Jeszcze jako student z uwagą śledziłem głosy w debacie o inteligencji. Na kolejne numery "Świątecznej" z tekstami Adama Michnika, prof. Jerzego Jedlickiego i innych autorów czekałem jak na gwiazdkowe prezenty. To w weekendy. A w ciągu tygodnia spotkania na uniwersytecie, w PAN-ie, "Polityce", KIK-u, Ośrodku Karta, Domu Literatury, Klubie "Goście Gazety", a także - czemu nie - u konserwatywnych liberałów z Kolibra. W międzyczasie praca w jezuickim "Przeglądzie Powszechnym", staż w "Tygodniku Powszechnym" - pod okiem Krzysztofa Kozłowskiego - w końcu "Wyborcza". Zwyczajna droga ćwierćinteligenta, by uprzedzić żachnięcie się wiadomego publicysty.
Ale pojawiły się we mnie wątpliwości: w czyim imieniu, do kogo, dlaczego i co mówią inteligenci? Dlaczego kolejne artykuły, dyskusje czy wykłady wywołują wrażenie déja vu? Wprawdzie nie należy ich wszystkich unieważniać - sama rozmowa jest wartością - ale z drugiej strony, co z tych debat wynika? Mam wrażenie, że niewiele. Dlaczego?
Wydaje się, że refleksje nad stanem państwa i społeczeństwa zdają się odbiegać od realiów.
Adam Michnik w rozmowie z Romanem Kurkiewiczem w Radiu TOK FM powiedział, że uważa swoją ostatnią książkę "W poszukiwaniu utraconego sensu" (Warszawa 2007; z jednym wyjątkiem jest to wybór publicystyki z lat 2005-07) za najważniejszą. Tymczasem otwiera ją artykuł, który zawiera moim zdaniem uproszczoną diagnozę: "Z republiki demokratycznej - pisze Michnik - gdzie wszyscy obywatele mieli równe prawa, gdzie obowiązywała niezawisłość sądów powszechnych i Trybunału Konstytucyjnego, gdzie respektowano prawa człowieka i zasadę domniemania niewinności, gdzie monopol epoki komunizmu został zastąpiony pluralizmem w parlamencie, samorządzie lokalnym i mediach publicznych, gdzie kompromis i tolerancja były cnotami, a fanatyzm i mściwość pozostawały w niełasce, gdzie przystąpienie do Unii Europejskiej obchodzono jak święto narodowe - Polska staje się dziś z wolna państwem, gdzie wszystkie te wartości i obyczaje zostają zakwestionowane".
Podobnie jak Michnik nie znam lepszej Polski niż III RP, a gorszej niż IV (z racji wieku Michnik gorszą zna), ale bez przesady.
Druga rzecz - w różnych wersjach w jego artykułach powtarza się kwestia podziału Polski na dwa obozy: endecki i jagielloński. Dosadnie ujął to Michnik: "Jest Polska Narutowicza i tych, którzy zamordowali Narutowicza" ("
Tomasz Lis na żywo", cytat za "Gazetą" z 5 listopada 2008 r.).
Michnik uważa, że dzisiejsze spory polityczne czy ideowe są prostym przedłużeniem tych sprzed ponad 80 lat. Advocatus diaboli mógłby zapytać: czy "pełzający zamach stanu" braci Kaczyńskich da się porównać z zabójstwem pierwszego polskiego prezydenta? Publicystycznie - być może. W obu przypadkach zakwestionowany został pomysł na liberalno-demokratyczny model państwa. Ale przecież wszystkie pojęcia uległy redefinicji, a Polska lat 1918-39 i 1989-2009 to odmienne rzeczywistości. Inni szatani są dzisiaj czynni. Diagnozy sprzed dziesięcioleci nie da się przełożyć na współczesne realia. Nie tylko dlatego, że będzie ona nieścisła i publicystyczna. Jeśli nawet takie ujęcie ma charakter metaforyczny, wydaje się ono dzisiaj mało czytelne.
