraliby jako świadectwo bezczelności. I słusznie. Nie rozumiem, dlaczego dziś niemal wszyscy dorośli Polacy zaglądają w moje majtki i poczuwają się do ferowania wyroków na temat tego, co w nich znajdą.

Jakość mojego macierzyństwa różni się od jakości macierzyństwa żony senatora Abgarowicza jedynie geografią poczęcia. Okazuje się jednak, że dziś w Polsce miernikiem egoizmu jest właśnie miejsce spotkania dwóch gamet, męskiej i żeńskiej. Dla konserwatywnej prasy, przedstawicieli Kościoła i części polityków stałam się egoistką, bo moja komórka jajowa nie spotkała się z plemnikiem mojego męża w zaciszu małżeńskiej alkowy, tylko na szalce Petriego. Analogicznie: pan Abgarowicz nie jest egoistą, bo miał możliwość spłodzenia swoich dzieci bez pomocy współczesnej medycyny.

Liczyliśmy na cud

Jeszcze cztery lata temu nie wiedziałam, że problem niepłodności mnie dotknie. Wszystko miało być po bożemu, niczym w reklamie detergentów pokazującej szczęśliwe życie rodzinne. Niepłodność dotyczyła innych. My żyliśmy w sielance. Po półtora roku monitorowania owulacji i śledzenia cyklu - a więc tego, co zaleca promowana przez Kościół naprotechnologia - zdecydowaliśmy się pójść do kliniki leczenia niepłodności. To było nasze Waterloo, niepłodność wydawała się piętnem, sama myśl o tym, że ten problem może nas dotyczyć - porażką.

Dostaliśmy diagnozę. Pamiętam tylko, że staliśmy przy samochodzie i paliliśmy papierosy, choć rzuciliśmy palenie, kiedy zdecydowaliśmy się na dziecko. Nie powiem, że byliśmy "załamani". Tego, co dzieje się w duszy niepłodnych ludzi, nie da się opisać żadnym przymiotnikiem. To jak powolne obumieranie, przekonywanie się z każdym kolejnym miesiącem, że los z nas szydzi. Nie podjęliśmy leczenia, wierzyłam, że na przekór faktom uda nam się naturalnie zajść w ciążę. Bóg nam pomoże, natura okaże się łaskawa, wydarzy się cud.

Było coraz gorzej. Do frustracji z powodu każdej wiadomości o ciąży w rodzinie i wśród znajomych doszły kryzysy małżeńskie. Każdy z nich zaczynał się zastrzeżeniem, że w ogóle nie chodzi o problem niepłodności, lecz o sprawy obiektywne. I każdy kończył się wspólnym płaczem nad brakiem dziecka. Nasza jałowość tkwiła w nas jak cierń. Brak dziecka był bardziej namacalny niż czyjakolwiek obecność. Każdy cykl zaczynaliśmy z nadzieją, a kończyliśmy z rozpaczą. W kwietniu 2008 roku podeszliśmy do pierwszej inseminacji zakończonej porażką. Podobnie jak dwie następne.

W listopadzie 2008 roku okazało się, że mój zegar biologiczny przyspiesza - wygasa mi funkcja czynności jajnikowej. To oznaczało, że wkrótce może nie być dla nas innej możliwości poczęcia biologicznego potomstwa niż skorzystanie z komórki jajowej innej kobiety. W wieku 28 lat stanęłam nagle przed wizją menopauzy. Dlaczego? Znów wpadłam w zły szereg statystyczny. Tym samym sytuacja stała się klarowna - albo in vitro, albo bezdzietność. W styczniu 2009 roku podeszliśmy do zabiegu in vitro. Udało się. Będę matką.

Dzieci w kanalizacji?

W tle naszych zmagań toczył się zaciekły spór. Podobno o dobro zarodka. Wszyscy, którzy mieli do czynienia z leczeniem niepłodności, wiedzą jednak, że proponowane dziś w polskich klinikach zapłodnienie pozaustrojowe spełnia kryteria etyczne. Żaden embrion nie jest uśmiercany, odrzucany ani - jak to sobie roją dziennikarze "Naszego Dziennika" - spuszczany do kanalizacji wraz ze swoimi braciszkami i siostrzyczkami. Nikt nie przeczy, iż część zarodków może samoistnie obumrzeć, ale dokładnie to samo dzieje się w przy ciąży naturalnej. Jedynie 30-40 proc. naturalnych ciąż zostaje utrzymanych, reszta jest roniona, najczęściej bez wiedzy samej kobiety.

Nie wierzcie we wstrząsające opisy selekcjonowania małych człowieczków, które przemawiają do wyobraźni posła PiS Bolesława Piechy. Kilkukomórkowy zarodek, bo o takim jest mowa w przypadku in vitro, w warunkach naturalnych nie opuściłby jeszcze jajowodu, jest więc zaledwie zalążkiem życia złożonym z kilku komórek. Dopiero zaczyna swoją wędrówkę ku macicy. Różni się on zasadniczo od setek kilkutygodniowych płodów z bijącymi sercami, które w swej ginekologicznej karierze usunął pan Bolesław Piecha. Oczywiście zanim zaczął być gorącym przeciwnikiem aborcji i na długo przedtem, nim wpadł na pomysł napisania ustawy o całkowitym zakazie in vitro w Polsce.

