Śmierć 39-letniej Włoszki Eluany Englaro po raz kolejny udowadnia, że naprawdę potrzebujemy czegoś, co nazywamy testamentem życia. Ponieważ medycyna jest w dziś w stanie utrzymywać przy życiu ludzi w głębokiej śpiączce przez lata, każdy z nas powinien zastanowić się, czy chciałby tak wegetować, czy nie.
Na początku lat 90. dyskusje na ten temat toczono znacznie rzadziej niż dziś. Dlatego nikt nie wiedział jakie zdanie miała Eulana. Ponadto w chwili wypadku miała ona zaledwie 22 lata - kto w tym wieku rozmyśla o śmierci?
Jestem za tym, żebyśmy o najważniejszych sprawach dotyczących nas samych, tego, jak będą jak postępować z nami lekarze, mogli decydować sami.
Jeśli zainteresowany nie może tego zrobić sam (jak Eluana), ciężar decyzji spada na barki najbliższych. Gdy z kolei lekarze mają wątpliwości co do uczciwości i dobrych intencji rodziny, oddają sprawę do sądu.
Tak właśnie stało się w tym wypadku i dlatego sprawa w mojej opinii nie budzi wątpliwości etycznych.
Innego zdania będą naturalnie obrońcy życia. Mają prawo, aczkolwiek wyobrażam sobie jak bardzo utrudnili ostatnie dni ojcu Eluany. I ciekaw jestem jak postąpiliby sami, gdyby to ich dotknęło podobne nieszczęście.
Śmierć Eluany to przede wszystkim ulga i ukojenie dla jej ciężko doświadczonego ojca. - Zostawcie mnie samego. Nie chcę już nic więcej mówić - prosił wczoraj.
Rodzina Eluany nie odwróciła się od niej w chorobie. Ojciec przez lata odwiedzał ją regularnie w hospicjum. Niestety, ani zaangażowanie bliskich, ani dobra opieka, ani wysiłki lekarzy nie były w stanie tu pomóc. Ciężko niedotleniony mózg mógł kierować tylko podstawowymi funkcjami życiowymi. Eluana nie odczuwała żadnych emocji, nie było z nią cienia kontaktu, przez jej mózg od 17 lat nie przepłynęła ani jedna myśl.
Rodzina kobiety po latach nadziei i oczekiwań zdecydowała, że jej życie w takim stanie powinno się zakończyć. Że dłuższe podtrzymywanie go za pomocą sondy, przez którą Eluana była sztucznie karmiona i pojona, nie ma sensu.
Ojciec rozpoczął batalię w sądzie o godną śmierć dla córki i w końcu tę batalię wygrał. Eluana odeszła w majestacie prawa, kochana przez najbliższych, dla którym jej śmierć była wybawieniem i godnym zakończeniem życia, które - ich zdaniem - tak naprawdę zakończyło się w 1992 roku, zaraz po tragicznym wypadku samochodowym.
Podziwiam odwagę włoskich lekarzy z domu opieki w Udine, którzy nie zważając na protesty Kościoła i działaczy prolife zdecydowali się wykonać wyrok sądu i przyjść z pomocą udręczonej rodzinie.
Podziwiam odwagę i stanowczość mediolańskich sędziów, którzy po wnikliwym rozpatrzeniu sprawy wydali mądry wyrok.
Niezmiernie przykre natomiast jest, że tragiczne losy Eluany stały się przedmiotem politycznych rozgrywek.
Silvio Berlusconi, o którego zaletach moralnych nie da się zbyt wiele powiedzieć, osobiście zaangażował się w sprawę, m.in. ze względu na zaskarbienie sobie przychylności Watykanu.