http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Europa i muzułmanie. Kto tu jest dzihadystą?

Piotr Buras
2009-02-23, ostatnia aktualizacja 2009-02-20 17:25

Dogmatyczna obrona oświeceniowych wartości przed muzułmanami to największe zagrożenie dla tych wartości

"Wszyscy jesteśmy Gazą!" - krzyczały kilka tygodni temu dziesiątki tysięcy demonstrantów na ulicach Londynu, Paryża czy Aten, protestując wobec izraelskiej operacji przeciwko Hamasowi. W Niemczech największą demonstrację zorganizowała muzułmańska organizacja Milli Görüs, która - podejrzewana o związki z radykalnym islamizmem - znajduje się pod obserwacją służb specjalnych. W Duisburgu, gdzie na jej wezwanie w protestach uczestniczyło 10 tys. osób, do zamieszek nie doszło. Także w innych miastach Europy manifestacje przebiegały pokojowo. Ale o tym, że napięcia na Bliskim Wschodzie to najlepsza pożywka dla ekstremistów w muzułmańskich środowiskach w Europie, wiadomo nie od dziś. Polityczny islam wymierzony przeciwko europejskim wartościom i niestroniący od brutalnej przemocy karmi się mitem ofiary, poczuciem krzywdy doznanej przez świat muzułmański w starciu z cywilizacją Zachodu.

Policja usuwa flagę Izraela

Dzisiaj w Unii Europejskiej żyje około 15 mln muzułmanów, za 20 lat będzie ich dwa razy więcej. „W historii islamu powstała sytuacja bez precedensu: po raz pierwszy wielka liczebnie grupa muzułmanów osiedliła się w krajach o świeckim i liberalnym ustroju. I to w dodatku w tych najbardziej niewiernych, jakie można znaleźć we współczesnym świecie, czyli w Europie Zachodniej. Jak mają tam żyć, między chrześcijanami a Żydami, między »odstępcami od wiary « a niewiernymi?” - pisze znany holenderski socjolog i publicysta Paul Scheffer w głośnej książce „Imigranci”, która w ciągu roku miała w Holandii dziesięć wydań, a niedawno ukazała się także w Niemczech.

W 2004 roku islamista zabił znanego holenderskiego reżysera Theo van Gogha. Wychowani w Leeds i Luton Brytyjczycy imigranckiego pochodzenia dokonali zamachów terrorystycznych w Londynie. W 2005 i 2007 roku doszło do rozruchów na przedmieściach francuskich miast. W Niemczech napływają doniesienia o mordach honorowych zdarzających się w środowiskach muzułmańskich.

"Nadszedł czas, by Stary Kontynent zmierzył się z faktami i dokonał pewnych głębokich zmian w swoim podejściu do imigracji, integracji oraz nadchodzącej demograficznej muzułmańskiej fali" - pisał w maju 2006 roku w "Der Spiegel" redaktor duńskiej gazety "Jyllands Posten" Flemming Rose. To w jego piśmie ukazały się słynne karykatury Mahometa, wywołując nie tylko gwałtowne protesty muzułmanów, lecz także ogólnoeuropejską debatę na temat wielokulturowości. Obecność coraz większej społeczności muzułmańskiej w Europie zaostrza też problemy w stosunku do Żydów i Izraela. Podczas wspomnianej demonstracji w Duisburgu doszło do skandalu. Policjanci usunęli wywieszoną w oknie prywatnego mieszkania flagę Izraela, próbując w ten sposób uspokoić wzburzenie sprowokowanego tym symbolem tłumu. Ciche przyzwolenie części - także lewicowej - opinii publicznej w Europie dla takich jawnie naruszających zasady państwa prawa działań jest faktem. Antyizraelskie i antysemickie nastroje nie są wyłączną specjalnością wyznawców islamu, znajdują w nich jednak oddanych propagatorów.

