Jadę mocno zdezelowanym samochodem. Na tylnych siedzeniach garnki, z których wydobywa się drażniący zapach. Na każdym zakręcie słyszę chlupot zupy. Słodki zapach perfum kierującej samochodem Hadasy, matki dwóch córek służących w armii Izraela przy granicy z Gazą, miesza się z grillowanymi bakłażanami.
- To prowiant dla nich - mówi. - Nie mogę spać, nie mogę pracować. Siedzę przed telewizorem, w nocy włączam
radio. Z tych nerwów łykam, co się da, ale nic nie pomaga. Więc całymi dniami gotuję. Zamrażam, pakuję do garów, wsiadam i jadę. Ja nawet nie wiem, gdzie one są i co robią. Jak pytam, to mówią mi, że to tajemnica wojskowa. Tajemnica przed rodzoną matką! Wyobrażasz sobie!? A jak nie mówią, znaczy się, że jest jeszcze gorzej, niż mi się wydaje. I tak się sama nakręcam - opowiada.
Opuszczamy Ma'ale Adumim i kierujemy się na południe, przez Jerozolimę, do Sderot. Na to miasto, które graniczy z Gazą, codziennie od października 2000 r. spadają rakiety wystrzeliwane przez Hamas.
Gdzieś w pobliżu są pisklęta Hadasy - niespełna 20-letnia Noah i obchodząca za kilka dni 22. urodziny Efrat. Mijając Kiryat Gat, pozostawiamy za sobą płaskie jak stół pola ziemniaków i wkraczamy w krainę maleńkich zielonych pagórków i wzniesień, wśród których ukrywają się moszawy i małe kibuce. Błękitne niebo, drzewa palmowe na przemian z cyprysami, blask porannego słońca.
Jestem zaledwie 20 km od granicy. - Jaka wojna? Jakie rakiety? - myślę. Nagle słyszę świst przelatującego nad nami F-16. Za nim jeszcze jeden. Szybko przestaję liczyć kolejne. Zatykam uszy, huk jest nie do wytrzymania. Przed nami, na niebie, widać kręgi kreślone przez inne samoloty. Wyglądają jak olimpijskie koła. Hadasa się uśmiecha: - Skarbie, to nasi piloci. Tutaj nawracają. A później fru nad Gazę. Poczekaj chwilę, za tamtą górką zobaczysz, że to nie olimpiada.
Dojeżdżamy do Sderot. Cisza, wieje suchy wiatr. Puste ulice, nie ma autobusów, co chwilę przemyka tylko jakiś samotny samochód. Psy ze spuszczonymi łbami przemykają przez ulicę.
Parkujemy przed posterunkiem policji. Tutaj Hadasa umówiła się z córkami. Nagle rozlega się dochodzący nie wiadomo skąd głos: - Cewa adom! Cewa adom! Cewa adom! (Alarm! Alarm! Alarm!). Hadasa wyskakuje z samochodu i krzyczy, żebym biegł za nią. Nie mam czasu myśleć o tym, co dzieje się wokół.
Wpadamy do budynku, ze wszystkich pomieszczeń wybiegają uzbrojeni policjanci. Po schodach, gubiąc jeden but, pędzi ociężale jakaś urzędniczka. Wszyscy tłoczą się przy drzwiach do piwnicy, która pełni funkcję bunkra.
Pokrzykiwania kończą się nagle, tak jak się zaczęły. Ktoś mówi jedynie: - Ciiissszaa!
Gdzieś blisko słyszę trzask przypominający uderzenie w nadmuchaną papierową torebkę. Kilka osób zaczyna telefonować. Wychodzimy. Policjanci spierają się o to, jak daleko stąd spadła rakieta - 300 czy 400 metrów.
Jeden z nich pokazuje mi na zapleczu składowisko rakiet. Ułożone na sklepowych regałach, z dokładnymi opisami, gdzie i kiedy spadły. - To nasze "meteory" tylko z grudnia - mówi policjant. - Resztę oddajemy na złom. Część zabiera taki miejscowy artysta, przetapia je na kwiaty róży czy jakieś tam inne i sprzedaje w galeriach.
Na niektórych rakietach koślawe napisy po hebrajsku: "Śmierć Żydom", "Allah jest wielki". - To wiadomości od nich - mówi policjant. - Od ośmiu lat je dostajemy. Regularna poczta, lepsza od naszej.
Robię zdjęcia i w tym momencie znowu słyszę ten sam co poprzednio głos: - Cewa adom! Cewa adom! Cewa adom! Znowu bieg, w prawo, korytarz, w lewo, dwa stopnie w dół, dopadam drzwi piwnicy. Za mną krzyk, tupot policyjnych butów. Cisza. I głośne uderzenie.
Szybka kalkulacja. Tym razem 500 metrów - zgadzają się prawie wszyscy. Wychodzimy z Hadasą na zewnątrz. Próbujemy dodzwonić się do którejś z jej córek, ale żadna nie odpowiada.
Irit z centrum informacji prasowej proponuje, że podwiezie mnie na maleńką górkę przy samej granicy. To tylko 2 km stąd.
Na horyzoncie czarne kłęby dymu. To Gaza. Bombardowana od ponad dwóch tygodni przez lotnictwo i artylerię Izraela. Oprócz nas jest tu dwóch innych gapiów. Siedzą na plastikowych krzesłach z lornetkami w ręku. Pożyczam od nich jedną i próbuję coś zobaczyć.
Ciasno stojące obok siebie
domy. Płaskie dachy. Z balkonów wysokich bloków, chyba na przedmieściach Bajt Lahija, zwisają białe płachty materiału. Gdzieś w okolicach Dżabalii znad jednego budynku unosi się dym. Z oddali wygląda to na mały pożar.
Pytam właściciela o wrażenia. Jest tu codziennie. Przyjeżdża z Kirjat Malachi tylko po to, by ostrzegać swoje dzieci o rakietach: - Jak leci rakieta na Ber Szewę, puszczam sygnał do syna, a jak na Aszkelon - to do córki. Jestem szybszy niż ten cały system ostrzegania. Mają kilka sekund więcej, żeby się schronić. Syn pracuje w biurze na czwartym piętrze, potrzebuje przynajmniej 20 sekund, żeby dostać się do schronu. Beze mnie nie miałby szans. A ja i tak siedzę w domu, więc chcę się jakoś przydać - dodaje.
- Patrz! - krzyczy nagle, pokazując ręką na Gazę. - Poszła na Aszkelon! Aszkelon! - krzyczy, wciskając klawisze w telefonie. Widzę, jak cienka smużka dymu wyrasta gdzieś między domami Gazy. Wydłuża się z każdą chwilą i po kilku sekundach urywa się nad Aszkelonem.
Automatyczną reakcją na rakietę wystrzeliwaną przez Hamas jest ostrzał ze strony Izraela. Dym, jaki pozostawia rakieta, szybko ginie w kłębach czarnych chmur tworzonych przez eksplodujące pociski artylerii izraelskiej. W tym samym momencie Hamas odpala kolejne rakiety.