Zdumiewające jest to, że niemieckie elity, poza kilkoma zaledwie wyjątkami, pomimo braku złudzeń i entuzjazmu, aby przetrwać bądź awansować, popierały nową władzę, sumiennie wypełniając obowiązki narzucone przez rządzących zbrodniarzy.
Dekret o "odzyskaniu służb publicznych" wydano 7 kwietnia 1933 r. - co było cynicznym eufemizmem określającym zwolnienie wszystkich Żydów pracujących w urzędach państwowych, a także wszystkich, którzy zostali uznani za obywateli politycznie niepewnych. Prawo usunęło - w większości przypadków przez wysyłanie na emeryturę - wszystkich Żydów z urzędów publicznych, szkolnictwa, szpitali, klinik i sądownictwa.
Światowej sławy naukowców wydalono z uniwersytetów lub sami zrezygnowali z nauczania. Wielokrotnie zdarzały się przypadki lżenia lub fizycznego znieważania wykładowców przez studentów, podczas gdy koledzy odwracali wzrok. Taki był brutalny koniec żmudnego procesu asymilacji Żydów niemieckich.
Celem nazistów było usunięcie z Rzeszy wszystkich Żydów i osób pochodzenia żydowskiego. Przez krótki czas tolerowano tych pracujących w sektorze prywatnym. Na przykład żydowscy prominenci finansjery, których ciągle uznawano za niezastąpionych, pozostawali nietykalni, chociaż rosły wokół nich nienawiść i ostracyzm.
Profesorowie, którzy otwarcie protestowali przeciw narodowemu socjalizmowi - tacy jak jurysta Gustav Radbruch i teolog Paul Tillich - również byli natychmiast zawieszani bądź dymisjonowali. Do maja 1933 r. zlikwidowano związki zawodowe i skonfiskowano ich własność; wszystkie inne partie polityczne zdelegalizowano lub też same się rozwiązały; gazety, magazyny i
radio znalazły się pod kontrolą nazistów. W ciągu 19 dni powstało państwo z jednopartyjnym systemem władzy, a ludzie zostali odarci z praw, które przez stulecia były nienaruszalne w zachodnim świecie.
Ale
Niemcy zdawali się prawie tego nie zauważać, reżim zaś od początku funkcjonował dzięki podwójnej strategii, zgodnie z którą z jednej strony wciąż przestrzegano zasad państwa prawa, szczególnie w kwestiach własności, a z drugiej realizowano partyjne zamierzenia. Pierwsze ofiary reżimu - socjaliści, komuniści, demokraci (jeśli w którejś z tych grup byli Żydzi, traktowano ich ze szczególną bezwzględnością) - nie miały praktycznie żadnych szans na sprzeciw.
Do marca ponad tysiąc osób zostało aresztowanych, a w okręgu monachijskim powstał pierwszy obóz koncentracyjny, słynne później Dachau.
Ci Niemcy, którzy z racji zajmowanej pozycji bądź we własnym mniemaniu stali na straży prawa i moralności, milczeli. Ich uległość, służalczość lub wręcz zaangażowane współuczestnictwo przypieczętowały los pierwszych ofiar, a w rezultacie los państwa. Nigdy dotychczas nowoczesna, wykształcona i cywilizowana grupa społeczna tak łatwo nie porzuciła, nie zdradziła i nie pogwałciła najbardziej podstawowych praw obywatelskich.
((( Mojemu ojcu, żydowskiemu interniście o lewicowych przekonaniach, bardzo wcześnie dano do zrozumienia, że może być zagrożony. Niemal natychmiast po objęciu władzy naziści schwytali Ernsta Ecksteina [lewicowy polityk z Wrocławia żydowskiego pochodzenia] i przetrzymywali go, nie zezwalając na kontaktowanie się z kimkolwiek. Na początku maja powiadomiono, że zmarł w nazistowskim więzieniu - zamordowany albo, jak można przypuszczać, doprowadzony do samobójstwa przez tortury. Oficjalnie mówiono o chorobie płuc.
Rodzice powiadomili mnie o jego śmierci. Nasz dom wypełniły smutek i lęk. Był to zaledwie jeden epizod w wielkim polowaniu na wrogów, które naziści prowadzili w całym kraju. Schwytani byli tego samego dnia zawlekani do podziemnych cel SA, bici, lżeni i torturowani. Za trumną Ecksteina w ostatnim geście oporu poszli wrocławscy robotnicy.
Po śmierci ojca mama opowiedziała mi, że po intensywnej wewnętrznej walce zdecydował się nie brać udziału w pogrzebie, bał się, że dojdzie do aktów przemocy, nie chciał także być sfotografowany.
Zaraz potem inny przyjaciel ojca, Hermann Lademann, został przeciągnięty ulicami Wrocławia w przebraniu klowna, dręczony i opluwany przez gapiów. Trafił do Duerrgoy, pobliskiego obozu koncentracyjnego. Nawet jego prześladowcy byli pod wrażeniem stoicyzmu, z jakim znosił obrazy. W marcu pojawiły się w prasie zdjęcia, przedstawiające więźniów obozu w Dachau, którzy - według sardonicznych opisów - przechodzili w nim "reedukację".
