Jeszcze 15 lat temu jedyne, co można było w Szwecji naruszyć, to nietykalność osobistą i prawo autorskie. Obywatele czuli się co najwyżej znieważeni. I mniej więcej zgadzaliśmy się, co stanowi zniewagę. Ale w latach 90. ta zgoda zaczęła się kruszyć. I zanim się zorientowaliśmy, słowo kränka (urazić, pogwałcić, naruszyć) zostało niemal sprywatyzowane.
Młoda para czuje się urażona, bo ksiądz wspomniał o Bogu. Gdzie indziej ktoś czuje się urażony, ponieważ znalazł nieapetyczną grudę w słoiku dżemu malinowego. Mieszkańcy Skövde czują się urażeni, bo Linneusz napisał o ich miasteczku "mała plamka". Wojskowy na Gotlandii doznał "pogwałcenia" uczuć, kiedy łodzie podwodne przeniesiono do Sztokholmu. Podobnie ktoś, komu psa zgwałcił (sic!) wilk. Obecnie przestępców uraża aresztowanie, ateistów zaś egzemplarz Biblii w pokoju hotelowym. Nie opowiadam rewelacji. "Zobaczmy, kogo dzisiaj urażono?", mamrocze mój znajomy, otwierając poranną gazetę. Ale skąd ten język, zrównujący uczucie zgwałconej kobiety z samopoczuciem właściciela suczki, która wpadła w złe towarzystwo?
Jak zwykle, gdy szerzy się nowa zaraza, moje myśli biegną do Narodowego Instytutu Zdrowia. I słusznie. W 2004 roku Instytut zwrócił się do obywateli z pytaniem, czy czują się urażeni. Szwedzi być może nie rozważali takiej możliwości, ale skoro państwo wyszło z propozycją? Prawie co czwarty poczuł się świeżo urażony - i dyskryminowany! Więc Instytut ogłosił nową dolegliwość narodową: okazało się, że urażeni mają nieco wyższe ciśnienie i czują się odrobinę paskudniej niż ci jeszcze nie urażeni. W co nie ma powodu wątpić.
Ale jak to rozumieć? Nie mamy pojęcia. Instytut nie zapytał, co ludzie rozumieją pod pojęciem "urazić". Czym więc jest? Nadużyciem językowym czy rzeczywistym zjawiskiem w kulturze?
Szukam pomocy u znawców człowieka. Okazuje się, że wielu z nich miało powód postawić sobie to pytanie. W "To nie moja wina! O sztuce bycia odpowiedzialnym" teolog Ann Heberlein przedstawia obrażanie się jako masową ucieczkę od dorosłości. Widzi coraz więcej osób zwalających winę za swoje potknięcia i niepowodzenia na wrednych rodziców, narkotyki czy rasistowskie struktury. Jej zdaniem odmawiają oni przyjęcia konsekwencji swoich czynów, nie chcą ponosić odpowiedzialności.
Nie chcą czy może nie potrafią? Ingrid Carlgren, rektor WSP, od lat czeka na studencką rewoltę. "Wzburzeni studenci, którzy walczą o Sprawę i domagają się zmian". Jak w jej młodości. Ale rewolty nie ma. Pojawiło się za to "pokolenie cieplarniane", studenci, którzy - każdy z osobna - domagają się, aby uczelnia potwierdzała właśnie ich dyskomfort. Bo poczują się urażeni i zaskarżą...
- Ja nigdy nie czułam się urażona - wybucha Ingrid Carlgren - byłam gniewna!
Czy narcyzm jest problemem demograficznym? Przyjaciel radzi mi poczytać Ninę Björck. W jednym z tekstów felietonistka "Dagens Nyheter" zauważa, iż dopiero po zostaniu rodzicem następuje prawdziwy "odwrót ego". Człowiek nie może już dłużej wołać "chcę więcej", lecz musi zrozumieć, że "moje czyny nie zaczynają i nie kończą się na mnie". Przyjaciel uważa, że to mądrze powiedziane. I każe mi się zastanowić, jak długo obecnie czekamy w Szwecji z rodzeniem dzieci. Przeciętnie 33 lata. Kiedy Kenijczyk zostaje dziadkiem, Szwed właśnie gramoli się z nastoletności.
