Andrzej Smyczyński, brat drugiego pilota CAS-y, był wczoraj przesłuchiwany przez śledczych w Poznaniu. Po wyjściu Smyczyński powiedział, że prokuratura zaproponowała mu ochronę. Decyzję, czy ją przyjąć, ma podjąć w ciągu kilku dni. Rzecznik prokuratury nie chciał tej informacji komentować.
Smyczyński twierdzi, że grożono mu śmiercią: - Podjechał do mnie
samochód, wysiadły dwie osoby, jedna z nich powiedziała: "Zostaw sprawę Mirosławca, bo jesteś na to za cienki. Wszystko o tobie wiemy, gdzie mieszkasz, co robisz, z kim rozmawiasz. Jest to na razie prośba od wysoko postawionych panów w mundurach". Zapytałem: - A jak nie, to co? Usłyszałem: "Twoja matka będzie opłakiwać kolejną osobę". - Mężczyzna odsunął też klapę płaszcza i zobaczyłem kaburę, a kierowca samochodu wykonał gest, jakby do mnie strzelał - dodał Smyczyński.
Od piątku wojskowa prokuratura zajmuje się tą sprawą. - Zajęliśmy się tym, bo wywołało to zainteresowanie opinii publicznej - przyznaje ppłk Rzepa.
Dlaczego śledztwa nie prowadzi prokuratura powszechna? - pytamy. - Bo istnieje podejrzenie, że autorami gróźb mogły być osoby związane z wojskiem - odpowiada ppłk Rzepa.
Wojskowi prokuratorzy wyjaśniają przyczyny katastrofy od ponad roku. Samolot transportowy CASA C-295M rozbił się 23 stycznia 2008 roku w Mirosławcu. Zginęło 20 wojskowych: czteroosobowa załoga i 16 pasażerów.
Dwa miesiące po wypadku wojskowa komisja badająca jego przyczyny na zlecenie Ministerstwa Obrony Narodowej stwierdziła, że do tragedii doszło, bo załoga samolotu i personel naziemny naruszyły obowiązujące procedury. Eksperci wykluczyli awarię maszyny.
W piątek, przy okazji rocznicy katastrofy,
telewizja TVN podała, że w samolocie przed katastrofą zawiodła instalacja oblodzeniowa i elektryczna. Te informacje wojskowa komisja miała umieścić w tajnej części raportu. Minister obrony narodowej
Bogdan Klich zarzekał się w piątek: - Ujawniłem wszystkie ustalenia komisji, która badała przyczyny katastrofy.
Natomiast wczoraj ppłk Zbigniew Rzepa potwierdził, że prowadzący śledztwo chcą powołać nowy zespół biegłych. Zaprzeczył jednocześnie, by miało to związek z informacjami o możliwej awarii. - Chcemy, by nowi biegli, odpowiadając na nasze pytania, dokonali ostatecznej oceny materiału dowodowego. Do tego momentu nie możemy przesądzać, co było przyczyną katastrofy - odpowiada ppłk Rzepa.
Kim będą nowi eksperci? Tego prokuratura nie ujawnia. Wiadomo, że już wcześniej o przygotowanie opinii proszono biegłego z zakresu informatyki, a to może oznaczać, że sprawdzano także wątek niesprawnych instalacji. - W tej sprawie nie mam nic do powiedzenia - ucina rzecznik.
"Gazeta": - Czy ustalenia wojskowej komisji mają znaczenie dla śledczych?
Ppłk Rzepa: - Znamy ten raport, ale jego ustalenia nas nie obowiązują. Jego autorzy byli przesłuchani w charakterze świadków, dlatego zgodnie z przepisami, w tej sprawie nie mogą już występować jako biegli. Do ostatecznej oceny zebranego zespołu powołamy innych ekspertów.
Mają zweryfikować dotychczasowe ustalenia śledztwa, które przedłużono właśnie o kolejne trzy miesiące.
Dotychczas przedstawiono zarzuty tylko jednej osobie. To Leszek L., były dowódca 13. Eskadry Transportu Lotniczego w Krakowie, który wystawił do lotu nieprzygotowaną załogę. Ma odpowiadać za niedopełnienie obowiązków i przekroczenie uprawnień.