Oprócz diagnoz istotną rolę w sporze o Polskę i rolę inteligencji odgrywają recepty. Dziś inteligencja liberalno-demokratyczna mówi skromnie: żyj uczciwie, płać podatki, organizuj się; pamiętaj, że obywatelstwo wymaga twojej aktywności i niesie sens moralny. Czy ten rodzaj patriotyzmu małych kroków wystarczy? Trudno wymagać od inteligencji głoszenia haseł o Bogu, Honorze i Ojczyźnie - eksploatowane przez populistów brzmią dziś fałszywie. Niełatwo jednak oprzeć się wrażeniu, że inteligencja oddała język i miejsce w debacie publicznej.
Autorytet i wiedza nie są w cenie. Można odnieść wrażenie, że wszyscy mogą być specjalistami od wszystkiego, głos każdego waży tyle samo. Obowiązkiem inteligencji jest się przeciw takiej bylejakości buntować i stwarzać pozytywne wzorce myślenia i działania. Czy taki bunt nie mógłby być sexy?
Tylko że wydaje się on nierealny. Po pierwsze, spotkania w wąskim gronie inteligentów niewtajemniczonym wydają się nieproduktywnym rozmawianiem o sobie. Po drugie, na upominanie się o jakość i wysokie standardy w gruncie rzeczy nie ma dziś miejsca w debacie publicznej.
Weźmy przykład służby zdrowia. Półtora roku temu protestowały pielęgniarki, lekarze zaczęli zwalniać się z pracy. Wtedy chirurg na wypowiedzeniu ze szpitala przy ul. Banacha w Warszawie zaproponował mi, żebym zobaczył jego dyżur, a nie robił krótki wywiad typu "Dlaczego pan się zwolnił? Czy myśli pan o dobru pacjentów?".
Dyżur dr. Janusza Świątkiewicza trwał 29 godzin: zaczął się przed ósmą rano, a skończył około trzynastej następnego dnia. W tym czasie chirurg wykonał pięć operacji. Lekarze protestowali, bo państwo nawet nie respektowało ich prawa do wynagrodzenia za nadgodziny. Ale mało kogo to interesowało. Wiele tytułów prasowych oskarżało lekarzy o łamanie zasad etyki zawodowej, pozostawienie pacjentów bez opieki. Głosy w obronie zawodu lekarza były raczej niesłyszalne.
Służba zdrowia to też pielęgniarki, które protestując musiały wykazać się większą odwagą niż lekarze, lepiej wykształceni i niezależni. W końcu rozbiły białe miasteczko pod kancelarią premiera. A inteligencja w tym czasie była w lesie. Do pielęgniarek wyszedł tylko prof. Modzelewski, który wygłosił w miasteczku wykład. Jednocześnie w wielu tekstach publicystycznych znajdujemy odwołania do Stefana Żeromskiego, szlachetnych kart dziejów pewnej inteligenckiej tradycji. Tylko że to jedynie słowa, które w zestawieniu z biedą, wykluczeniem brzmią fałszywie, konwencjonalnie.
Jeśli inteligencja liberalno-demokratyczna chce wpływać na kształt życia społecznego, musi odzyskać wiarygodność. Nie chodzi więc ani o kwestionowanie dotychczasowego dorobku inteligencji liberalno-demokratycznej, ani o to, by jej publicyści porzucili pióra czy sale wykładowe i zaczęli pisać programy polityczne - to zadanie dla nowoczesnej centrolewicy (nieistniejącej). Inteligencja powinna umieć zdiagnozować problemy współczesności i poszukiwać na nie właściwych rozwiązań. Obecnie tak się nie dzieje.
Jakub Halcewicz-Pleskaczewski - ur. 1984 r., skończył dziennikarstwo, studiuje filozofię na UW, redaktor serwisu Wyborcza.pl i miesięcznika „Przegląd Powszechny”