Lelczyce to niewielka miejscowość na południowo-wschodniej Białorusi w obwodzie homelskiem. Z ponad 8 tys. mieszkańców katolikami jest zaledwie 350 osób.
Ksiądz Witalis Myszona, proboszcz parafii Najświętszego Serca Jezusa i Matki Boskiej Fatimskiej, nie ma łatwego życia. Od kilku miesięcy jest stale nękany przez lokalne władze. Powołano nawet komisję ds. kontroli ustawodawstwa w dziedzinie wolności sumienia, której jedynym zadaniem jest zwalczanie proboszcza Myszony. W styczniu urzędnicy już trzykrotnie zjawiali się u księdza, by sprawdzać różne aspekty z życia parafii.
Powodem nagłego zainteresowania się ks. Myszoną jest kilkumetrowy krzyż ustawiony przez niego przy wjeździe do Lelczyc. - Krzyż przy wjeździe do miasta to tradycja, na Białorusi można go zobaczyć w wielu miejscowościach. Wierni w Lelczycach też chcieli, by krzyż stanął przed miastem - mówi "Gazecie" ks. Myszona.
Zwrócił się w tej sprawie do władz i otrzymał oficjalną odpowiedź, że ma uzgodnić ustawienie krzyża z milicją i działem drogowym miejscowej administracji. Zgodę obu organów otrzymał.
W październiku 2008 r. przed Lelczycami stanął więc krzyż. Kilka tygodni później władze nagle zmieniły zdanie i wypowiedziały proboszczowi prawdziwą wojnę.
- Usłyszałem od urzędników, że mam nie zachowywać się tak, jakby katolicyzm był tu dominującą religią - opowiada ks. Myszona.
Wolga Gawriławiec, wiceszef miejscowej administracji ds. ideologii, uważa, że ksiądz naruszył prawo, bo na ustawienie krzyża nie ma zgody architekta.
- Wiem, że ludzie uważają, iż ksiądz jest krzywdzony. Ale to nie jest prawda. Ksiądz jest młody i nie umie się zachować, nigdy do nas nie przychodzi i się z nami nie konsultuje - tłumaczy Gawriławiec.
To właśnie z inicjatywy wydziału ideologii sąd rejonowy w Lelczycach wszczął wobec proboszcza postępowanie administracyjne pod zarzutem samowolnego ustawienia krzyża.
Na początku grudnia odbył się proces. - Ksiądz został oczyszczony z zarzutu - poinformowała nas Alena Ramanouska, prezes sądu. Sąd uznał, że wprawdzie proboszcz Myszona nie dopełnił wszystkich formalności, ale ściśle dostosowywał się do poleceń władz. Jeżeli więc ktoś ponosi winę, to tylko urzędnicy.
Lokalne władze nie zaprzestały jednak walki z krzyżem. W ubiegłym tygodniu ks. Myszona dostał pismo, w którym urzędnicy nakazują mu zdemontować do 31 stycznia religijny symbol. Jeżeli tego nie zrobi, krzyż zostanie zniszczony, a ksiądz - pociągnięty do odpowiedzialności za niewykonanie nakazu administracji.
Proboszcz Myszona nie zamierza usuwać krzyż i przygotowuje skargę na działania lokalnych urzędników.
- Ta historia pokazuje, że władze dążą do usunięcia w cień katolicyzmu. Katolicy i katolickie symbole mają być jak najmniej obecne w życiu publicznym - uważa Igor Bancer, rzecznik nieuznawanego przez władze Związku Polaków na Białorusi.
Katolicy stanowią 12-20 proc. obywateli tego kraju, a reżim prezydenta Aleksandra Łukaszenki wyraźnie preferuje prawosławie. Władze, nie zważając na apele wiernych, wydalają polskich księży, żądając zastąpienia ich Białorusinami, oraz nie wydają zgód na budowę nowych katolickich świątyń.
15 stycznia
Parlament Europejski w swojej rezolucji dotyczącej sytuacji na Białorusi wezwał Mińsk do poszanowania wolności religijnej oraz potępił wyrzucanie polskich księży.