http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Generał Petraeus szuka dla USA nowych sojuszników

Wojciech Jagielski
2009-01-19, ostatnia aktualizacja 2009-01-18 16:40

Amerykanie mają coraz większe problemy z zaopatrzeniem dla ich sił w Afganistanie. Szukają więc nowych szlaków w dawnym ZSRR

Spalone przez talibów ciężarówki z zaopatrzeniem dla sił NATO stojące w terminalu w Peszawarze
Fot. Mohammad Iqbal AP
Spalone przez talibów ciężarówki z zaopatrzeniem dla sił NATO stojące w...
Południowe szlaki karawan przez Pakistan blokują tamtejsi talibowie. Szlaki północne przez dawne republiki ZSRR - zazdrosna o polityczne wpływy Rosja. Amerykanie, którzy w tym roku mają dwukrotnie zwiększyć liczbę swych żołnierzy w Afganistanie, muszą zaś znaleźć sposób, by ich zaopatrywać.

Dotychczas 75 proc. całego zaopatrzenia zachodnich, a więc i polskich wojsk w Afganistanie sprowadzane było przez Pakistan z portu Karaczi wielkimi ciężarówkami do Peszawaru i dalej przez Przełęcz Chajberską do Kabulu lub Kandaharu. Pakistańskimi drogami wędrowało w ten sposób codziennie 500 ciężarówek - 300-350 przez Przełęcz Chajberską, pozostałe przez Czaman.

Bezpieczeństwa karwan pilnowali żołnierze pakistańscy oraz sowicie opłacani przez Amerykanów pasztuńscy wodzowie z plemienia Afridich, jednego z najpotężniejszych plemion z Przełęczy Chajberskiej, słynącego także z chytrości i zdradzieckości.

Sprawy przybrały zły obrót latem, gdy pakistańscy talibowie zapowiedzieli odcięcie południowych szlaków zaopatrzenia dla wojsk USA. Jesienią talibowie zaczęli atakować postoje ciężarówek i składowiska kontenerowe w Peszawarze, a także napadać i łupić karawany wędrujące Przełęczą Chajberską.

Pakistan kilkakrotnie musiał zamykać przełęcz, by żołnierze oczyścili ją z partyzantów. W grudniu zaś władze w Islamabadzie rozkazały swemu wojsku, by spacyfikowało wąwozy Chajberu, jednej z siedmiu autonomicznych krain plemion pasztuńskich znad afgańskich granic.

Od kilku miesięcy podobne operacje prowadzone są przez pakistańskie wojsko z pobliskich Badżaurze i Mohmandzie, a także w dolinie Swatu. Choć pakistańskie władze zapowiadały, że do końca roku wypędzą stamtąd talibów, ci ani myślą się poddawać - nawet opanowali już dolinę Swatu, z której przed rokiem zostali wyparci.

Na Przełęczy Chajberskiej wybuchła regularna wojna. Pakistańskie śmigłowce i czołgi ruszyły do walki. Na pierwszy ogień poszło miasteczko Dżamrud i okoliczne wsie. W zeszłym tygodniu pacyfikacją objęto przemytnicze miasteczko Landi Kotal na samej przełęczy.

Żołnierze przeszukują domy, aresztują podejrzanych Pasztunów, odbierają broń, burzą domy watażków. Miejscowe plemiona Kuki-chel, Dżanda-chel i Malakdin-chel zostały uznane za wrogie i sprzyjające talibom. Stosując zgodnie z miejscowym prawem zasadę zbiorowej odpowiedzialności, władze ogłosiły blokadę nieprzyjaznych wiosek.

W zeszłym tygodniu bojownicy zablokowali na pięć dni też drugą z odnóg pakistańskiego szlaku zaopatrzeniowego. Pasztuni zablokowali przejście graniczne w Czaman, żądając, by pakistańskie wojsko nie przeszkadzało im w szmuglowaniu narkotyków i w ogóle przestało się wtrącać w ich sprawy. Wodzowie odwołali blokadę, dopiero gdy otrzymali taką solenną obietnicę rządowych urzędników.