Przez kilka dziesięcioleci podejście do imigrantów w wielu krajach (Holandia, Wielka Brytania, Niemcy) kształtowała koncepcja multikulturalizmu. Zakładała ona współistnienie obok siebie różnych kultur i religii zachowujących swobodę w kultywowaniu swoich tradycji i reguł postępowania. Zasady nieingerencji i poszanowania odrębności wyznaczały standardy w stosunku do mniejszości. W wielu krajach obecność imigrantów uważano za tymczasową (spodziewano się, że po kilku latach pracy wrócą do swoich krajów), co sprzyjało takiemu podejściu do "gości" w europejskim domu. Ale ci "goście" zostali, a z biegiem czasu dołączyły do nich także ich rodziny. To właśnie pogłębiające się wyobcowanie tych pokoleń imigrantów, które wyrosły już w Europie, jest dla społeczeństw europejskich jednym z najpoważniejszych wyzwań. Czy w Europie czeka nas nieuchronna konfrontacja w duchu Huntingtonowskiego "zderzenia cywilizacji", której zwiastunami są dotychczasowe napięcia?

Makabryczna śmierć van Gogha

Jedna z najważniejszych książek poświęconych odpowiedzi na "islamski problem" Europy, znakomity esej Iana Burumy "Śmierć w Amsterdamie. Zabójstwo Theo van Gogha i granice tolerancji", wyszła w zeszłym roku po polsku. Autor, znany z łamów "Gazety" holenderski publicysta mieszkający w Stanach Zjednoczonych, przyjechał do rodzinnego kraju wkrótce po morderstwie reżysera. "Zimą 2004 Holandia jak gdyby wypadła z zawiasów, a ja chciałem lepiej zrozumieć, co się właściwie dzieje" - pisze Buruma. Van Gogh, którego śmierć stała się przyczyną ogólnonarodowej histerii, celował w "obelżywej krytyce" nie tylko islamu, lecz wszystkiego, co jego zdaniem zagrażało wolności słowa lub miało związek z religią. Muzułmanów nazywał "kozojebcami", Jezusa - "zgniła rybą z Nazaretu", nie oszczędzał także Żydów. Wraz z Ayaan Hirsi Ali, imigrantką z Somalii, która po dramatycznych przejściach porzuciła islam i stała się jego ostrą krytyczką, nakręcił film "Posłuszeństwo" poświęcony brutalnemu traktowaniu kobiet w rodzinach muzułmańskich. Obrazy ciał nagich kobiet na tle tekstu Koranu wyznawcy islamu uznali za bluźnierstwo. Makabryczna śmierć van Gogha (morderca strzelił do niego dwukrotnie, poderżnął maczetą gardło, po czym wbił ją w jego ciało, a mniejszym nożem przygwoździł list wzywający do "świętej wojny") spowodowała, że holenderska idylla wielokulturowości i tolerancji pękła bezpowrotnie jak bańka mydlana. Zaczęto nagle mówić o "bitwie z radykalizmem" i grożącej jakoby wojnie domowej.

"Aby zmniejszyć atrakcyjność rewolucyjnej przemocy opartej na fundamentalizmie, należy doprowadzić do tego, by większość muzułmanów czuła się obywatelami państw, w których żyją" - twierdzi Buruma. Przypadek 26-letniego Marokańczyka Mohammeda Bouyeri, zabójcy van Gogha, jest symptomatyczny. Ten "obiecujący chłopak" nie był od kołyski zaprogramowany na bojownika islamu. Jego religijność ograniczała się do przestrzegania postu w czasie ramadanu. Mówił świetnie po niderlandzku, miał kiedyś holenderską dziewczynę, ukończył liceum, uczęszczał na kurs księgowości. Znany był z wypadów do baru, nie stronił od alkoholu i trawki. Angażował się społecznie w swojej dzielnicy. Ale tego, że jego własna siostra związała się z chłopakiem przed ślubem, Bouyeri nie mógł już jednak zaakceptować. Na tym tle znalazł się w konflikcie z ojcem, który "nie upilnował" córki. Za napad na jej narzeczonego trafił na parę tygodni do więzienia. Śmierć matki na raka, niepowodzenia w dzielnicy, gdzie angażował się społecznie, oraz zmiana studiów pogłębiły jego dezorientację i potrzebę odnalezienia prawdy. "Związał się z odmianą islamskiego ekstremizmu - nieznaną jego ojcu, steranemu pracą gastarbeiterowi z gór Rif - i postanowił ruszyć na wojnę ze społeczeństwem, z którego czuł się wykluczony. Niepewny swej przynależności, zatracił się w morderczym przedsięwzięciu" - pisze Buruma.

