Cyfry są bezlitosne i jednoznaczne. Wyniki sondaży przeprowadzone przez fundację Opinia Publiczna mówią, że 64 proc. Rosjan sądzi, iż Stany Zjednoczone odgrywają w świecie rolę negatywną, a 65 proc. uważa
USA za kraj wrogi Rosji.
Oczywiście amerykanofobia dziś, szczególnie po ośmiu latach rządów administracji prezydenta George'a Busha młodszego, mało kogo, nawet w krajach starej Europy, może zaskoczyć. Tym bardziej nie dziwi w Rosji, gdzie po ośmiu latach rządów Władimira Putina i prawie roku władzy tandemu Putin - Miedwiediew w świadomości masowej zakorzeniło się bardzo głęboko wyobrażenie o swojej własnej rosyjskiej "osi zła". Tworzą ją USA, kraje bałtyckie,
Gruzja, Polska - czyli te państwa, które - jak się powszechnie uważa - wyznają ideologię atlantycką.
Zwykli obywatele oczywiście nie bardzo są skłonni do rozważań na temat delikatnej materii ideologicznej. Oni za swoje przyjmują mity wbijane im do głowy zgodnie ze starym jeszcze radzieckim systemem "swój-obcy". Amerykanie i ich "satelici", w tym Polska, znakomicie nadają się do roli od dawna dobrze znanego wroga.
Ale wbrew pozorom nie jest tak bardzo trudno to zmienić. Wystarczyłoby tylko nieco ocieplić kurs polityczny, wykonać kilka wyraźnych gestów politycznych i będziemy mieć odprężenie.
Przypomnijmy choćby doświadczenie kontaktów Leonida Breżniewa i Richarda Nixona, podpisanie aktu helsińskiego w 1975 r. Ta historia świadczy o tym, że radziecka opinia publiczna, a dziś rosyjska, jest bardzo wrażliwa na wszelkie publiczne gesty przyjaźni.
Różnica jest pewnie tylko taka, że 33 lata temu Breżniew, jeszcze zdrowy i energiczny przywódca, szczerze uważał "walkę o pokój" za swą życiową misję. A o dzisiejszych przywódcach Rosji tego w żadnym wypadku powiedzieć się nie da.
Ale nowy prezydent Rosji
Dmitrij Miedwiediew raczej nie zmarnuje szansy na odmrożenie stosunków z USA, którą mu daje samo pojawienie się takiego partnera jak
Barack Obama. Jakiż zachwycający dla Rosjan obraz oni mogą stworzyć - dwaj młodzi prezydenci, dwaj przywódcy przyszłości. To bardzo podniosłoby notowania Miedwiediewa w oczach rodaków.
Przy tym zbliżenie z Obamą jest niezbędne dla rozwiązania wewnętrznych problemów, przed którymi całkiem niedługo stanie Rosja. Ci, którzy rządzą dziś nami z Kremla, znakomicie zdają sobie sprawę z tego, że po wyczerpaniu naszych rezerw finansowych pomóc nam będzie mogła tylko grupa G20, Międzynarodowy Fundusz Finansowy i Bank Światowy.
Choć w Moskwie w ostatnich latach tyle się mówiło o nieuchronności zmiany porządku światowego, wszyscy u nas dobrze wiedzą, że nasza sytuacja poprawi się tylko wtedy, kiedy Stany Zjednoczone wyciągną swoją gospodarkę z kryzysowej zapaści. Tylko wtedy międzynarodowe organizacje finansowe będą mogły skutecznie pomóc innym krajom stojącym w obliczu katastrofy.
Rosja musi więc przejść od wyłącznie siłowej praktyki do zmiękczenia polityki zagranicznej i bardziej delikatnej retoryki.
Autor jest znanym publicystą i prezesem fundacji Ośrodek Filozofii Politycznej