http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Oscary 2009. Laureat skrojony pod gusta

Paweł T. Felis
2009-02-23, ostatnia aktualizacja 2009-02-23 09:20

"Slumdog. Milioner z ulicy" wygrał niemal wszystko, co mógł - osiem Oscarów na dziewięć nominacji. Przewidywalny werdykt to paradoksalnie dowód konserwatyzmu - wyróżniono film niemal idealnie skrojony pod gusta członków Akademii Filmowej

Paweł T. Felis
Paweł T. Felis
Od dawna już Oscary są plebiscytem - sztuka demokracji nie znosi, a werdykty Akademii Filmowej to nic innego, jak - to prawda, dość specyficzny - ranking. O wyborach decyduje średnia statystyczna, a sześć tysięcy Akademików poddawanych jest mniej lub bardziej finezyjnej manipulacji: wiadomo przecież, że ostateczne decyzje zależą m.in. od wielkości i sposobu przeprowadzenia kampanii reklamowej.

Tę "Slumdog. Milioner z ulicy" miał fantastyczną i od kilku miesięcy uchodził za faworyta. Ale osiem Oscarów dla filmu Danny'ego Boyle'a to również wyraźny sygnał nastrojów w Hollywood: po kilku latach, gdy w grze o najważniejsze kategorie pierwsze skrzypce grało kino niezależne, amerykański showbiznes potrzebował powrotu do korzeni. Potrzebował wielkiego widowiska, efektownej, rozrywkowej bajki, która w czasach kryzysu odkurzy najważniejszy sens Fabryki Snów: wzruszenie i pokrzepienie serc.

"Slumdog" (w polskich kinach od najbliższego piątku) to historia 18-letniego chłopaka ze slumsów w Bombaju, który nieoczekiwanie zaczyna odpowiadać na wszystkie pytania w teleturnieju "Milionerzy". Jak to możliwe? Bo - jak pokazują kolejne retrospekcje - miał farta: dzięki serii nieprawdopodobnych przypadków znał odpowiedzi na wszystkie pytania. "Tak, to bajka" - mówił mi parę tygodni temu reżyser Danny Boyle. "Ale bajka, która zasługuje na to, żeby naprawdę się zdarzyć".

Niepokorny niegdyś reżyser z Wielkiej Brytanii, który zaczynał od prowokacyjnego "Trainspotting", a potem przez lata próbował wejść na hollywoodzki szczyt (nieudane "28 dni później", a zwłaszcza "Plaża"), połączył tu ogień z wodą. Telewizyjny format z zamaszystością superprodukcji, amerykański mit z codziennością Indii. Kolorowy, rozedrgany Bombaj tętni życiem - nawet w najgorszej sytuacji bohaterowie nie tracą poczucia humoru i wiary w marzenia. Ale to, co w "Slumdogu" najciekawsze, to odwrócenie perspektywy: to Bollywood przez długie lata imitowało przecież (w tandetnej wersji) hollywoodzkie wzorce. Tym razem Hollywood sięga po to, co w bollywoodzkich produkcjach uwodzi najbardziej: mityczną bajkę z happy endem, muzykę i taniec, lukrowaną aurę umowności i nieprawdopodobieństwa. Wszystko to w perfekcyjnej rzemieślniczo oprawie, która skutecznie przysłania rzekomo realistyczny pazur historii. Jak się bowiem ma filmowy happy end na stacji kolejowej do wydarzeń z listopada ubiegłego roku, kiedy na tej samej stacji dwóch terrorystów zabiło ok. 50 osób?

Na tegorocznej ceremonii wręczenia Oscarów zderzyły się wyraźnie dwa modele kina: rozrywkowo-widowiskowy i niepokorno-autorski. Choć w wielu kategoriach ten drugi przepadł, zignorowany nie został - nagroda dla Seana Penna za genialną kreację w "Obywatelu Milku" (plus Oscar za scenariusz) były wyraźnym ukłonem w stronę ambitnego kina społeczno-politycznego i jednego z najoryginalniejszych reżyserów amerykańskich Gusa Van Santa. Nie przypadkiem, gdy Penn przemawiał ze sceny, publiczność zabawiana tańcami i różnej maści fikołkami zamarła: aktor mówił o równouprawnieniu i wolności, ale też zwrócił uwagę na protesty homofobów przed Kodak Theatre i nazwał je "wstydem dla Ameryki".

Inną wartość miała nagroda dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej. Choć po raz kolejny przegrała Meryl Streep (to jej piętnasta nominacja), wyróżnienie Kate Winslet cieszy. To nie tylko uznanie dla jej świetnej roli w "Lektorze" Daldry'ego (chociaż w "Drodze do szczęścia" Mendesa Winslet była jeszcze lepsza), ale też - co widać było w reakcji publiczności - stosunku do aktorstwa. To przecież Winslet po "Titanicu" miała u stóp hollywoodzki showbiznes, ale nie uległa - zamiast powielać role w superprodukcjach, konsekwentnie wybierała mniejsze, ambitne projekty, stając się jedną z najzdolniejszych aktorek swojego pokolenia.

Chociaż nagrodę za najlepszą animację otrzymał "Wall-E" - jeden z najciekawszych filmów animowanych ostatnich lat - Hollywood nie przestaje być konserwatywne. W technicznych kategoriach nagrodzono choćby (i to trzykrotnie) ledwie poprawny "Ciekawy przypadek Benjamina Buttona", a za kostiumy wyróżniono "Księżnę", historyczną ramotę, w której stroje faktycznie były imponujące, ale jakże mało oryginalne i finezyjne w porównaniu choćby do "Obywatela Milka". Gdybym miał zresztą stawiać na amerykańską superprodukcję, która faktycznie imponująco wykracza poza ramy gatunku, wybrałbym "Mrocznego rycerza", bo w szufladce błahej adaptacji komiksu filmu zmieścić nijak nie można. Film otrzymał jednak wyłącznie dwie statuetki, w tym jedną, która była oczywista - dla zmarłego rok temu Heatha Ledgera za drugoplanową rolę Jokera: zbyt późna to jednak rehabilitacja za niedocenioną kreację aktora w "Tajemnicy Brokeback Mountain".

Po dwóch ubiegłych latach, gdy rywalizacja toczyła się wokół takich filmów, jak "Aż poleje się krew" Andersona, "To nie jest kraj dla starych ludzi" Coenów czy "Miasto gniewu" Haggisa, Hollywood wróciło do tego, co ceni najbardziej. "Slumdog" pozwolił spuścić nieco powietrza i uatrakcyjnić samą galę (tańcom i śpiewom - sprowokowanym przez film - nie było końca). Boyle zrobił film idealnie skrojony pod gusta Akademii Filmowej, ale też film, którego właśnie teraz Akademia bardzo potrzebowała.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 6 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':