Pim Fortuyn przełamuje tabu

"Niepewność przynależności" to według niego klucz do zrozumienia współczesnego problemu z imigrantami. To właśnie tacy jak Mohammed Bouyeri, ludzie z drugiej lub trzeciej generacji imigrantów, znajdują się często na ziemi niczyjej między krajem pochodzenia ojców, w którym nie czują się u siebie, a krajem urodzenia, gdzie także zaliczają się do obcych. Multikulturalizm nie pomagał im uczestniczyć w życiu społeczeństwa kraju przyjmującego. Przeciwnie: pozorna tolerancja skrywała obojętność wobec przybyszów z innych kultur. Frits Bolkestein, jeden z pierwszych polityków holenderskich, który odważył się zwrócić uwagę na problem z imigrantami, przestrzegał wręcz, by nie lekceważyć niechęci, jaką Holendrzy darzą swoich współobywateli. "Jeśli ktoś kwestionował tę ortodoksję lub dawał wyraz zaniepokojeniu tak szybkimi przemianami w pejzażu miast, ryzykował, że przylepi mu się łatkę rasisty" - pisze Buruma. Spotkało to m.in. cytowanego wcześniej Paula Scheffera.

Ten lewicowy publicysta i członek partii socjaldemokratycznej opublikował w 2000 roku esej zatytułowany "Dramat multikulturalizmu", który obnażył iluzję wielokulturowości opartej na fałszywie rozumianej tolerancji i pokazał narastające problemy społeczne związane z imigracją. W nowej książce "Imigranci" odwołuje się do opinii Oscara Handlina, autora wydanej w 1952 roku książki o europejskich imigrantach w USA: "Historia imigracji jest historią wyobcowania i jej następstw". Podczas gdy Handlin miał na myśli głównie przybyszów, Scheffer rozszerza jego definicję: "Nie tylko migranci cierpią z powodu niepewności, cierpią także ci, którzy żyli już w kraju przyjmującym, niebędącym w końcu niezapisaną kartką papieru, lecz krajem ze swoimi obyczajami i zwyczajami". Ich wrażliwość i lęki spowodowane osiedleniem się przedstawicieli obcych kultur należy brać poważnie. To właśnie uporczywe ignorowanie tego problemu spowodowało, że został on podjęty przez populistów. Najbardziej skuteczny był ekscentryczny gej i dandys Pim Fortuyn. Bezpardonowa krytyka islamu i nieskrywana niechęć do imigrantów zaprowadziły go niemal w rządowe ławy. Establishment polityczny oskarżał go o nazizm. Kres jego karierze położyła w 2002 roku tragiczna śmierć z rąk zamachowca, bez związku wszakże z jego poglądami w sprawie imigracji.

Zarówno Buruma, jak i Scheffer, obaj najdalsi przecież od kulturowej lub rasowej nienawiści, dostrzegają w poglądach Fortuyna znacznie więcej niż tylko przejaw wulgarnej ksenofobii. Scheffer nie pochwala jego retoryki, ale docenia wkład w przełamanie szkodliwego tabu. Buruma pisze zaś: "Jego niechęć wobec islamu mogła brać się z czegoś głębszego niż z nienawiści do marokańskich wandali, którzy grozili gejom w Rotterdamie. Zajadłość Fortuyna brała się bardziej stąd, że on sam i miliony innych ludzi - nie tylko w Holandii, lecz w całej Europie - w bólach oswobodzili się ze struktur własnej religii. I oto pojawili się przybysze, ponownie zaszczepiający religię na gruncie holenderskiego społeczeństwa". Fortuyn twierdził, że nie zamierza po raz kolejny przechodzić procesu emancypacji kobiet i homoseksualistów.

Jak więc traktować wyznawców islamu, którzy kierują się normami tak daleko odbiegającymi od standardów obowiązujących w zachodnioeuropejskiej kulturze? Izolować czy cywilizować, powstrzymywać czy przymykać oczy na to, co razi? Gdzie jest granica tolerancji, której przekroczenie spotkać się musi ze zdecydowaną odpowiedzią opartego na oświeceniowych wartościach państwa prawa?

