http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Ratując niemiecką duszę

Leopold Unger
2009-02-09, ostatnia aktualizacja 2009-02-09 17:38

Obaj Niemcy mają już swoje miejsce w historii. Ale obaj także właśnie teraz, choć tak różni, równocześnie wrócili do aktualności. Stauffenberg - na ekrany kinowe. Hosenfeld - na mur w Yad Vashem w Jerozolimie - felieton Leopolda Ungera

ZOBACZ TAKŻE
"Kiedy za długo słucham Wagnera, nabieram ochoty, by napaść na Polskę". To powiedzenie należy do Woody'ego Allena, ale dzięki niemu można lepiej zrozumieć dlaczego film o nieudanym zamachu na Hitlera nosi tytuł "Walkiria".

Pióra samego Wagnera, tytułowe "Walkirie" z jego poematów opartych na mitologii nordyckiej, to zbrojne dziewice zwiastujące śmierć bojownikom i odprowadzające poległych bohaterów do Walhalli.

"Walkiria" to nie pierwszy film o zamachu na Hitlera. Nic dziwnego, trudno o bardziej epicki epizod niemieckiej II wojny światowej. Ciężko ranny w Afryce płk Claus Schenk von Stauffenberg wraca do Rzeszy i kieruje spiskiem, przygotowuje "Operację Walkiria" i przekonany o beznadziejnej sytuacji Rzeszy dokonuje zamachu, by wstrzymać niepotrzebny już przelew krwi.

Zamach się nie uda i zamiast Hitlera Walkirie zaprowadzą do Walhalli Stauffenberga i spiskowców. Kino lubi takie historie, wkracza więc Hollywood i dobry thriller z Tomem Cruise'em pokazuje inne Niemcy niż Hitlera. I posłuszny Wehrmacht, gotowy likwidować SS i obalić nazizm.

Przypadek, który, jak wiadomo, tylko czeka na okazję, przypomniał prawie w tym samym momencie los innego niemieckiego oficera z tego samego Wehrmachtu. Nie pułkownik, lecz kapitan, nie szlachcic, ale syn nauczyciela Wilm Hosenfeld w Polsce i na świecie znany jest z biografii polskiego muzyka Władysława Szpilmana, a jeszcze lepiej z oskarowego filmu "Pianista". Hosenfeld odkrył Szpilmana ukrywającego się w ruinach spalonej Warszawy i uratował mu życie.

Obaj Niemcy mają już swoje miejsce w historii. Ale obaj także właśnie teraz, choć tak różni, równocześnie wrócili do aktualności. Stauffenberg - na ekrany kinowe. Hosenfeld - na mur w Yad Vashem w Jerozolimie, który, z ociąganiem i opóźnieniem (m.in. pod wpływem zastrzeżeń polskiej prawicy), wniósł jednak jego nazwisko na listę Sprawiedliwych wśród Narodów Świata.

Jeżeli się nie mylę, to Hosenfeld jest jednym z dwóch tylko (wraz majorem Karlem Plaggem, który ratował Żydów na Litwie) oficerów Wehrmachtu wśród 25 tys. nazwisk na liście Yad Vashem.

Dwóch oficerów niemieckich, dwóch niewątpliwych niemieckich bohaterów, choć każdy w innym rejestrze i w innej skali, obaj uprowadzeni do Walhalli nie przez Walkirię, tylko przez największych europejskich zbrodniarzy. Stauffenberg rozstrzelany przez Hitlera, Hosenfeld zamęczony przez Stalina w gułagu.

Jedna wielka rzecz ich różni. Motywacja. Stauffenberg wierzył w wyższość rasy germańskiej, chciał Rzeszy z Austrią i Sudetami, nie oburzał go los Żydów, choć był przeciwny ich fizycznemu niszczeniu, a, jak informuje "Le Monde", o Polakach mówił, że "dobrze się czują tylko pod knutem".

Czyli, jak mówi Hannah Arendt, nie działał pod wpływem moralnego oburzenia, lecz chciał w ostatniej chwili ratować przed całkowitym zniszczeniem resztki niemieckiej armii i ojczyzny. Hosenfeld natomiast pomógł polskiemu Żydowi, albowiem w równie beznadziejnej sytuacji wojska i Rzeszy nie ratował nazistowskiej Walhalli, lecz już tylko resztki niemieckiej duszy.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 5 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':