Partnerstwo Wschodnie, do którego Polacy razem ze Szwedami przekonali w zeszłym roku całą Unię, ma pomóc naszym wschodnim sąsiadom. Obejmie Ukrainę, Mołdawię, Gruzję, Armenię,
Azerbejdżan, a jeśli władze w Mińsku będą kontynuować demokratyczne reformy, także Białoruś. Z tymi krajami Unia chce budować strefę wolnego handlu, współpracować w energetyce, wspierać poprawę administracji państwowej i społeczeństwo obywatelskie.
Projekt trafił na wyjątkowo korzystny moment polityczny. Dwa kryzysy - w Gruzji oraz gazowy między Rosją i Ukrainą - dobitnie pokazały unijnym przywódcom, że warto się interesować tym, co dzieje się na wschód od UE. W grudniu Komisja Europejska postanowiła przeznaczyć na Partnerstwo 600 mln euro w latach 2010-13.
Korzystny moment trwał jednak krótko. Dziś entuzjazm jest o wiele mniejszy i nie wiadomo, czy państwa UE zgodzą się na finansowanie projektu. Dyskusja na ten temat ma się odbyć w poniedziałek podczas spotkania ministrów spraw zagranicznych UE w Brukseli i będzie gorąca.
Partnerstwo mocno wspierają oprócz Polski i Szwecji inne państwa naszego regionu, m.in. przewodniczący Unii Czesi oraz Brytyjczycy.
Coraz więcej jest jednak sceptyków. Kraje śródziemnomorskie, na czele z Hiszpanią, Portugalią i Francją obawiają się, czy za dużo środków nie popłynie na wschód, zamiast na południe. Dołączyli do nich
Niemcy i Holendrzy, którzy w dobie kryzysu obawiają się dodatkowych wydatków.
Nie pomaga nam fakt, że w zamierzeniu Partnerstwo miało być wschodnioeuropejską odpowiedzią na Unię dla Śródziemnomorza, czyli podobny projekt współpracy z krajami na południe od UE. Tymczasem zainaugurowana z pompą Unia po wojnie w Gazie praktycznie przestała istnieć. Libijczycy stwierdzili wręcz, że "czas skończyć z tym spektaklem, bo marnujemy czas".
Dla krajów południa UE Unia dla Śródziemnomorza jest o wiele ważniejsza od Partnerstwa. Kraje te obawiają się, że Partnerstwo zabierze pieniądze, które mogłyby pójść na ich projekt.
Komisja Europejska będzie przekonywać ich w poniedziałek, że tak nie jest. Ale Niemcy i Holendrzy alergicznie reagują na jakiekolwiek wydatki.
- Kontekst kryzysu gospodarczego i finansowego nie wróży dobrze - uważa eurodeputowany Konrad Szymański (PiS), autor entuzjastycznego sprawozdania o Partnerstwie, które
Parlament Europejski przyjął przedwczoraj. - Może skończyć się tak, że zarówno Unia dla Śródziemnomorza, jak i Partnerstwo Wschodnie będą po prostu nowym opakowaniem dla starej polityki - dodaje Szymański.
Niektórzy zwolennicy Partnerstwa pogodzili się już chyba z ograniczeniem środków. - Teraz najważniejszy jest impuls polityczny, a nie pieniądze - mówi "Gazecie" wysoki rangą czeski dyplomata. Czesi planują na 7 maja w Pradze szczyt przywódców UE i tych krajów, które wejdą do Partnerstwa.
Z Czechem zgadza się Szymański: - Powinniśmy teraz kłaść nacisk na kwestie wiz oraz budowanie strefy wolnego handlu, co niekoniecznie wymaga pieniędzy z unijnego budżetu.
Ale także kwestia wiz budzi w UE obawy. W projekcie znalazły się zapisy, że wszystkie kraje biorące udział w Partnerstwie powinni mieć ułatwienia wizowe takie, jakie mają dziś
Ukraina i
Mołdawia. Niektórzy obawiają się jednak, że zwiększy to nielegalną imigrację, a także otworzy nowy kanał przerzutu dla terrorystów.
Ostateczną decyzję, czy poprzeć Partnerstwo Wschodnie w kształcie zaproponowanym przez Komisję, przywódcy UE mają podjąć za miesiąc. Później, zapewne w kwietniu, rozstrzygnie się kwestia, czy do Partnerstwa zostanie zaproszona Białoruś.
W czwartek w Mińsku był przedstawiciel UE ds. polityki zagranicznej Javier Solana, a 13 marca wybiera się tam komisarz ds. stosunków zewnętrznych Benita Ferroro-Waldner. Jeśli Bruksela uzna, że sytuacja na Białorusi się poprawia, prezydent Łukaszenka, który do niedawna miał zakaz wjazdu do UE, otrzyma zaproszenie na szczyt w Pradze.