http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Miłość i śmierć jest zawsze ta sama

Jacek Bocheński
2009-02-16, ostatnia aktualizacja 2009-02-13 17:07

Przedmowa do książki Marka Edelmana "I była miłość w getcie", która ukazała się właśnie nakładem Świata Książki

RAPORTY
<i>(...) biegłem z Pawiej do szpitala (...) Tam zostałem przypisany numerkiem życia (...) dwóch żydowskich policjantów szarpało dziewczynę (...) Chcieli ją zawlec na Umschlagplatz (...) Przebiegłem ulicę i zacząłem się szarpać z policjantami. Było nas dwoje, ja i ona, duża, silna (...) W pewnym momencie tej kotłowaniny urwała się i uciekła. A oni zaczęli krzyczeć, że muszą mieć pięć łebków, bo inaczej ich zabiją. „To wszystko jedno, kogo zabierzecie" - powiedziałem i pobiegłem swoją drogą do szpitala.</i>

Marek Edelman



Kto ma prawo pisać o przeżyciach tych, którzy "poszli do wagonów", i tych, którzy ocaleli, o ich walce, żeby uratować życie własne, ale czasami czyjeś cudze, droższe lub ważniejsze: ukochanej kobiety, córki, matki albo kolegi z podziemnej organizacji w getcie? Kto ma prawo cokolwiek mówić o takich wyborach, motywach, rozpaczliwych decyzjach? Kto ma prawo opowiadać o głodzie miłości różnych par w dramatycznych okolicznościach Zagłady, o niesamowitych, a niby całkiem zwykłych związkach miłosnych, o biologii i uczuciach tych ludzi? Zakochał się w dziewczynie, zakochała się w chłopaku, wszystko w obliczu śmierci. Marek Edelman ma, oczywiście, to prawo, bo był pośrodku, doświadczał Zagłady i walczył z nią zbrojnie, choć słowo "zbrojnie" jest pewną przesadą, skoro walczący byli niemal bez broni.

A jakie prawo mam ja? Nie mam żadnego. Po pierwsze, nie urodziłem się Żydem przeznaczonym na zabicie, nie poczułem nigdy grozy fatalnego pochodzenia czy niebezpiecznego wyglądu, nie byłem w getcie, nie byłem nawet żołnierzem powstania warszawskiego, jak w roku 1944 Marek Edelman. Brak mi wszelkich, w najmniejszym choćby stopniu porównywalnych przeżyć. Do poprzedzenia przedmową książki "I była miłość w getcie" upoważnia mnie jedynie to, że upatrzył mnie sobie i wyznaczył do tego zadania z Jemu tylko znanych powodów Marek Edelman. Nie dyskutuje się z tego rodzaju wolą. Może więc nie mam prawa, ale mam obowiązek.

Jednak nie bez znaczenia jest coś jeszcze. O życzeniu Marka Edelmana dowiedziałem się w momencie, gdy śmiertelnie zachorowała moja żona, a ja musiałem oswoić się z mysią, że umiera. Nawiasem mówiąc, ostatnie 25 lat życia otrzymała przedtem w darze od lekarza Marka Edelmana, który swego czasu, jak powiedziałaby Hanna Krall, "zdążył przed Panem Bogiem": rozpoznał nierozpoznaną przez nikogo chorobę w ostatniej chwili, póki usunięcie jednego płuca było możliwe. Pozwoliło to ocalonej pacjentce żyć z drugim płucem jeszcze przez ćwierć wieku. Ale po tym ćwierćwieczu nic już nie zdołało uratować jej serca i tak się złożyło, że zaledwie kilka dni po uświadomieniu sobie, iż mam napisać to coś, co właśnie piszę, widziałem śmierć mojej żony umierającej na zawał. Dosłownie widziałem. Wprawdzie mnie odpędzali, ale podglądałem. Widziałem ustanie pracy serca, reanimację, stan po ostatnich wysiłkach chirurgów, a potem było już tylko lodowate czoło w kostnicy. Opowiadam o tym z brutalną otwartością godną Marka Edelmana.

