http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Dziś na wojnie rycerzy już nie ma

Theodor Meron*
2009-01-26, ostatnia aktualizacja 2009-01-23 17:02

Gdyby kilka lat temu ktoś mi powiedział, że ze 161 oskarżonych przez Trybunał ONZ ds. Zbrodni Wojennych w b. Jugosławii osądzimy 159, pomyślałbym, że zwariował. Ale tak jest. Sprawiedliwości może stać się zadość, jeśli jest determinacja - mówi sędzia

ZOBACZ TAKŻE
Miłada Jędrysik: W poniedziałek rozpocznie się pierwszy proces przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym, pierwszym w historii stałym międzynarodowym sądem rozpatrującym zbrodnie wojenne i przeciw ludzkości. Oskarżony to Thomas Lubanga, przywódca rebeliantów z Konga. Zarzuca się mu, że do swoich oddziałów werbował dzieci. Do powstania MTK by nie doszło, gdyby nie sukces haskich Trybunałów ONZ ds. Zbrodni Wojennych w b. Jugosławii i Ruandzie. Inaczej mówiąc, bez pana udziału, bo pierwszemu trybunałowi pan przewodniczył, a teraz sądzi w połączonej izbie apelacyjnej obydwu. Czy ma pan wrażenie, że w Hadze tworzy się historię?

Theodor Meron: Zdecydowanie tak. Kiedy zaczynaliśmy, idea międzynarodowego karnego wymiaru sprawiedliwości była kwestią przeszłości. Ostatni międzynarodowy proces to była Norymberga. Przez pół wieku, pomimo okrucieństw, jakie popełniano w wielu miejscach, społeczność międzynarodowa nie podjęła żadnych działań, by ukarać ich sprawców. Dopiero wojna w byłej Jugosławii sprowadziła te okrucieństwa na nowo do serca Europy. Zainteresowanie mediów, „efekt CNN” doprowadziły do tego, że Rada Bezpieczeństwa postanowiła powołać międzynarodowe trybunały karne - najpierw dla byłej Jugosławii, a potem dla Ruandy.

Na początku było nam bardzo trudno uzyskać nakaz aresztowania podejrzanych i doprowadzić do ich zatrzymania. Nie stoi za nami żadna polityczna siła, nie mamy oddziałów, które możemy wysłać na poszukiwanie zbrodniarzy. Stopniowo jednak do naszego aresztu zaczęło trafiać coraz więcej podejrzanych, i to coraz wyższych rangą. Mamy teraz sześć procesów w toku i 26 oskarżonych przed sądem. To pierwsza instancja, a są jeszcze sprawy w apelacji. Musimy pracować na dwie zmiany, jak w fabryce, bo dysponujemy tylko trzema salami sądowymi.

Udało nam się napisać na nowo corpus międzynarodowego prawa karnego. Nie tylko dotyczący substancji, czyli samych zbrodni, ale również procedur, sprawiedliwego procesu, gwarancji procesowych. Międzynarodowy Trybunał Karny i inne instytucje, które pójdą w nasze ślady, będą miały ten luksus, że mogą zacząć od solidnych podstaw.

Dziś jesteśmy częścią większej rodziny. Powstały oenzetowskie trybunały dla Sierra Leone, Kambodży, za kilka miesięcy również w Hadze zacznie się proces w sprawie zamordowanego w 2005 roku b. premiera Libanu Rafika Haririego, nie mówiąc już o MTK, który jest pierwszym w dziejach świata stałym sądem karnym, a nie powołanym dla rozpatrzenia zbrodni w konkretnym miejscu i czasie. My odejdziemy wkrótce do historii, zakończymy działalność, ale zostawimy po sobie trwały spadek.

Co było momentem przełomowym w historii Trybunału? Kiedy dotarł do niego pierwszy oskarżony, Duszko Tadić, szeregowy żołnierz, mało kto wierzył, że Trybunał będzie w stanie osądzić prawdziwych zbrodniarzy, że trafią tam ludzie tacy jak prezydent Jugosławii Slobodan Miloszević czy przywódca bośniackich Serbów Radovan Karadżić.

- Wiele czynników. Przede wszystkim to, że Serbia, ale także Chorwacja i Bośnia zrozumiały, iż wspólnota międzynarodowa nie będzie ich traktować jak poważnych partnerów, dopóki nie wydadzą podejrzanych lub nie przekonają ich do poddania się. A to stało się dopiero wtedy, gdy ONZ i UE uzależniły od tego zniesienie sankcji, programy pomocowe i stowarzyszeniowe. Miloszević zmarł w areszcie, ale toczy się teraz proces Milana Milutinovicia, byłego prezydenta Serbii. Mamy szefów sztabów, generałów, szefów służb specjalnych. To zwykle byli ludzie potężni i chronieni, którym przez myśl nie przeszło, że będą musieli zdać sprawę ze swoich działań przed sądem.

Rada Bezpieczeństwa chce, żebyśmy zakończyli działalność do końca 2010 r. i chcemy się do tego dostosować, jeśli to tylko będzie możliwe. Z drugiej strony, międzynarodowy karny wymiar sprawiedliwości to nie przedsięwzięcie handlowe, więc nie możemy zdecydować o zamknięciu interesu, kiedy nam się podoba. Gdy byłem przewodniczącym Trybunału, musiałem zdawać Radzie Bezpieczeństwa co pół roku sprawozdanie z naszej działalności i zawsze powtarzałem, że nie będziemy iść na skróty. Procesy muszą zostać zakończone zgodnie ze wszystkimi regułami sztuki. Musimy być pewni, że sprawiedliwości stało się zadość. Mamy teraz nowo przybyłego, pana Karadżicia, którego proces będzie musiał długo potrwać.

