Przeczytaj komentarz Bartosza Węglarczyka: Fuszerka MSZ Kaczyński "gratuluje wyboru" Barackowi Obamie, chwaląc jednocześnie George'a Busha za "rozwój współpracy" między Polską a
USA. Artykuł jest ogólnikowy. Prezydent pisze, że "rzeczą wielkiej wagi dla naszego kraju" jest dalsze "rozwijanie stosunków z USA". Podkreśla też, że niedawny kryzys gazowy "potwierdza, że pojedyncze rozmowy z Rosją to zbyt słaba akcja ze zbyt małymi efektami". Kończy zdaniem, iż "świat potrzebuje bezpieczeństwa i stabilności".
Kontrowersje wzbudza jednak nie to, co prezydent napisał, ale gdzie napisał. 89-letni Moon uważa się za mesjasza i twierdzi, że "ma dokończyć misję Jezusa". Szczególnie dyskusyjne są dokonywane przez niego ceremonie masowego błogosławieństwa par, zwane też masowymi małżeństwami. Jego krytycy twierdzą też, że Moon miliardowej fortuny dorobił się właśnie na swych wiernych.
Moon ma też interesy w przemyśle zbrojeniowym USA. W latach 80. siedział 18 miesięcy w więzieniu za niezapłacone podatki.
"Washington Times" nie był nigdy przez Moona redagowany, założył on jednak tę gazetę z jasną myślą, by miała wyraźny konserwatywny charakter. W ciągu 27 lat istnienia szef sekty dołożył do "Timesa" co najmniej 2 mld dol. Liberalni komentatorzy twierdzą, że "Moon zawarł poprzez gazetę sojusz z prawym skrzydłem Republikanów". Były naczelny Wesley Pruden podobno redagował teksty reporterów tak, by politycy lewicy wypadali w nich niekorzystnie. Publikowali w dzienniku z reguły autorzy konserwatywni, choć też umiarkowani, a nawet liberalni (choć rzadko).
"Times" znany jest z tego, że często publikuje - z reguły bardzo nudne - teksty głów państw (przeważnie niewielkich), szefów rządów czy ministrów, np. przy okazji ich wizyt w Waszyngtonie.
Rok temu "Times" przeszedł dość duże zmiany. Naczelnym został profesjonalny i ceniony dziennikarz John Solomon, były szef działu śledczego w "Washington Post". Informacje "Timesa" stały się szybsze i bardziej bezstronne.
Jednak "Times" to na rynku amerykańskim gazeta trzeciorzędna. Nadal sprzedaje tylko ok. 100 tys. egzemplarzy, prawie siedem razy mniej niż konkurent "Washington Post". Jeden ze znanych ekspertów polityki międzynarodowej z Waszyngtonu, który publikował w "Timesie", mówił mi niedawno: - Nie ma ostracyzmu wobec "Timesa", sporo ludzi z klasy politycznej go jednak czyta. Ale dajesz tam tekst dopiero wtedy, gdy nie chcą go gazety z pierwszej półki.
- Inicjatywa dotycząca tekstu nie wyszła ani od ambasady RP, ani
MSZ , tylko ze strony redakcji "Washington Times". Ambasada, tak jak to robi w każdym podobnym przypadku, przesłała prośbę redakcji do Warszawy - powiedział nam rzecznik ambasady w Waszyngtonie Paweł Maciąg. - Nie jest rolą MSZ ocenianie profilu dziennika. Zakładamy, że urzędnicy prezydenta wiedzą, jaką gazetą jest "Washington Times" - usłyszeliśmy w ministerstwie.
- Otrzymaliśmy prośbę z MSZ o artykuł do "Washington Times". Rekomendacja ministerstwa oznacza, że dla spraw Polski taki artykuł jest ważny. Nie mamy też obowiązku sprawdzania każdej prośby MSZ - powiedział "Gazecie" Michał Kamiński, minister z Kancelarii Prezydenta. Dodał, że dotychczasową praktyką MSZ było dołączanie opinii. - Mam tu na biurku prośbę od ambasadora Francji o artykuł do jednej z gazet z adnotacją, że jest to gazeta ceniona, mam podobną opinię od ambasadora w Wilnie dotyczącą uroczystości rocznicowych, jest z kolei prośbą o udział w konferencji, z adnotacją, że nie jest to odpowiednie forum dla prezydenta.