Zgodnie z zawartym w poniedziałek rozejmem prawa koraniczne zaprowadzone zostaną nie tylko w dolinie Swatu, ale w całym Malakandzie obejmującym także krainy Dir, Czitral, Szangla czy Buner i stanowiącym jedną trzecią obszaru całej Prowincji Granicznej. Wszystkie przepisy niezgodne z islamem zostaną unieważnione i uznane za niebyłe, a każde nowe prawa będą wynikać z Koranu. Warunkiem ma być złożenie broni przez miejscowych talibów. Jeśli przerwą ogień z doliny, wycofa się armia pakistańska posłana latem, by stłumić rebelię.
Umowa z talibami jest faktyczną kapitulacją rządu, który nie dał rady talibom ze Swatu. Dowodzeni przez mułłę Fazlullaha nazywanego mułłą "Radio" (założył rozgłośnię radiową, która transmituje jego kazania wzywające do świętej wojny) talibowie ze Swatu opanowali niemal całą dolinę oraz sąsiedni Dir. Poszło im to tym łatwiej, że kilkanaście tysięcy pakistańskich żołnierzy zamknęło się w garnizonach, z których nie wyściubiali nosa, a na ataki odpowiadali salwami artyleryjskimi, burząc raczej cywilne domostwa niż obozowiska talibów.
W tej sytuacji talibowie zaprowadzali w dolinie swoje sądy, prawa i obyczaje bliźniaczo podobne do obowiązujących w Afganistanie za panowania talibów mułły Omara.
Dolina Swatu, do niedawna główna atrakcja turystyczna Pakistanu i ulubione miejsce wypoczynku świeckich elit z Islamabadu, Rawalpindi i Lahore, stała się miejscem samosądów dokonywanych przez ścięcie na kolaborantach, szpiegach i zdrajcach, publicznej chłosty, kamienowania cudzołożnic. Sterroryzowani urzędnicy, sędziowie i policjanci, a także wywodzący się ze Swatu posłowie już jesienią uciekli z doliny wraz z półmilionową armią uchodźców.
Ci, co zostali, umieszczali w gazetach ogłoszenia, że zwolnili się z grzesznej służby państwowej, proszą o przebaczenie i obiecują poprawę. W grudniu talibowie, którzy zburzyli i spalili prawie 200 szkół dla dziewcząt, zapowiedzieli, że po zimowych wakacjach kończących się 1 marca do szkoły mogą wrócić tylko chłopcy. Dziewczęta będą mogły się uczyć dopiero wtedy, gdy zbudowane zostaną dla nich oddzielne szkoły.
Walkę o wprowadzenie muzułmańskiego prawa w zamieszkanym przez Pasztunów Malakandzie (w przeciwieństwie do autonomicznych pasztuńskich krain-rezerwatów na granicy z Afganistanem Malakand został wcielony do Pakistanu) podjął w latach 90. mułła Sufi Mohammed Chan na czele założonego przez siebie Ruchu na rzecz Zaprowadzenia Praw Mahometa. W 1994 r., wzniecił nawet w dolinie Swatu powstanie. Islamabad już wtedy wolał uniknąć wojny i aby udobruchać mułłę, obiecał mu wprowadzić w Malakandzie szariat. Ale nie wywiązał się z tej obietnicy.
Po raz drugi pakistańskie władze obiecały ogłosić w Malakandzie szariat wiosną zeszłego roku, tym razem po to, by ułagodzić zięcia Sufiego Mohammeda Chana, czyli mułłę "Radio". Latem pokój został jednak zerwany przez talibów, którzy oskarżyli rząd o wiarołomstwo. Wojna wybuchła na nowo i znowu górą byli talibowie.
Amerykanie walczący w Afganistanie z tamtejszymi talibami od dawna narzekają, że Pakistańczycy nie dają sobie rady z własnymi talibami, przez co całe pogranicze stało się partyzanckim emiratem. Waszyngton przekonuje władze w Islamabadzie, że ustępując talibom, w istocie kapitulują, co tylko ich rozzuchwala. Pakistańczycy odpowiadają, że posyłając przeciwko talibom tylko wojsko, ryzykują wybuch wojny domowej.
Życie przyznaje rację Amerykanom, bo w wyniku krwawych walk talibowie przejęli kontrolę nad niemal wszystkimi pasztuńskimi krainami na pograniczu. W poniedziałek, na wieść o ugodzie między Islamabadem i talibami ze Swatu, wprowadzenia szariatu zażądały też pasztuńskie krainy Badżaur i Mohmand.
Mieszkańcy doliny Swatu i całego Malakandu nie mieliby nic przeciwko prawu koranicznemu, które zastąpiłoby feudalne porządki chanów oraz skorumpowanych sędziów i urzędników, ale boją się, że obietnica szariatu wytargowana przez sędziwego Sufiego Mohammeda Chana będzie oznaczała rządy talibów i zafascynowanego dżihadem mułły "Radio". Ten ostatni już dawno nie słucha ani nauk teścia, ani jego rozkazów.
* Prawie 50 zabitych i kilkudziesięciu rannych - to bilans dwóch amerykańskich powietrznych rajdów na pakistańskie wioski przy granicy z Afganistanem. W poniedziałek bezzałogowy samolot zwiadowczy trzema pociskami rakietowymi zabił ok. 20 afgańskich talibów w pasztuńskiej krainie Kurram. W sobotę w powietrznym ataku na wioskę w innej pasztuńskiej krainie - Południowym Waziristanie - zginęło 30 członków al Kaidy. Od sierpnia Amerykanie dokonali już z pół setki powietrznych rajdów na pakistańskie wioski, w których ukrywają się talibowie.
Źródło: Gazeta Wyborcza