Paweł Wroński: Nieformalne spotkanie ministrów obrony NATO ma być poświęcone głównie sprawom misji w Afganistanie oraz reformy NATO. Sekretarz obrony USA Robert Gates już zapowiada, że będzie zachęcał państwa sojuszu do zwiększenia liczby żołnierzy w Afganistanie. Co my, jako organizator szczytu, odpowiemy? - Odpowiem, że nie planujemy zwiększenia liczebności wojsk w Afganistanie, ponieważ już zwiększyliśmy kontyngent z 1200 do 1600 żołnierzy. Zadeklaruję także, że nasi żołnierze będą konsekwentnie wyposażani w nowoczesny sprzęt, bo od tego zależy ich bezpieczeństwo.
Jeszcze kilka miesięcy temu deklarował pan, że być może zwiększymy nasze siły o 400 żołnierzy. - Rozmaici eksperci twierdzili, że nasz kontyngent powinien być wzmocniony. Proponowali dodatkowych 200 do 600 żołnierzy. Niestety, sytuacja finansowa państwa sprawia, że nie możemy wysłać dodatkowych sił. Najważniejsze jest to, że nie zmniejszamy naszej obecności w Afganistanie.
Jeśli eksperci oceniają, że aby kontrolować prowincję Ghazni - bo za nią jesteśmy odpowiedzialni w Afganistanie - potrzeba więcej wojska, to stacjonujące tam siły są zagrożone - bo są zbyt szczupłe. - Nie będą zbyt szczupłe, jeśli weźmiemy pod uwagę, że zmieni się ich struktura. Niedawno stosunek sił bojowych od oddziałów wsparcia i zabezpieczenia w Afganistanie wynosił 3 do 7. To znaczy na 3 żołnierzy walczących przypadało 7 żołnierzy innych służb. Zmieniamy tę proporcję na korzyść zespołów bojowych. Poza tym w skład polskiego kontyngentu w Ghazni zostaną włączone siły specjalne.
Amerykanie chcą szybko wysłać dodatkowe kilkanaście tysięcy żołnierzy do Afganistanu i naciskają na sojuszników, aby ci nie tylko wysłali więcej wojska, ale także znieśli ograniczenia dla ich użycia lub przenieśli swoje siły z prowincji bezpiecznych do tych, gdzie toczą się walki. W Afganistanie jest 60 tys. wojsk NATO, dwa razy więcej niż przypuszczalne siły talibów, tylko część wojsk nie walczy. Czy pana zdaniem to się zmieni? - Dość sceptycznie podchodzę do możliwości pozytywnej odpowiedzi na amerykańskie postulaty w dobie kryzysu finansowego w Europie. Poza tym część ograniczeń w użyciu sił zbrojnych wynika z decyzji parlamentów. To będzie bardzo trudno zmienić. Przypuszczam, że Amerykanie będą przede wszystkim musieli świecić swoim przykładem.
Eksperci wojskowi oceniają, że ten rok może być przełomowy dla operacji w Afganistanie. Talibowie rosną w siłę nie tylko w Afganistanie, ale i w sąsiednim Pakistanie, o czym świadczy dramat Piotra Stańczaka. Na wiosnę zapowiadają ofensywę, a w sierpniu mają się odbyć wybory. NATO zastanawia się nad zmianą strategii. Czy my też chcemy zmienić strategię? - Będziemy bardziej asertywni.
To znaczy? - Bardziej zdecydowanie będziemy odpowiadać na wszelkie przejawy przemocy wobec mieszkańców Afganistanu i na próby ataku na naszych żołnierzy.
Z tym że - jak mówił wiceprezydent USA Joe Biden w Monachium - Stany Zjednoczone w Afganistanie zbyt wielką wagę przywiązywały do rozwiązań militarnych, a zbyt małą do negocjacji. Podobnie pana doradca prof. Roman Kuźniar pisze w "Gazecie", że talibowie wywodzą się spośród tamtejszej ludności i trzeba z nimi zacząć rozmawiać, zamiast do nich tylko strzelać. - Z terrorystami wywodzącymi się z Talibanu nie będziemy rozmawiać. To, co się stało z Piotrem Stańczakiem, świadczy, że istnieją grupy, z którymi nie ma dialogu, bo ich celem jest zastraszenie opinii publicznej. Nie będzie rozmów z żadną z grup, która strzela do naszych żołnierzy. Czym innym są nasze kontakty ze społecznością lokalną, z przywódcami plemion, którzy w prowincji Ghazni mają duże znaczenie, i z administracją lokalną. Takie kanały dialogu mamy otwarte i nasi żołnierze poprzez nie załatwiają wiele spraw. Zasada jest prosta: rozmawiamy z wszystkimi, którzy do nas nie strzelają.
Operacja w Afganistanie, pierwsza prowadzona poza terenem odpowiedzialności NATO, postawiła kolejne pytanie - jaki ma być sojusz. Podczas planowanego na kwiecień szczytu w Strasburgu i Khel ma być opracowana nowa strategia sojuszu. Na czym ona ma polegać. - Poprzednia strategia NATO została przyjęta w 1999 r., podczas tak zwanego pierwszego rozszerzenia. Od tego czasu zmieniło się wiele. Były zamachy 11 września w USA, potem Madryt i Londyn, były inne zagrożenia, jak choćby atak hakerów na Estonię, była w końcu pierwsza od przełomu 1989 r. interwencja Rosji na terytorium suwerennego państwa. Chodzi o konflikt w Gruzji. To postawiło na nowo pytanie o znaczenie art. 5 traktatu waszyngtońskiego.
Jednak tu wydaje się wszystko jasne. To zasada muszkieterów: "Jeden za wszystkich wszyscy za jednego". Każde państwo NATO ma obowiązek przyjść z pomocą sojusznikowi w jak najkrótszym czasie, jak największymi siłami. - Ale jak to ma się odbywać? Po konflikcie w Gruzji nagle wszystkie państwa NATO zaczęły dyskutować, jak w praktyce wypełniać gwarancje wynikające z art. 5. W czasach zimnej wojny wszystko było jasne. Naprzeciw siebie stacjonowały gotowe do akcji armie, ale co znaczą te gwarancje teraz? Trzeba zaktualizować scenariusze i wyznaczyć siły, które mogłyby wzmocnić kraj zagrożony. Przykładem takiego myślenia jest niedawno przedstawiona przez Brytyjczyków koncepcja utworzenia Sojuszniczych Sił Solidarności. Miałyby to być jednostki NATO wysyłane na terytorium zagrożonego państwa.
Jak liczne miałyby to być jednostki? - Chodzi o jednostki o dużej mobilności. Istotne jest to, że obecność tych sił byłaby politycznym znakiem, że NATO poważnie traktuje wzajemne gwarancje bezpieczeństwa. Byłoby realną polisą ubezpieczeniową dla jego członków. To bardzo ciekawa propozycja, naszym zdaniem warta rozważenia i poparcia.