W następnych dekadach wielu Niemców irytowało się, kiedy twierdziłem, że trzeba było być idiotą, żeby nie wiedzieć o tym, co działo się w Dachau i podobnych obozach. Stąd też z zainteresowaniem przeczytałem niedawno, że w lipcu 1933 r. znany skrzypek Adolf Busch pisał do brata, że Niemcy obecnie modlą się słowami: Lieber Gott, mach mich stumm, dass ich nicht nach Dachau kumm („Panie Boże uczyń mnie niemym, żebym nie trafił prosto do Dachau”).
Inny aryjski przyjaciel i pacjent ojca, Albert Wagner, demokrata i wysoki urzędnik, został w lutym wyrzucony ze swojego biura, a krótko po tym został wrzucony do piekła kolejnych obozów koncentracyjnych. Po uwolnieniu przyszedł się z nami zobaczyć - bardzo się zmienił, ale nic nie powiedział. Przed wypuszczeniem z obozu ostrzegano więźniów, że w razie rozpowiadania o swoich przejściach zostaną ponownie uwięzieni. Nazistom zależało na tym, żeby ludzie wiedzieli o istnieniu obozów koncentracyjnych, ale nie o dokonywanych tam zbrodniach.
Ojciec zdołał ostrzec Ernsta Hamburgera [socjaldemokrata, znajomy Sternów], podróżującego za granicą, żeby nie wracał do Niemiec. To ostrzeżenie przypuszczalnie uratowało mu życie.
((( Strach szybko wchodzi w krew. Pamiętam jak ojciec chował "niebezpieczne" książki: dzieła Kurta Tucholskiego lub wojującego pacyfisty Carla von Ossietzky'ego, chyba także Arnolda Zweiga i "Na Zachodzie bez zmian" Remarque'a - przesuwał je na półkach, tak by przysłonił je przedni rząd "bezpiecznych" tomów. Rozmowy telefoniczne prowadziło się ostrożne, ze względu na możliwość podsłuchu, wiedziano także, że listy bywają sprawdzane.
Często zapomina się, że pierwszymi ofiarami narodowego socjalizmu byli jego niemieccy przeciwnicy polityczni: odważni ludzie, którzy mierzyli się i w pierwszych wyborach często zwyciężali z nazistami. Ukarano zarówno Aryjczyków, jak i nie-Aryjczyków, tych drugich ze szczególnym okrucieństwem. Możemy tylko przypomnieć nazwiska kilku z nich: deputowani socjaldemokratów, tacy jak Ernst Reuter, Kurt Schumacher i Gustaw Dahrendorf. Ci mężczyźni i te kobiety, oficjalnie umieszczeni w bezpiecznym odosobnieniu - określenie to wiele mówi o cynizmie nazistowskiego języka - zostali wyrzuceni poza nawias wymiaru sprawiedliwości i zaledwie garstka ludzi w Niemczech zaprotestowała przeciwko temu oczywistemu pogwałceniu prawa.
Od dawna myślę, że zwiastunem dalszego rozwoju III Rzeszy był sposób, w jaki Niemcy potraktowali Niemców: jeśli narodowi socjaliści bez skrupułów poddawali torturom rodaków, to czy można się dziwić, że zrobili coś niewypowiedzianie gorszego tym, których uważali za podludzi i śmiertelnych wrogów rasy?
((( Praca ojca polegała w znacznej mierze na udzielaniu konsultacji lekarzom prowadzącym, którzy wzywali go do chorego, aby uzyskać tzw. drugą opinię. Większość aryjskich lekarzy prawdopodobnie zaprzestała korzystania z jego usług, ale ich niearyjscy konkurenci stanowili wówczas prawie połowę wrocławskich internistów.
Niemieccy lekarze jako grupa zawodowa byli pierwszymi i zapalonymi nazistami; konkurencja ze strony wyjątkowo popularnych lekarzy żydowskich od dawna psuła im krew. Ojciec opowiedział mi kiedyś o swoim koledze ze studiów, który teraz na jego widok ostentacyjnie przechodził na drugą stronę ulicy. Nawet jeśli ten człowiek odczuwał jakiś cień wstydu, to przede wszystkim ulegał wszechobecnym niemieckim obyczajom tego czasu: nie widzieć, nie chcieć widzieć, nie chcieć wiedzieć.
* Fritz Stern, ur. w 1926 r. we Wrocławiu, w rodzinie żydowskiego pochodzenia. Jako 12-letni chłopiec wyemigrował z rodzicami do
USA. Wybitny historyk, badacz najnowszej historii Europy. W swych książkach pokazuje, że totalitaryzm nie był przypadkowym naruszeniem europejskiego ładu. Wydał m.in.: "Der Nationalsozialismus als Versuchung" ("Narodowy socjalizm jako pokusa"), "Gold and Iron: Bismarck, Bleichroeder and the Building of German Empire" (wielki fresk życia politycznego i gospodarczego w epoce Bismarcka)
Fragment książki Fritza Sterna „Niemcy w pięciu wcieleniach”, która ukazuje się właśnie w przekładzie Łukasza Gałeckiego i Edyty Kubikowskiej nakładem wydawnictwa Rosner i Wspólnicy.