Gdy wieść o sobotniej wygranej 45-letniego szejka dotarła do somalijskiej stolicy Mogadiszu mieszkańcy zaczęli z radości strzelać na wiwat z działek przeciwlotniczych i karabinów maszynowych. 14 dotychczasowych prób powołania nowego rządu i zaprowadzenia porządku w kraju zakończyło się klapą. Somalijczycy uważają jednak, że szejk ma największe szanse, by pogodzić ich ze sobą i przerwać wojny.
Szejk Szarif Szejk Ahmed rządził już w Mogadiszu. Objął władzę w czerwcu 2006 r., gdy dowodzeni przez mułłów uczniowie z przymeczetowych szkół pobili terroryzujących kraj watażków. Ruch somalijskiego szejka natychmiast został ochrzczony afrykańskimi talibami. Podobnie jak ich bracia z Afganistanu talibowie z Mogadiszu zaprowadzili w kraju surowe porządki, ale po raz pierwszy od 15 lat w kraju zapanował względny pokój.
Podobnie jak mułła Omar, emir afgańskich talibów, somalijski szejk, zanim został partyzanckim dowódcą, żył skromnie jako nauczyciel geografii w szkole w Mogadiszu i prowadził modlitwy w meczecie. Skrzyknął oddział, by wystąpić przeciwko pewnemu watażce, który porywał mu uczniów dla okupu. Okrzyknięty przez sąsiadów ludowym bohaterem zawarł przymierze z innymi mułłami i na czele pospolitego ruszenia zdobyli stolicę i władzę.
Rządy talibów potrwały tylko pół roku. Prezydent
USA George Bush uznał ich za stronników al Kaidy i w grudniu 2006 r. namówiona przez Amerykanów
Etiopia najechała zbrojnie Somalię.
Szarif Szejk Ahmed uciekł do Kenii, a stamtąd do Erytrei, której stolicę Asmarę pobici talibowie wybrali na swoją bazę na obczyźnie. Na wygnaniu wśród talibów doszło do rozłamu na frakcję łagodnych i zajadłych. Łagodni, którym przewodził szejk, znaleźli się w mniejszości i wyjechali do Dżibuti. Asmara zaś stała się twierdzą frakcji zapatrzonych w światowy dżihad talibów, którym przewodzi szejk Hassan Dahir, wpisany przez Amerykanów na czarną listę międzynarodowych terrorystów. Dowodzeni przez niego partyzanci już wiosną 2007 r. rozpoczęli w Somalii krwawą wojnę przeciwko okupacyjnej armii etiopskiej.
Korzystając z niechęci Somalijczyków do Etiopii, uważanej za zaprzysięgłego wroga, somalijscy talibowie coraz bardziej brali górę w partyzanckiej wojnie na wyczerpanie. Latem, widząc, że w Somalii czeka ją wyłącznie klęska, Etiopia postanowiła dogadać się przynajmniej z łagodnymi talibami.
Targu dobito w sierpniu w Dżibuti. Przywódca łagodnych talibów Szerif Szejk Ahmed zgodził się wrócić do Somalii i zawrzeć przymierze z ustanowionymi przez Etiopczyków władzami. Postawił jednak twardy warunek - nie wróci do polityki, dopóki ostatni etiopski żołnierz nie wyjedzie z kraju. Etiopia spełniła też warunek w styczniu.
Na prezydenta szejk został wybrany w Dżibuti (jego poprzednika wybrano w Kenii), bo w Somalii, nawet po wyjeździe Etiopczyków, strzały nie milkną nawet na chwilę. Walczą zajadli talibowie, którzy uznali Szerifa Szejka Ahmeda za zdrajcę, który układa się z Amerykanami, Etiopczykami i ich somalijskimi kolaborantami. Zajadli talibowie ani myślą składać broń, godzić się ani dzielić władzą. Już w sierpniu zajęli ważne portowe miasto Kismajo na południu kraju, a tydzień temu wkroczyli do miasta Baidoa, gdzie dotychczas, pod ochroną etiopskich wojsk, urzędował somalijski parlament.
Ale Somalijczycy, którzy popierali zajadłych talibów w ich wojnie z Etiopią, uważają propagowaną przez nich wojowniczą odmianę islamu za obcą. Wielu partyzanckich komendantów talibów deklaruje, że nie chce dłużej walczyć w imię światowego dżihadu i raczej stanie w obronie szejka niż przeciwko niemu wystąpi.
Szejk może też liczyć na wsparcie rodaków z klanu Hawije, dominującego w Mogadiszu i na południu ogarniętej wojną Somalii. Zyska poparcie innych skłóconych klanów i szczepów (szczep Abgaal z klanu Hawije popiera łagodnego szejka, ale już szczep Air z tego samego klanu stoi murem za zajadłymi talibami), jeśli uda mu sprawiedliwie podzielić między nie władzę i stanowiska w rządzie.
Etiopia i USA oświadczyły, że wygrana szejka w prezydenckich wyborach bardzo je uradowała. - Nigdy nie był typem spod ciemnej gwiazdy, za jakiego mieli go Amerykanie od Busha - uważa Stig Jarle Hansen, norweski uczony badający w Nairobi somalijską politykę.