Znakiem upadku francuskiej kultury restauracyjnej jest widoczny na ulicach Paryża wysyp barów szybkiej obsługi, oferujących powszechnie pogardzane jeszcze kilka lat temu hamburgery i cheesburgery.
Nowe upodobanie do szybkiego i prostego jedzenia doprowadziło nawet do tego, że takie sławy francuskiej gastronomii, jak Paul Bocusse, Alain Ducasse czy też Guy Martin wyszli naprzeciw oczekiwaniom klientów i otworzyli bary szybkiej obsługi, gdzie można również zamówić jedzenie na wynos.
Mogący się poszczycić prestiżowymi trzema gwiazdkami gastronomicznego przewodnika Michelina szef kuchni Paul Bocusse jest właścicielem nie tylko renomowanej restauracji L'Auberge du Pont de Collonges, ale także lokalu Ouest Express, gdzie ceny posiłków wahają się między 10 a 14 euro, a hamburgery kosztują od 4,30 do 5,90 euro.
Tymczasem w L'Auberge du Pont de Collonges Bocusse'a ceny samych przystawek zaczynają się w okolicy 40 euro, a zestawy obiadowe kosztują przeciętnie 130-165 euro od osoby. W dodatku kuchnia w Ouest Express jest czynna bez przerwy od rana aż do 23, co jeszcze kilka lat temu dla szanującego się paryskiego kucharza byłoby nie do pomyślenia.
Specjaliści tłumaczą sukces takich restauracji jak McDonald's czy też Ouest Express chudszą zawartością portfeli oraz zmianami w stylu życia Francuzów, którzy swoimi przyzwyczajeniami coraz bardziej upodabniają się do Amerykanów. Zamiast celebrować długie i wykwintne lunche w restauracji, wolą zamówić jedzenie do pracy, wpaść do piekarni na sandwicza lub zjeść w biegu hamburgera, który będzie ich kosztował dużo mniej.
Jeśli już decydują się na obiad w lokalnym bistro, to rezygnują z przystawek, deser dzielą z kolegą lub koleżanką z pracy, a zamiast kieliszka wina zamawiają darmową wodę z kranu.
Klienci restauracji są też coraz starsi. Młodzi, zagonieni Francuzi wolą przeznaczyć pieniądze na udaną noc w klubie, niż na długie i kosztowne biesiadowanie przy restauracyjnym stole. Z wyliczeń Centrum Badań Warunków Życia Crédoc wynika, że w ub.r. francuskie restauracje straciły aż 30 proc. klientów.
Nic więc dziwnego, że maleje też liczba restauracji. Najszybciej ubywa ich w małych miasteczkach i na wsi - w 1960 r. w całej Francji działało ich ok. 200 tys., teraz zostało już tylko 41,5 tys. Codziennie plajtują we Francji dwa bary.
Restauratorzy próbują się ratować obniżając ceny dań lub poszerzając ofertę obiadowych zestawów o darmowy deser, kawę bądź kieliszek wina. Najwięksi desperaci w wybrane dni decydują się nawet na półdarmowe posiłki, np. w paryskiej restauracji Chope du Château Rouge w piątki i soboty zamawiając napój można dostać darmową porcję kuskusu.
Sytuację finansową francuskich barów i restauracji podkopał również obowiązujący od początku 2008 r. zakaz palenia w miejscach publicznych. Do niedawna Francuzi nie wyobrażali sobie porannej kawy bez papierosa. Teraz żeby zapalić, muszą wyjść na zewnątrz. Oznacza to, że prawdopodobnie nie wrócą już po kolejną kawę, tylko popędzą do pracy.
Według wyliczeń Christine Pujol, szefowej największej francuskiej organizacji restauratorów i hotelarzy UMIH, zakaz palenia przełożył się na średnio 10-proc. spadek obrotów barów.
Źródło: Gazeta Wyborcza