Jako osoba niepłodna proponuję posłowi Piesze, by ewentualne zawodowe traumy leczył w placówkach do tego przeznaczonych i tam szukał rozgrzeszenia oraz przebaczenia, o ile ich potrzebuje. Nie godzę się, aby choroba trzech milionów ludzi w Polsce była traktowana jako ekspiacyjna trampolina dla kogokolwiek. Proszę sobie poszukać innych ofiar, panie pośle.

Z ust biskupa Stanisława Napierały słyszymy: "Innym ogromnie ważnym zagadnieniem, które pojawia się w technologii zapłodnienia in vitro, jest uśmiercanie ludzkich zarodków, czyli ludzi w pierwszym stadium ich istnienia. Aby udało się jedno poczęcie in vitro, musi po drodze niekiedy zginąć wiele ludzkich embrionów, uznanych dla różnych powodów za nieodpowiednie. Jest to właściwie aborcja, z tym że selektywna ( ). Okazuje się, że środowiska, gdzie przeprowadza się zapłodnienie in vitro, nie liczą się ani z moralnością, ani z ludzką godnością".

Te słowa są kłamstwem. Aby udało się poczęcie in vitro, żaden embrion nie musi ginąć. Moja ciąża nie jest okupiona śmiercią żadnego zarodka i nie życzę sobie propagowania treści kłamliwych i obraźliwych dla ludzi chorych na niepłodność.

Klacz rozrodowa

Dr Urszula Dudziak, instruktor Naturalnych Metod Planowania Rodziny i wykładowca na KUL, zadaje retoryczne pytania, wyobrażając sobie, co czuje kobieta w ciąży z in vitro: "Czy rzeczywiście kobieta może się czuć szczęśliwa, gdy jest potraktowana jak klacz zarodowa, gdy jej mąż jest sprowadzony do roli dawcy nasienia, gdy dzieci zamiast ciepła matki dostają płyn hodowlany, szkło probówek i chłód zamrażarki?". Powinnam się poczuć znieważona jej ignorancją.

Od dr Dudziak różni mnie to, że nie muszę się zdawać na wytwory chorej fantazji. Ja tego doświadczyłam. Widziałam na ekranie monitora dwoje moich dzieci, które zostały umieszczone w moim brzuchu. Od tej chwili byłam w ciąży, choć nie miałam wpływu na to, czy ta ciąża się utrzyma, czy nie. Doceniam zoologiczną wrażliwość dr Dudziak, więc nie będę jej namawiać na in vitro. W zamian oczekuję zwykłej ludzkiej przyzwoitości - milczenia wobec dramatów, których nie rozumie.

Czekaliśmy na nasz cud cztery lata. Moje dziecko jest wymarzone, wyczekane i wymodlone. I oto słyszę z ust biskupa Pieronka, iż my i nasze dziecko stanowimy realizację idei Frankensteina. Inny duchowny, ksiądz Dariusz Oko, oznajmia publicznie, iż "zwykle przy jednym dziecku, które się rodzi, uśmierconych zostaje około 20 zarodków". Ta konstatacja jest tak absurdalna, że trudno ją nawet skomentować. Jeśli ksiądz Oko ma takie informacje, to odpowiednim miejscem do ich przekazania jest prokuratura, a nie fotel w studiu telewizyjnym redaktora Lisa.

Ksiądz Leszek prowadzi w internecie blog, którego celem jest walka z in vitro. Pyta tam dramatycznie: "A czy dziecko z in vitro nie usłyszy od rodziców: zamówiliśmy cię za kupę forsy to teraz, mały, nie podskakuj, masz mieć same szóstki w szkole, musisz grać na instrumencie, znać pięć obcych języków, bo my płacimy za twoją naukę i ty musisz... problem w mentalności konsumpcjonistycznej. No właśnie, tylko czy będzie mogło mieć same szóstki, skoro jego organizm jest słabszy niż dziecka powstałego z naturalnego zapłodnienia?".

Istnieje granica, po przekroczeniu której głupota przestaje być zabawna, staje się przerażająca. Ks. Leszek uważa, iż dzieci poczęte in vitro są słabsze intelektualnie i fizycznie od dzieci poczętych naturalnie. Mogłabym mu przedstawić wyniki badań wrocławskich antropologów, którzy jako jedyni w Polsce przeprowadzili badania porównawcze dzieci poczętych drogą in vitro i dzieci poczętych metodą naturalną. Myślę jednak, że nie byłby zainteresowany informacją, iż nie ma żadnych różnic rozwojowych między tymi grupami. Populizm zawsze sprzedawał się lepiej niż prawda.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2
  • 1
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    23 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':