Ma pan długi? - Pewnie dzięki solidnemu przedwojennemu poznańskiemu wychowaniu jestem fatalnym klientem dla banków. Spłacam bowiem regularnie to, co mam na karcie kredytowej, a jedynym długiem, który zaciągnąłem w życiu, 40 lat temu, był kredyt na dom. Spłaciłem go w ciągu 20 lat. Wtedy dawali pożyczkę hipoteczną tylko do emerytury, potem wszystko się do góry nogami wywróciło!
Ciągle pana kuszą? - Całkiem ostatnio się skończyło, ale ileśmy tej makulatury się nawyrzucali. Dzień w dzień.
Żona też nie ma kredytu? - Prowadzimy wspólną gospodarkę.
Czy ten kryzys jakoś osobiście pana dotknął? - Nigdy nie kupowałem papierów wartościowych, ale Jasia, moja żona, kupowała i jak giełda siadła, straciła połowę życiowych oszczędności.
Zabolało? - Dzieciom powiedziałem dawno: nie liczcie na spadek, bo rodzice co prawda długami was nie obciążą, ale też nic poza domem i prawami autorskimi nie zostawią. A jeśli o nas idzie, to ile nam zostało do życia?
Zapytałem o pana osobiste konsekwencje, bo ja, odpukać, na razie tego kryzysu nie czuję. - Bo dopiero nabiera rozpędu. Konsekwencje krachu giełdowego z 1929 roku, który spowodował depresję trwającą przez całe lata 30., stały się jasne dopiero w trzy, cztery lata później. Wtedy przyszło masowe bezrobocie i masowe bankructwa.
Kryzys rozchodzi się jak fala. Sklepy się zamykają, bankrutują małe firmy, ludzie tracą pracę, zarobki, przestają wydawać pieniądze, wypadają z roli konsumentów, którzy napędzają gospodarkę.
Ma pan jakieś wspomnienie kryzysu lat 30.? - Mój ojciec chciał popełnić samobójstwo. Rzucił się z mostu do Warty, ale go wyłowiono.
To moje pierwsze wspomnienie z dzieciństwa. Pierwsze i jedyne, bo przecież na ogół nie pamięta się rzeczy, które zdarzyły się do szóstego, siódmego roku życia. A tego ja nie zapomnę: walenia do drzwi, ojca wodorostami oblepionego, ociekającego wodą, na noszach.
Dlaczego skakał? - Bo stracił wszystko.
Ojciec, mimo że miał akurat tyle talentów do sklepikarstwa co ja, był wtedy sklepikarzem. Zbankrutował i wierzyciele zabrali mu wszystko. Pamiętam, jak wynoszono z naszego
mieszkania meble. Komornik często nas wizytował.
Ale gdy rozniosło się po Poznaniu, że ojciec popełniał samobójstwo, dano mu z łaski pracę buchaltera. Marna pensja, pomiatany był i poniżany, ale jakoś nas utrzymał.