- Kiedy już dziecko pójdzie spać, oglądamy z żoną telewizję. Od czasu tej sytuacji w Gazie to głównie aktualności. Przeskakuję po różnych kanałach z informacjami, po półgodzinie żona ma dość i idzie poczytać książkę. Ja dalej śledzę wiadomości i na którymś etapie zasypiam przed telewizorem albo zaczynam płakać. Zależnie od liczby zabitych tego wieczoru.
- Ma pan jakieś inne rozrywki oprócz drzemki bądź płaczu przed telewizorem? - pyta terapeutka.
- Bawię się z moim trzyletnim synkiem - odpowiadam bez wahania. - Bardzo to lubię.
- Niech mi pan opisze taką typową zabawę - prosi.
- Kładę się na plecach na dywanie w jego pokoju, a on stoi na łóżku i rzuca we mnie różnymi rzeczami. Przeważnie miękkimi - poduszkami itepe, ale czasem potrafi też lokomotywą albo latarką i wtedy przerywam zabawę i go upominam. To może bardzo zaboleć, jakby tak rzucić w panią lokomotywą.
Nie odpowiada, tylko kiwa głową. Wyczuwam, że nie jest zadowolona.
*
Mój agent mówi, że muszę napisać jeszcze jedną książkę, najlepiej powieść. Jeśli się da, to taką z historią miłosną, która traktowałaby o narastającej fali fundamentalizmu islamskiego.
- Od ostatniej minęło już siedem lat - mówi. - Mamy u nas w wydawnictwie wielu pisarzy, co wydają książkę raz na dwa lata. Leniwi publikują co trzy. Ale siedem lat - co to jest? Powiedz no mi, co ty robisz z czasem?
- Patrzę dużo na aktualne wydarzenia w telewizji - próbuję się bronić. - Bawię się z dzieckiem.
- To żadna wymówka - stwierdza. - Wywal telewizor, weź opiekunkę. I pisz coś wreszcie, pisz, pisz, pisz.
- Nie mogę wyrzucić telewizora - walczę. - Tam jest wojna, muszę być na bieżąco. A jeśli chodzi o opiekunkę, to po prostu nie da rady. On w nie rzuca różnymi rzeczami. One tego nie lubią...
- Daj już spokój z tymi wszystkimi żałosnymi wykrętami - przerywa mi. - Wyjdź z narożnika. Ja chcę, żebyś zaczął pisać, pisać, pisać. Jestem agentem tych, co piszą, a nie wynajdują wykręty.
*
Dziewczyna z telemarketingu uważa, że muszę sobie zafundować kanał Ego, specjalny kanał kablówki wyłącznie dla mężczyzn. Łapie mnie dokładnie wtedy, kiedy właśnie mam odbierać dziecko.
- Nie, dziękuję - mówię, otwierając żelazną furtkę przedszkola.
Głos ma miły, trafiający do przekonania. Nieprzyjemnie mi jest odmówić.
- Ale nie słyszał pan jeszcze, jakie pasjonujące programy są na tym kanale - upiera się. - Wyścigi Formuły 1...
- Przykro mi... - próbuję zakończyć rozmowę.
- Boks tajlandzki - nie rezygnuje.
Źródło: Gazeta Wyborcza