Aby uniezależnić się od niepewnych szlaków zaopatrzeniowych przez Pakistan, Amerykanie próbują otworzyć nowy szlak od północy. Gen. David Petraeus, szef dowództwa centralnego armii USA obejmującego cały Bliski Wschód i Azję Środkową, podróżuje po krajach regionu, przekonując ich przywódców do współpracy z Ameryką.

W zeszłym tygodniu Petraeus przekonał do tego Kazachstan, który zgodził się, by amerykańskie samoloty z zaopatrzeniem dla wojsk w Afganistanie korzystały z lotniska w Ałma Acie. Kazachska metropolia ma przejąć funkcję, którą do tej pory pełni amerykańska baza wojskowa w Biszkeku, stolicy sąsiedniej Kirgizji.

Kirgizi chcą bowiem bazę w Biszkeku zamknąć. Anonimowi przedstawiciele kirgiskich władz twierdzą, że decyzja w tej sprawie została już podjęta, a prezydent Kurmanbek Bakijew ogłosi ją za kilkanaście dni, podczas wizyty w Moskwie, w obecności premiera Władimira Putina.

Amerykańska baza w Biszkeku została otwarta jesienią 2001 r., po ataku terrorystycznym na Nowy Jork i Waszyngton. Początkowo służyła rozpoczęciu inwazji na Afganistan. Dziś stacjonuje w niej prawie 1,5 tys. żołnierzy z USA, ale także z Francji i Hiszpanii.

Amerykańska baza w Biszkeku od dawna irytowała Rosję, która przywykła uważać poradziecką Azję Środkową za strefę swych wyłącznych wpływów. Baza była wyzwaniem dla mocarstwowej roli Kremla w tej części świata. Rosyjska gazeta "Kommiersant" twierdzi, że Moskwa przekonała Kirgizów, by wyrzucili z lotniska Amerykanów obietnicą kredytu w wysokości 300 mln dol., a dodatkowo obietnicą zainwestowania 1,5 mld dol. w miejscową energetykę - piętę achillesową kirgiskiej gospodarki.

Oficjalnie Amerykanie bagatelizują kłopoty w Pakistanie i Kirgizji, ale objeżdżając Azję Środkową, Petraeus zajrzał też do tadżyckiego Duszanbe, którego władze na początku stycznia zgodziły się, by pomoc humanitarną do Afganistanu dostarczać przez terytorium Tadżykistanu. Najbiedniejszy ze środkowoazjatyckich państw dałby się pewnie chętnie skusić Amerykanom obietnicą gospodarczej pomocy, ale Tadżycy, podobnie jak Kirgizi, pozostają w całkowitej politycznej zależności od Rosji i nie zrobią niczego, co mogłoby zdenerwować Kreml.

Na taką niezależność stać byłoby być może Uzbekistan, najlepiej nadający się na północny szlak zaopatrzeniowy do Afganistanu. Dowódcy zachodnich wojsk z Afganistanu byliby uszczęśliwieni, gdy Uzbecy zgodzili się przepuścić przez swe ziemie karawany z zaopatrzeniem, a może nawet pociągnąć tory kolejowe z granicznego miasteczka Termez do stolicy północnego Afganistanu Mazar-i-Szarif.

Uzbecki prezydent Islam Karimow nie tylko jednak bardzo liczy się z opinią Rosji, ale ma na pieńku z Ameryką i całym Zachodem. Choć w 2001 r. oddał im w dzierżawę bazę w Karszi, Europa i Ameryka nie przestały mu wytykać dyktatorskich rządów. Rozzłoszczony krytyką jesienią 2005 r. Karimow rozkazał zamknąć amerykańską bazę w Karszi, a Amerykanom wynosić się znad Amu-darii.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':