Muszę tu jeszcze coś dodać "bezczelnie", jakby powiedział autor książki "I była miłość w getcie", który kwalifikuje często w ten sposób własne śmiałe uczynki albo niekonwencjonalne odezwania. Otóż ja kochałem swoją starą, umierającą żonę. Traciłem ją i byłem bezsilny. I nagle poczułem, że przeżywam rzecz, którą wielokrotnie opisuje Marek Edelman, choć ta moja rzecz nie miała nic wspólnego z gettem i Holokaustem. Ale przecież była to jakaś cząstka tego właśnie doświadczenia, ponieważ istota miłości i śmierci jest zawsze ta sama, niezależnie od tego, kogo kochamy, co kochamy, kto lub co nas zabija, ludobójca, pospolity bandyta, rak czy zawał.



Holokaust był losem Żydów, ale śmierć jest losem ludzi, nie tylko Żydów, choć ich wraz ze wszystkimi, oczywiście, też. Holokaust był dziełem Niemców, ale zbrodnia jest w ogóle dziełem ludzi. "To zrobili ludzie" - usłyszał Marek Edelman od Leona Bluma w roku 1946 i powtarza w książce za nim, a przecież najlepiej wie to sam, bez pomocy Leona Bluma. Podobnie miłość jest dobrem ludzi, nie wyłącznie Żydów. Zdaje mi się, że Marek Edelman chce nam koniecznie coś powiedzieć o tym ludzkim, uniwersalnym wymiarze Holokaustu, żebyśmy zrozumieli, wiedzieli i pamiętali. Może dlatego wybrał sobie nie-Żyda na autora przedmowy do opowieści "I była miłość w getcie".

Ten tytuł brzmi biblijnie, jakby otwierał jeszcze jedną księgę Starego Testamentu, współcześnie dopisywaną, bo rzeczywiście zdarzył się w naszych czasach powód, by ją dopisać. Tytuł sugeruje niejako dalszy ciąg lub dodatek do czegoś, co działo się przedtem lub istnieje obok. Wiem z rozmów, że spójnik "i" był w myśli autora książki elementem bardzo istotnym. Miłość? Nie! I miłość. Razem z "i". Bo miłość nie była w getcie jedyna ani najważniejsza.

A co było najważniejsze? Okrucieństwo? Strach? Nienawiść? Dno upokorzenia? Walka, którą przecież Marek Edelman stoczył i której symbolem jest dziś dla nas? Zapewne. Może się więc wydać, że mówi nam i Pauli Sawickiej tak mniej więcej: tamto wszystko opisałem już wcześniej, różni inni też opisywali, istnieje olbrzymia biblioteka na temat Holokaustu, ale wyobraźcie sobie, była wtedy jeszcze miłość, no więc teraz opowiem to i owo, co pamiętam o miłości, a ty, Paulo, zapisz.

Z pozoru na to wygląda i wcale nie wykluczam, że Marek Edelman sam tak myśli. Jednak żaden autor, również Marek Edelman, który nie jest zawodowym pisarzem, lecz bohaterem i świadkiem historii, nie uniknie powszechnego losu autorów. Dzieła ich faktycznie mówią nie to, co autorzy sobie postanawiają, ale co my, czytelnicy, z nich wyczytujemy. Otóż gdy czytamy świadectwo Marka Edelmana, podyktowane Pauli Sawickiej, ten postrzępiony dopisek do Starego Testamentu, czyli do historii Żydów, która jak w Starym Testamencie przeobraża się w historię człowieka i świata, a są to epizody, urywki, migawki, rzeczywiście strzępy niknącego wspomnienia przeszłości i refleksje nad nią dla przyszłości (autor chciał nawet w pewnej chwili nazwać całą książkę "Strzępy pamięci"), gdy zatem czytamy ten jedyny w swoim rodzaju dokument, narzuca się nam, czytelnikom, nieodparte wrażenie, że tym czymś najważniejszym, wartością niekiedy cenniejszą od samego życia była miłość. I powinna być.