Międzynarodowy wymiar sprawiedliwości jest bardzo ważny, ale sam pan wielokrotnie twierdził, że z punktu widzenia i ofiar, i całych społeczeństw najlepiej byłoby, żeby państwa same sądziły własnych zbrodniarzy. Na ile sukces waszego Trybunału przyczynił się do tego, że narody byłej Jugosławii wypełniają ten obowiązek?

- Jest wyraźny związek, rośnie liczba procesów w terenie. Na mocy rezolucji Rady Bezpieczeństwa Trybunał może przesyłać sądom w byłej Jugosławii sprawy podejrzanych o niższej randze. Oczywiście trzeba było zapewnić im uczciwy proces. W Bośni pomogliśmy w utworzeniu specjalnej izby w tamtejszym sądzie. To był interesujący eksperyment - mieszany, hybrydowy sąd. Prokuratorzy i sędziowie są tam zarówno międzynarodowi, jak i miejscowi. Cała instytucja podlega jednak prawu bośniackiemu. Byłem bardzo zaangażowany w jej tworzenie. Teraz, po wielu latach, możemy powiedzieć, że działa dobrze.

W Chorwacji również odbywają się procesy zbrodniarzy wojennych, ich przebieg monitoruje OBWE. Również w sądzie okręgowym w Belgradzie toczą się procesy o zbrodnie wojenne.

Międzynarodowy wymiar sprawiedliwości musi być modelem do naśladowania, jeśli chodzi o normy, procedury, gwarancje, takie jak prawo do obrony, do sprawiedliwego i niezależnego procesu, krzyżowe przesłuchanie świadków. Możemy pomagać państwom w tworzeniu tych standardów, ale nigdy nie będziemy w stanie sami osądzić wszystkich. Nasz budżet, liczba sędziów są ograniczone.

Tymczasem poza byłą Jugosławią państwa nie kwapią się, by sądzić własnych zbrodniarzy, a jeszcze mniej, by wydawać ich Międzynarodowemu Trybunałowi Karnemu. W pierwszej sprawie - Darfuru - nikt jeszcze nie został aresztowany.

- MTK wydał nakazy aresztowania dwóch wysokich rangą sudańskich urzędników, w tym jednego ministra, ale władze ich nie zrealizowały. Teraz waży się decyzja o nakazie aresztowania dla prezydenta Omara al Bashira. Wszystko zależy od nacisku, jaki może wywrzeć na Sudan społeczność międzynarodowa.

Międzynarodowe instytucje muszą dawać silniejsze mandaty. Kiedy Narody Zjednoczone tworzą siły pokojowe, tak jak w Bośni, to mandat takich sił powinien wyraźnie zobowiązywać je do ścigania i aresztowania zbrodniarzy wojennych.

Po Tadiciu przez długi czas nikt nie trafiał do naszego aresztu w Scheveningen. Napisałem wtedy tekst do "Foreign Affairs", bardzo pesymistyczny, o tym, jaki to wstyd. Na szczęście politycy zorientowali się, że tak dalej być nie może i NATO wraz z misją ONZ w Bośni, IFOR-em, rozpoczęło aresztowania. Pod presją UE i USA zaczęły to robić również bałkańskie rządy.

Gdyby kilka lat temu ktoś mi powiedział, że ze 161 oskarżonych będziemy mieć 159, pomyślałbym, że zwariował. Ale tak się stało. Szukamy jeszcze tylko dwóch. To prawda, że wśród nich jest, niestety, również dowódca wojsk bośniackich Serbów generał Mladić, ale nawet porównując nasz wynik do krajowych wymiarów sprawiedliwości, to wyśmienity rezultat. Trzeba było wiele czasu i wiele pieniędzy, wielu międzynarodowych nacisków, ale sprawiedliwości może stać się zadość, jeśli jest determinacja.

W dłuższej perspektywie nie jestem więc pesymistą. Międzynarodowe prawo karne stało się najszybciej rozwijającą się dziedziną prawa międzynarodowego. Gdy zacząłem je wykładać w latach 70., ludzie na mojej uczelni, New York University, uważali ten temat za ezoteryczny.

Mamy nowego prezydenta USA. Czy zmieni się podejście Waszyngtonu do MTK? Poprzednia administracja nie podpisała powołującego go do życia traktatu rzymskiego, a Kongres rzuca gromy na Trybunał, bojąc się, że zostanie wykorzystany do politycznej rozgrywki z USA.

- Już w ciągu ostatnich lat było widać zmianę, polityka Waszyngtonu stała się bardziej zrównoważona. Najwięcej zmieniło się przy okazji sprawy Darfuru. USA były jedynym z dużych krajów, które wydarzenia w Sudanie nazwały ludobójstwem. Stany wstrzymały się również od głosu w Radzie Bezpieczeństwa, gdy decydowano o tym, czy sprawa zbrodni w Darfurze powinna trafić do Trybunału. Przedstawiciele administracji waszyngtońskiej zapowiedzieli nawet, że w interesie USA może być czasem wspieranie MTK, dostarczanie mu informacji, pomocy logistycznej i wywiadowczej. Rząd Obamy będzie zapewne kontynuował tę politykę normalizacji, z korzyścią dla obu stron. To jednak nie oznacza, że USA w najbliższym czasie ratyfikują traktat rzymski. Stanowisko Kongresu wobec MTK pozostaje bez zmian, zarówno Republikanów, jak i Demokratów. Rośnie jednak świadomość, że Trybunał nie jest politycznym harcownikiem, że jest instytucją profesjonalną i odpowiedzialną. To wzmocni jego pozycję.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':