"Udział w świętej wojnie to walka przeciwko obcym wojskom okupującym
Afganistan. Wydawanie wojny pakistańskiemu wojsku i zabijanie muzułmanów na pograniczu i w Pakistanie przynosi tylko hańbę mudżahedinom i szkodzi wojnie, jaką toczymy w Afganistanie przeciwko Ameryce i innym okupantom" - napisał mułła Omar w liście do skłóconych komendantów pakistańskich talibów.
Jedni z nich już dawno słuchają jego rozkazów i nie walczą z pakistańskim wojskiem, podczas gdy inni, za radą przywódców al Kaidy, uważają, że w totalnej świętej wojnie prozachodni Pakistan jest takim samym dobrym celem jak
USA.
"Amerykanie ściągają do Afganistanu dodatkowe wojska i snują nowe plany wojenne, by nas zniszczyć. Aby zwyciężyć, my także musimy się zjednoczyć i zamiast prowadzić wojnę w Pakistanie, oszczędzać wszystkie siły na walkę z Amerykanami w Afganistanie" - podkreślił mułła Omar.
Jako pierwsi na rozkaz afgańskiego emira odpowiedzieli najbardziej skłóceni, a jednocześnie najpotężniejsi przywódcy pakistańskich talibów z południowego i północnego Waziristanu - głównej kryjówki i twierdzy afgańskich partyzantów.
Komendant z Waziristanu Południowego Bajtullah Mehsud, oficjalnie naczelny dowódca wszystkich pakistańskich talibów, pogodził się ze swoimi nienawistnymi rywalami mułłą Nazirem z Waziristanu Południowego i Hafizem Gulem Bahadurem, przywódcą talibów z Waziristanu Północnego.
We wtorek zawarli przymierze pod nazwą Rady Jedności Mudżahedinów, które poprzysięgło we wszystkim słuchać mułły Omara i walczyć wyłącznie z Amerykanami. Nienawidzący się komendanci prześcigali się w uprzejmościach i ustępowali miejsca na stanowisku przywódcy. W końcu ustalili, że będą się nim wymieniać i sprawować przywództwo po kolei. Ogłosili też, że przerywają wojnę z pakistańskim wojskiem.
Także mułła Fakir Mohammed, przywódca talibów z Badżauru, zaproponował pakistańskim generałom zawieszenie broni, a nawet w poniedziałek w nocy jednostronnie je ogłosił.
- Nie chcemy wojny z pakistańskim wojskiem, ale wzywamy przywódców z Islamabadu, by przestali być amerykańskimi lokajami - oświadczył mułła Fakir, pod którego wodzą talibowie wiosną zeszłego przejęli kontrolę nad graniczącym z Afganistanem Badżaurem, służącym afgańskim talibom za znakomitą kryjówkę i szlaki do przerzutów wojsk i broni.
Latem, pod naciskiem Amerykanów, pakistańskie wojsko wkroczyło do Badżauru. Od tego czasu w krwawej wojnie zginęło tam ponad 1,5 tys. ludzi, a prawie pół miliona straciło dach nad głową (drugie tyle stało się uchodźcami w wyniku wojny w sąsiedniej dolinie Swatu).
W ostatnich tygodniach wojsko brało górę nad talibami, a gen. Tarik Chan zapowiedział wręcz, że do połowy marca przejmie kontrole nad Badżaurem. Mułła Fakir przekonuje, że pokój można zawrzeć już dziś. Wystarczy, by wojsko wycofało się z Badżauru, wypuściło z więzień talibów i zapłaciło odszkodowanie za straty, jakie talibowie ponieśli na wojnie.
Władze nie odpowiedziały jeszcze na tę ofertę. Same jednak zaproponowały zawieszenie broni w dolinie Swat, i to na warunkach tamtejszych talibów. We wtorek ich komendant mułła Fazlullah, przezywany "mułłą Radio" z powodu rozgłośni radiowej, jaką od lat prowadzi, ogłosił, że przyjmuje rozejm i ogólne zasady pokojowej ugody z władzami.
Jej podstawą ma być zaprowadzenie w Swacie i całej krainie Malakandu prawa koranicznego, które w praktyce może okazać się porządkami i rządami talibów w dolinie odległej ledwie 160 km od Islamabadu.
W geście dobrej woli partyzanci zapowiedzieli, że wypuszczą z niewoli wszystkich żołnierzy, a także że nie będą więcej zakazywać dziewczętom chodzenia do szkół, pod warunkiem jednak, iż nie będą siedzieć w klasach z chłopcami.
Pakistańskie wojsko ogłosiło, że przerywa wojnę z talibami w Swacie, a partyzanci zażądali, by - jako już niepotrzebne - w ogóle zostało wycofane "w bezpieczniejsze miejsca". Według gazety "Dawn" rząd z Islamabadu w ramach "odszkodowań za poniesione na wojnie straty" wypłacił talibom ze Swatu prawie pół miliarda rupii (ok. 6 mln dol.). Właśnie te pieniądze pochodzące m.in. z pomocy rozwojowej USA dla afgańsko-pakistańskiego pogranicza najskuteczniej przekonały talibów do rozejmu.
Według pakistańskich gazet rozejmy rządowi zaproponują wkrótce talibowie z innych pasztuńskich krain pogranicza - Mohmandu, Kurramu, Orakzaju, Kohatu. Walki nie ucichną tylko w Chajberze, przez który wiedzie główny szlak zaopatrzeniowy wojsk USA w Afganistanie z portu w Karaczi. Szlak ten ma być najważniejszym, a być może nawet jedynym celem ataków talibów w Pakistanie.
We wtorek w rozmowie telefonicznej z BBC Hadżi Omar, jeden z komendantów działających w Chajberze talibów, oświadczył, że to, iż Amerykanie gorączkowo zaczęli szukać alternatywnych dla pakistańskiej dróg zaopatrzenia, świadczy, że ataki odnoszą skutek.
Rozejmy z talibami dadzą chwilę oddechu słabemu pakistańskiemu rządowi atakowanemu w kraju za zbytnią uległość Ameryce, a za granicą - za nieprzykładanie się do walki z talibami. Nie bacząc na prośby i groźby Zachodu, Pakistan coraz bardziej zdecydowanie zaczyna zabiegać o własne interesy w regionie. Celem Pakistanu zawsze było i jest to, by w Kabulu panował przyjazny mu rząd, odżegnujący się od współpracy z odwiecznym wrogiem Islamabadu - Indiami.
Pakistańscy przywódcy nie uważają obecnych władz w Afganistanie za przyjazne. Dlatego Islamabad za wszelką cenę usiłuje oszczędzać afgańskich talibów, których w latach 90. jako jedno z trzech państw świata uznawał i których był głównym mecenasem. Już sam fakt istnienia silnych oddziałów talibów sprawia, że rządzący w Kabulu muszą brać pod uwagę życzenia i potrzeby Pakistanu. Bez kryjówek i baz po drugiej stronie granicy afgańskim talibom, podobnie jak mudżahedinom walczącym w latach 80. z Armią Radziecką, nigdy nie udałoby się skutecznie prowadzić w Afganistanie partyzanckiej wojny.