Równość zamiast tolerancji

"W społeczeństwie otwartym musi być także miejsce dla poglądów ortodoksyjnych wyznawców religii. Właśnie poprzez swobodne zderzanie ze sobą opinii można zagwarantować pokój społeczny i jest to czymś innym, niż kiedy wszyscy sumiennie trzymają się wielokulturowej etykiety i nikt nie może oceniać drugiego. Tolerancji nie można budować na zbyt wielu tabu" - twierdzi Paul Scheffer. Jego zdaniem Holandia była przez lata "krajem uników", co miało fatalne następstwa. Tymczasem wolność religii i krytyka religii są ze sobą nierozerwalnie związane. Według Scheffera to nie tolerancja powinna być kluczowym pojęciem w debacie o integracji cudzoziemców, lecz równe traktowanie, na którego straży stoi liberalno-demokratyczne państwo. Równość oznacza, że muzułmanie mogą budować swoje meczety z minaretami sięgającymi daleko powyżej kopuł katolickich kościołów i nie wolno im tego zabraniać. Oznacza także, że można uważać homoseksualizm za perwersję, a kobiety za istoty gorsze od mężczyzn. Ale według Scheffera zasada równości powinna być interpretowana jeszcze szerzej. Instytucje państwowe mają prawo (powinny!) promować wzorce zachowania wynikające z oświeceniowego dziedzictwa: nakłaniać dziewczęta do podejmowania studiów, przedstawiać homoseksualizm jako jedną z akceptowalnych form życia. "Chodzi tu o emancypację, która nigdy nie może być obligatoryjna, ale może przez państwo być przedstawiana jako norma".

Oznacza ona, że państwo nie może w imię neutralności wobec kulturowych różnic odwracać oczu od przemocy w rodzinach imigrantów, zazwyczaj skierowanej przeciwko kobietom. Przypadki, w których, jak np. w Niemczech, pochodzenie etniczne sprawców było okolicznością łagodzącą w wyrokach za motywowane religią lub tradycją występki, są niedopuszczalne. Tak samo jak zwalnianie muzułmańskich dziewczynek z koedukacyjnych lekcji pływania w szkołach publicznych. W wielu szkołach tak się dzieje - dla świętego spokoju, by nie drażnić przeciwnych takiej nieobyczajności rodzicom. Scheffer jest sceptyczny w sprawie pozytywnej dyskryminacji, czyli specjalnego traktowania imigrantów ze względu na ich pochodzenie. "Uprzywilejowane traktowanie dotyczy bowiem zawsze grup, podczas gdy prawo do równości stawia w centrum jednostkę. Każda forma nierównego traktowania podporządkowuje osobę jej etnicznemu pochodzeniu". Jego zdaniem multikulturalizm w imię poszanowania praw grupy spychał na margines interes jednostek, w tym także tych, które chciały wyrwać się z okowów tradycji własnej wspólnoty.

Scheffer uważa, że "szok migracji musimy rozumieć jako zaproszenie, by jeszcze bardziej zbliżyć się do zasad społeczeństwa otwartego". Jego zdaniem pomyślna integracja imigrantów nie jest możliwa bez silnego poczucia wspólnoty, jasnego wyobrażenia o tym, co znaczy "my" w społeczeństwie przyjmującym. Trzeba kłaść nacisk na naukę historii w szkołach, szacunek dla własnego języka, pielęgnowanie kultury. U publicysty o lewicowej biografii te wezwania mogą zaskakiwać. Ale tylko wtedy, twierdzi Scheffer, imigranci będą wiedzieli, do czego tak naprawdę mają dołączyć. Popularne niegdyś w Niemczech hasło: "Drodzy obcokrajowcy, nie zostawiajcie nas samych z tymi Niemcami" podaje jako przykład niezrozumienia, na czym polega pomyślna integracja.

Błąd Hirsi Ali

Także Buruma uważa, że imigracja wystawia na próbę trwałość liberalno-demokratycznej kultury politycznej europejskich społeczeństw i zmusza do przemyślenia na nowo leżących u jej podstaw oświeceniowych wartości: praw jednostki, sekularyzmu i tolerancji. Ale jego zdaniem to nie islam jest dla nich prawdziwym zagrożeniem, lecz strach przed nim i przed jego wyznawcami, jaki ogarnia Europejczyków. Obrona przed islamem może prowadzić do przyjęcia nieliberalnych rozwiązań, np. zaostrzania zakazów nawoływania do nienawiści czy obrażania przekonań religijnych, które podkopywać będą fundamenty liberalnej demokracji. Zwraca on uwagę na paradoks: to właśnie dogmatyczna obrona oświeceniowych wartości przed muzułmanami stanowi największe zagrożenie dla tych wartości.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 39 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':