http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

8 lutego 1925 Jak garbaty, to z bombą

Włodzimierz Kalicki
2009-02-10, ostatnia aktualizacja 2009-02-09 13:17

W połowie 1923 roku w Polsce miała miejsce fala zamachów bombowych. W kilku miastach nieznani sprawcy zdetonowali, lub usiłowali to uczynić, silne ładunki wybuchowe. 24 maja 1923 roku, kilka minut po 21, ktoś podłożył bombę w sieni dwupiętrowego budynku stojącego po prawej stronie biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego. Straszliwa eksplozja wyrwała w stropie parteru dziurę o powierzchni 12 metrów kwadratowych. Znajdujące się na parterze biura studenckiej Bratniej Pomocy zamieniły się w kupę gruzów. Kilkoro studentów przebywających w odleglejszych pomieszczeniach zostało rannych. Schodzącemu ze służbowego mieszkania na drugim piętrze prof. Romanowi Orzęckiemu wybuch urwał obie nogi. Nazajutrz uczony zmarł


Fot. Bartosz Bobkowski / AG
Mnóstwo warszawiaków za cel niedzielnego popołudniowego spaceru obiera pałac Paca. O wpół do pierwszej dziedziniec pałacu jest już szczelnie wypełniony tłumem. Za godzinę ma zapaść wyrok w sprawie, która przed niespełna dwoma laty wstrząsnęła opinią publiczną.

W tłumie na dziedzińcu pałacu Paca poruszenie. Słychać okrzyki: "Jadą!". Karetkę więzienną, z której wyprowadzani są trzej oskarżeni, otacza nadzwyczajnie silna eskorta - podwójny kordon policjantów z karabinami w rękach. Władze demonstrują swą stanowczość, ale i sugerują tą manifestacją policyjnej siły, że podsądni są przestępcami szczególnie groźnymi.

Sala sądowa jest wypełniona po brzegi. Choć publiczność wpuszczano wyłącznie za biletami, przejścia zapchane są stojącymi widzami. Wszyscy wpatrują się w oskarżonych.

Mieczysław Krasiński i Mieczysław Rotter, obaj po trzydziestce, oskarżeni o przynależność do organizacji terrorystycznej, której celem działania było obalenie przemocą istniejącego w Polsce ustroju, wyglądają dość zwyczajnie i nie budzą specjalnego zainteresowania publiczności. Dreszczyk emocji wywołuje osoba trzeciego, głównego oskarżonego. Lucjan Maśliński oskarżony jest nie tylko o przynależność do organizacji terrorystycznej, ale i o własnoręczne podrzucenie na Uniwersytet Warszawski bomby o wielkiej mocy, której wybuch pozbawił życia prof. Romana Orzęckiego. 26-letni Maśliński jest garbusem. Mimo swej ułomności ubrany jest z ostentacyjną elegancją: czarny garnitur, śnieżno-biała koszula ze spinkami, jedwabny krawat i bia-ła chusteczka w butonierce. Widać, że przywiązuje wagę do swego wyglądu - co chwila poprawia mankiety koszuli i prostuje krawat.

W pobliżu oskarżonych są już Leon Berenson, jeden z najwybitniejszych polskich obrońców, oraz znani adwokaci: Paschalski, Dreszer, Przeworski.

Maśliński, Krasiński i Rotter aresztowani zostali przez policję w sierpniu 1923 roku, w miesiąc po nieudanych zamachach bombowych na lokale powiatowych wojskowych komend uzupełnień w Częstochowie i Białymstoku (wcześniej, w kwietniu i maju 1923 roku, nieznani sprawcy dokonali szeregu zamachów bombowych w Warszawie i Krakowie). Wraz z nimi aresztowano także oficera WP, kierownika centralnej szkoły zbrojmistrzów w warszawskiej Cytadeli por. Walerego Bagińskiego i innego wojskowego, ppor. Antoniego Wieczorkiewicza. Wszyst-kich oskarżono o przynależność do komunistycznego spisku terrorystycznego.

Władze śledcze w tej sprawie zachowały się dziwnie. Gdy w październiku 1923 roku potężna eksplozja w prochowni warszawskiej Cytadeli spowodowała śmierć niemal 30 osób, Bagińskiemu i Wieczorkiewiczowi wytoczono osobny proces. Bagiński, przed aresztowaniem pracownik zbrojowni na Cytadeli, nieskrywający sympatii komunistycznych, doskonale nadawał się na zamachowca. Tyle tylko, że w chwili, gdy eksplozja zniszczyła prochownię Cytadeli, Bagiński i Wieczorkiewicz siedzieli od dawna w więzieniu. W procesie poszlakowym oskarżono ich zatem jedynie o przeprowadzenie wcześniejszych zamachów. Oskarżenie opierało się właściwie wyłącznie na zeznaniach Józefa Cechnowskiego, członka siatki terrorystycznej Komunistycznej Partii Robotniczej Polski, który jadąc do Częstochowy z kolejną bombą dla Bagińskiego i Wieczorkiewicza, doznał nagle moralnego przełomu, zgłosił się na policję i wyjawił wszystko, co wie o komunistycznych terrorystach.

Na żądanie kierującego zwalczaniem komunistycznego podziemia nadkomisarza policji Piątkiewicza Cechnowski pozostał w terrorystycznej siatce komunistów i składał policji meldunki o ich knowaniach.

Mimo że obrońcy wskazali w zeznaniach Cechnowskiego mnóstwo niejasności i rażących sprzeczności, sąd wojskowy skazał Bagińskiego i Wieczorkiewicza na śmierć.

