Rozmawiali o... grożących nam masowych zwolnieniach (sic!).
Co wicepremier miał na myśli? Chciał się podlizać związkowcom, bo przecież to oni, a nie bezrobotni, mogą wyjść na ulicę? Nie pomyślał, co mówi - tak jak kiedyś Jerzy Urban ("Rząd się wyżywi") czy Włodzimierz Cimoszewicz ("Trzeba się ubezpieczać" - to do rolników, którzy stracili dorobek życia w powodzi)? Potem obaj panowie się dziwili, że ktoś poczuł się oburzony.
A może żywi głębokie przekonanie, że nasz system przeciwdziałania bezrobociu i aktywizacji zawodowej osób bez pracy działa świetnie? A rząd zrobił w tej sprawie już wszystko - stworzył program "Solidarność pokoleń", nie okroił pieniędzy na walkę z bezrobociem?
Jeśli tak, to zapraszam do urzędu pracy. Wicepremier przekona się tam, że pośredniaki w większości przypadków przyzwoitej pracy nie oferują, żyją własnym urzędniczym życiem, a bezrobotni nie są tam mile widziani.
Jeżeli pan premier nie ma czasu, to zachęcam do
lektury: "Gazeta Praca", "Przychodzi baba do pośredniaka".