Ścigany międzynarodowymi listami gończymi Laurent Nkunda, samozwańczy przywódca rebelii we wschodnim Kongu, został aresztowany w Ruandzie.
Teraz Ruanda wyda go zapewne Kongu, aKongo - Międzynarodowemu Trybunałowi Karnemu w Hadze. Ostatnich kilkanaście lat 41-letni dziś Nkunda, kongijski Tutsi, spędził na wojnach. Najpierw, na początku lat 90., w szeregach ruandyjskich partyzantów Tutsi walczył przeciwko rządowi Hutu z Kigali. Po zwycięstwie wyprawił się do Konga, gdzie poprowadził partyzantkę Tutsi przeciwko miejscowym władzom. Nie uznał pokoju zawartego pod naciskiem ONZ i zeszłej jesieni zajął niemal całą krainę Kivu na wschodzie Konga. Urządzał we wsiach triumfalne parady, zaczął nawet śnić o stanowisku prezydenta w Kinszasie.
Przestraszony nie na żarty kongijski prezydent Joseph Kabila dobił targu z rządzącymi w Ruandzie Tutsi, których dotąd oskarżał o wspieranie Nkundy. W tym tygodniu prawie 4 tys. ruandyjskich żołnierzy wkroczyło do
Konga i ruszyło natychmiast na partyzancką twierdzę Nkundy. Generał próbował ucieczki do Ruandy, ale dawni
sojusznicy go aresztowali.
Teraz może trafić przed trybunał w Hadze, gdzie dotąd sądzeni są wyłącznie kongijscy politycy i komendanci pokonani na polu bitwy lub w politycznej rozgrywce. Zwycięzcy mogą spać spokojnie.
Źródło: Gazeta Wyborcza