Szukam dalej u artysty Magnusa Bärtasa, który przez 10 lat dokumentował skargę pokrzywdzonych (vide jego instalacja w Muzeum Sztuki Współczesnej). On również nie ma gotowej odpowiedzi. Podejrzewa jednak, że kiedy zanikają partie i ruchy społeczne, niezadowolenie, nie znajdując ujścia, zostaje sprywatyzowane, by w końcu stać się narcystycznym.
Bodźcem do wystawy było uczucie zdziwienia: czemu ludzie tyle narzekają w społeczeństwie, które sami uważają za najlepsze na świecie.
Może właśnie dlatego? Istnieje wszak możliwość, że nic nie uciszy niepokoju duszy. Kiedy człowiek zdobył już prawo głosu, prawo do emerytury i bezpieczne dla dzieci lasy, gdy za każdym odkręceniem kurka płynie z kranu woda, może wtedy niepokój szuka nowych dróg? Kiedy poskromiony zostaje również los (ależ tak, dyslektyk może zostać nauczycielem języka, a wszystkie choroby zdają się uleczalne), znajdujemy nowe powody, by odczuwać zawód.
To wszystko jest naturalne. Nienormalne staje się dopiero wtedy, kiedy państwo oferuje się uleczyć bóle fantomowe: zlokalizować przyczynę i ukarać winnych. Może nie da się ustalić, czym jest urażanie się. Łatwiej wytłumaczyć, co robi.
- Uraziłeś mnie!
- Przepraszam, nie chciałem. Myślałem, że...
- Znowu mnie urażasz, nie traktujesz poważnie moich uczuć!
Odgrywam scenkę z Margaretą Normell w jej gabinecie terapeutycznym. Do niej trafiają nauczyciele zgłoszeni przez łatwo urażalnych studentów. Słyszę, że WSP jest jednym z większych klientów. Normell mówi, że wielu "urażonych" najprawdopodobniej jest rozgniewanych. Może słusznie, a może tylko z powodu przeciwności. Ale w szwedzkiej kulturze gniew jest tabu, podczas gdy na miejscu jest robienie z siebie ofiary. A skoro jest ofiara, to jest i winowajca, czyż nie?
Normell zauważa, że do obrażania się najczęściej uciekają się osoby z zachwianym poczuciem własnej wartości, które nie znajdują w życiu potwierdzenia. To znakomita broń w ręku słabego. Ćwiczymy repliki. Do urażonego należy się zwracać, ważąc każde słowo, by nie urazić go ponownie. Już wtedy ma pewną przewagę. Jak zatem odpowiadać?
Na to nie ma odpowiedzi, mówi teolog Ann Heberlein. „Uraziłeś mnie” to conversation stopper, replika, która nie pragnie dialogu, chce tylko oddalić się od sedna sprawy. Urażony wylewa nam swoje uczucie na kolana, byśmy mogli przyjrzeć się naszej winie - sam nie ma w tym żadnego udziału ani odpowiedzialności. Przede wszystkim zaś nie chce słyszeć „wcale nie chciałem”.
W swej książce Heberlein podkreśla, że nawet pies czuje, czy został nadepnięty umyślnie, czy przez przypadek. Łatwo urażalni natomiast nie chcą znać cudzych intencji. Heberlein bierze za przykład głośną ostatnio powieść "Komary i tygrysy". Fakt, narratorka w książce Mai Lundgren ciągle czuje się szykanowana, bez względu na to, czy ktoś chce ją skrzywdzić, czy nie. Jakby sensem wszechświata było wyjaśnienie, czemu narratorce nie jest dobrze.
Źródło: Gazeta Wyborcza