W sobotę prezydent
Lech Kaczyński jedzie do Huty Pieniackiej pod Lwowem, by oddać hołd kilkuset Polakom zamordowanym 65 lat temu w pacyfikacji, której dokonał batalion policyjny SS złożony głównie z Ukraińców z Galicji. Wspierała ich partyzantka ukraińska (mówi o tym Grzegorz Motyka w wywiadzie na s. 22). Była to zbrodnia niemiecka, bo
Niemcy wydawali rozkazy, ale wykonana rękami ukraińskimi.
Do Huty Pieniackiej pojedzie także prezydent Ukrainy
Wiktor Juszczenko. Będzie to kolejny ważny znak, że pojednanie polsko-ukraińskie nie jest pustym słowem.
Po uroczystościach sprzed trzech lat z udziałem Kaczyńskiego i Juszczenki w podrzeszowskiej Pawłokomie, gdzie to polskie podziemie zabiło w 1945 r. kilkuset Ukraińców, kolej na gest strony ukraińskiej. Prezydent Kaczyński miał odwagę być w Pawłokomie, choć naraził się swoim prawicowym wyborcom. Miał także odwagę tonować nastroje w Polsce podczas zeszłorocznych obchodów 65-lecia rzezi wołyńskich. Zabrakło wówczas gestu, że Kijów rozumie polski ból, choć nie zawsze zgadza się naszym ujęciem historii.
Teraz jest szansa na naprawienie błędu. Pokazanie, że
Ukraina jest także gotowa wyciągnąć rękę do Polski. To potrzebne, by z jednej strony oddać hołd ofiarom, ale także przypomnieć, że w relacjach polsko-ukraińskich w różnych okresach krew lała się po obu stronach. Nie ma sensu dziś wyważać, na kim ciążą większe winy. Nie da się sporządzić bilansu ofiar z kilkusetletniego rachunku krzywd, nie tylko wojen i bitew, ale także codziennych poniżeń czy nieuwzględniania aspiracji drugiej strony.
Nawet z najkrwawszą przeszłością można się uporać. Polska i Ukraina nie powinny ustawać w tych wysiłkach. W ciągu ostatnich lat zrobiono sporo. Duże zasługi mają tu byli prezydenci Kwaśniewski i Kuczma. Juszczenko i Kaczyński idą tą samą drogą, choć radykałowie po obu stronach granicy próbują im przeszkadzać.
Mam nadzieję, że w sobotę w Hucie Pieniackiej zwycięży duch pojednania. Że Polacy i Ukraińcy zobaczą swych prezydentów podających sobie ręce nad grobami ofiar.