Przebieg procesu wzburzył lewicę, środowiska prawnicze, nawet większą część posłów. Sprawę Bagińskiego i Wieczorkiewicza zbadała specjalna sejmowa komisja śledcza pod przewodnictwem posła PPS Adama Pragiera. Choć od zarzutu współpracy z kierowaną przez sowiecki wywiad tzw. wojskówką KPRP, chętnie sięgającą po metody terrorystyczne, obu oficerów trudno byłoby wybronić, nie znaczyło to przecież, że to oni osobiście podkładali bomby w Krakowie, Częstochowie, Białymstoku, a tym bardziej w Cytadeli. Pragier doszedł do wniosku, że Cechnowski nie był nawróconym komunistą, ale od początku policyjnym prowokatorem. A sprawa komunistycznej siatki terrorystycznej, do której należeli m.in. obaj oficerowie - policyjną prowokacją i humbugiem nadkomisarza Piątkiewicza. Na wniosek Adama Pragiera prezydent Wojciechowski skorzystał z prawa łaski i wyrok śmierci zamienił na dożywocie. W marcu zeszłego roku Bagińskiego i Wieczorkiewicza eskortowano do granicy polsko-sowieckiej, by wymienić ich na aresztowanych przez NKWD polskiego konsula w Gruzji sędziego Łaszkiewicza i jego rodzinę. Niedaleko granicy obaj więźniowie zostali jednak zastrzeleni przez polskiego konwojenta, policjanta Muraszkę. Sąd skazał Muraszkę na ledwie dwa lata więzienia.

Rozpoczęty przed czterema dniami proces Maślińskiego i jego towarzyszy osobliwie przypomina proces Bagińskiego i Wieczorkiewicza. Oskarżenie opiera się wyłącznie na poszlakach, i to bardzo wątłych.

Adwokat Helena Dziewanowska krótko przed wybuchem bomby na uniwersytecie wracała od znajomych do domu i niedaleko wejścia na teren uczelni w sporej odległości dostrzegła dwóch mężczyzn - wysokiego, eleganckiego, w płaszczu, i niskiego garbusa w palcie i czapce akademickiej. Na jej widok garbus oddalił się pośpiesznie. Twarzy jego nie widziała, ale na policji rozpoznała ułomny chód Maślińskiego.

Na tej podstawie Maślińskiego oskarżono o dokonanie zbrodniczego zamachu.

Adwokaci w trakcie rozprawy doprowadzili do powtórnej konfrontacji mec. Dziewanowskiej i podejrzanego - ale w warunkach, jakie panowały tamtego feralnego wieczoru. Za drugim razem pani adwokat już wcale nie była pewna, czy rozpoznaje sylwetkę i chód podejrzanego.

Misterny wywód prokuratora Dołęgi-Kowalewskiego, że Maśliński, w latach 1918-19 aktywnie działający w milicji robotniczej w Kozienicach, z umiarkowanego socjalisty przepoczwarzył się w radykalnego komunistę, obrońcy rozbili w puch. Świadkowie obrony, kozieniccy peowiacy, wystawili mu świadectwo gorącego patrioty. Na wniosek mec. Paschalskiego na salę sądową dostarczono z kancelarii więzienia mokotowskiego rzeczy Maślińskiego. Wśród nich był też Krzyż Walecznych nadany oskarżonemu za walkę o niepodległość w 1918 roku.

Fatalnie wypadł przed sądem sławny z procesu Bagińskiego i Wieczorkiewicza rzekomo nawrócony terrorysta komunistyczny Józef Cechnowski. W krzyżowym ogniu pytań na światło dzienne wychodziły coraz bardziej kompromitujące go (i nadkomisarza Piątkiewicza) fakty. Przed moralnym przełomem policjanci aresztowali Cechnowskiego w Częstochowie, z bombą w teczce. W komunistycznej konspiracji Cechnowski, już jako agent policji, nie tylko rozpoznawał, kto szykuje zamach, ale sam miał usłużnie proponować swym towarzyszom zorganizowanie jakiegoś zamachu i dostarczenie w tym celu bomby. W jego mieszkaniu znaleziono cały bombowy arsenał.

Policja nie jest od organizowania zamachów i czyhania, aż ktoś zgodzi się zamachu takiego dokonać, grzmieli obrońcy.

A cała wiedza Cechnowskiego o udziale podsądnych w zamachu na uniwersytecie sprowadziła się do rzekomo zasłyszanego od Rottera zdania: "Ten zamach to dobra robota".

Jedyne, co dla wszystkich obserwatorów nie ulega wątpliwości, to bliskie kontakty trójki oskarżonych z nieżyjącymi już porucznikami Bagińskim i Wieczorkiewiczem.

Oczekiwanie na sędziów przedłuża się. To widomy znak, że nie są oni w stanie uzgodnić wyroku. Dopiero o 15.30 rozlega się dzwonek, wszyscy wstają. Na salę wkraczają sędziowie Kozakowski, Koss i Skawiński. Przewodniczący Kozakowski odczytuje sentencję wyroku: Oskarżeni Maśliński, Krasiński i Rotter zostali uznani za winnych należenia do zrzeszenia terrorystycznego, którego celem było obalenie ustroju państwowego poprzez zamachy bombowe. Każdy z nich zostaje skazany na 15 lat ciężkiego więzienia i utratę na ten czas praw obywatelskich.

Oskarżonego Maślińskiego trybunał od zarzutu podłożenia ładunku wybuchowego na uniwersytecie i spowodowania śmierci prof. Orzęckiego uniewinnia. Wśród publiczności słychać pojedyncze westchnienia ulgi.

Trzej skazani przyjmują wyrok spokojnie. Dziękują swym obrońcom. Podwójny kordon policjantów i straży więziennej otacza skazanych i wyprowadza z sali.

Źródło: Duży Format
  • 4 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    5 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':