"Musimy uczyć w szkołach, w przedszkolach, m uniwersytetach, że zło jest złem, że nienawiść jest złem i że miłość jest obowiązkiem" - od takiego przesłania w pierwszym rozdziale zaczyna się relacja Marka Edelmana, myślę, nie tylko z getta, ale w ogóle z osobistego i historycznego doświadczenia. "Nienawiść jest łatwa. Miłość wymaga wysiłku i poświęcenia".

Miłość, o jakiej tu mowa, nie jest, oczywiście, namiętnością erotyczną ani stosunkiem płciowym. Ale może być! Opisy takich przypadków, przejmujących, bo niemal zawsze ocierających się o śmierć, zgrupował Edelman w rozdziale "Miłość w getcie". Znowu warto zauważyć, od czego zaczyna.

"Pani Tenenbaumowa, pielęgniarka ze szpitala Bersonów i Baumanów, była przyjaciółką mecenasa Berensona. Codziennie podawała mu obiad. Po obiedzie pan mecenas zasypiał, a wtedy przychodziła jej córka, grzeczna siedemnastoletnia dziewczynka, ulizana, gładko uczesana, w białej wykrochmalonej bluzeczce. Pomagała mamie sprzątać. Skończyła się Wielka Akcja i 44 tysiące osób dostało numerki życia. Wśród nich pani Tenenbaumowa. Kiedy wszyscy z numerkami wyszli na stronę "do życia", ktoś zauważył, że pani Tenenbaumowa leży w łóżku, a na stoliku stoją puste butelki po luminalu oraz list i jej numerek życia. Pani Tenenbaumowa napisała w tym liście, że swój numerek życia oddaje córce i że popełniła samobójstwo".

Jest to więc na razie krótkie opowiadanie o miłości matki do córki, miłości skrajnie altruistycznej, bo silniejszej niż instynkt samozachowawczy. Jednak następuje dalszy ciąg historii.

"Deda dostała więc numerek życia. Taka nieśmiała dziewczynka została sama. I nagle się zakochała w jakimś chłopcu. Widocznie miała też trochę pieniędzy, bo chłopak załatwił im mieszkanie po aryjskiej stronie. Rozkwitła w tej miłości. Przez trzy miesiące żyła z tym chłopcem w wielkim szczęściu w mieszkaniu po aryjskiej stronie. Nic innego nie było po niej widać, tylko tę miłość. Każdy bez wyjątku, kto ją wtedy widział, mówił, że promieniała szczęściem. (...) Ciepło, które dawał jej chłopiec, sprawiło, że zapominała o getcie. To szczęście trwało trzy miesiące. Potem - może się skończyły pieniądze - gospodarze wydali ją i jej chłopca".

Siedemnastoletnia Deda, nim ją gospodarze wydali, znała przez trzy miesiące tylko taką szczęśliwą miłość i żadnej innej już nie poznała. Ale przytoczę jeszcze trzeci, po pani Tenenbaumowej i Dedzie, przypadek z Miłości w getcie.

„Mama tej dziewczyny zachorowała. (...) Jak z mamą było bardzo źle, zostawał na noc, a ona ze strachu, że coś się stanie, przytulała się do niego. (...) Nie jest pewne, czy się kochali, ani nawet czy wiedzieli, jak to się robi (...) Któregoś dnia (...) mamy już nie było. Tłum, parę tysięcy osób, był pędzony na Umschlagplatz. (...) Dogonili pochód i jadąc wzdłuż całego wielotysięcznego tłumu, zaczęli szukać mamy. Tuż przed Umschlagplatzem dojrzeli ją. (...) Powiedziała mu: »Niestety musimy się rozstać, mama nie może iść sama w taką drogę «. I poszła za mamą do wagonu".

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Whitney Houston nie żyje

Mariah Carey, Alicia Keys, Rihanna, Justin Bieber - największe gwiazdy muzyki mówią dziś i piszą, że Whitney Houston była dla nich wzorem i inspiracją