W sobotę o 23.05 byłem akurat z moją dziewczyną Norą u znajomych, gdzie oglądaliśmy wiadomości relacjonujące początek ofensywy lądowej armii izraelskiej w Strefie Gazy. Obrazy w telewizji wzbudziły we mnie gniew, rozczarowanie, przede wszystkim frustrację i lęk.
Frustrację wywoływało bezsensowne zabijanie i ranienie setek ludzi, Palestyńczyków i Izraelczyków. Lękałem się zaś morza krwi, jaka podczas tej niepotrzebnej rzezi zostanie jeszcze przelana.
Rozległ się jednak dzwonek mego telefonu i w mgnieniu oka z postronnego obserwatora raz jeszcze zamieniłem się w osobę zaangażowaną. Nagrany głos poinformował mnie o nagłej mobilizacji i obowiązku stawienia się w wyznaczonym miejscu o 8 rano dnia następnego.
Dlaczego zadzwonili do mnie także tym razem? Czy nie wyraziłem w sposób jednoznaczny odmowy jakiegokolwiek udziału w okupacji i walkach z Palestyńczykami? Czy tym razem skończy się to przynajmniej 28 dniami spędzonymi w więzieniu? Czy też znowu zostanę "cudownie" odesłany do domu?
Kiedy rano poprosiłem w magazynie o wydanie mi ekwipunku, okazało się, że nie ma mnie na liście i nie przydzielono mi żadnego zadania. Powiedziano mi więc, bym usiadł na boku i czekał na rozkazy. Trwało to dwa dni, aż w końcu wydano mi pierwsze polecenie - miałem rozstawiać namioty dla walczących żołnierzy. Odpowiedziałem, że nie zrobię tego. Odesłano mnie więc do domu, mówiąc, że zadzwonią do mnie, kiedy będę potrzebny. Jak dotąd tego nie zrobili.
Powiedziałem "Dość"
Przedstawiciele armii mówią w mediach, że zgłosiło się więcej żołnierzy niż zostało powołanych, że nawet byli dezerterzy stawiają się w jednostkach. Nie jest to do końca prawdą, a tego rodzaju informacje mają na celu stworzenie wrażenia powszechnej wśród żołnierzy zgody co do zasadności trwających obecnie w Strefie Gazy walk z Hamasem. Zarazem próbują przesłonić to, że w ostatnich kilku latach wielu żołnierzy odmówiło, i wciąż odmawia, udziału w walkach i przeciągającej się okupacji, której główną ofiarą są palestyńscy cywile.
W przeszłości armia zajadle walczyła z ludźmi odmawiającymi z racji przekonań służby. Trafiali oni na długie tygodnie do więzienia, ale odmawiający tylko utwierdzali się w słuszności swego stanowiska, a na dodatek sprawę nagłaśniały media, co ostatecznie czyniło ich głos jeszcze bardziej słyszalnym.
W rezultacie armia przyjęła nową strategię podejścia do odmów - ignoruje to zjawisko po to, by stworzyć idealny obraz rzeczywistości, w którym armia i realizowane przez nią cele cieszą się całkowitym poparciem społecznym.
Niezadane wciąż pozostaje jednak pytanie: Jak rezerwista z elitarnej jednostki powietrznodesantowej po trzech latach służby doszedł do wniosku, że jego obowiązkiem jest powiedzieć "Dość!" i odmówić walki?
Zaciągnąłem się do armii na ochotnika, chcąc być członkiem Sił Obrony dla Izraela (taka jest oficjalna nazwa armii izraelskiej), których zadaniem jest ochrona państwa i jego obywateli przed terrorystami. Nie przed ludnością Palestyny i palestyńskimi bojownikami o wolność, tylko przed fundamentalistycznymi ekstremistami. Nie przed palestyńskimi rolnikami protestującymi przeciwko niepohamowanej grabieży ich ziemi, tylko przed tymi, którzy na oślep wysadzają autobusy pełne mężczyzn, kobiet i dzieci.
Zawsze opowiadałem się za pokojem i zakończeniem okupacji, także wtedy, gdy wstąpiłem do armii. W wieku 18 lat byłem na tyle naiwny, by wciąż wierzyć, że dopóki nasi przywódcy nie znajdą dyplomatycznych rozwiązań mogących przynieść pokój, naszym obowiązkiem jest zaciągnąć się do wojska i bronić ojczyzny.
Podczas służby powoli docierało do mnie, że ani koniec okupacji, ani cierpienia całego narodu palestyńskiego, ani życie żołnierzy nie znajdują się bynajmniej na szczycie listy priorytetów państwa izraelskiego.
Być może była to kwestia cierpienia zwykłych Palestyńczyków, które po raz pierwszy zobaczyłem na własne oczy. Może to świadomość, że trwająca wciąż okupacja zaciera w żołnierzach zdolność rozróżniania tego co dobre i złe, co dozwolone i zakazane. Może to zrozumienie, że przemoc skierowana przeciwko całemu narodowi nie przynosi nic dobrego. Może też było to jawnie okazywane przez społeczeństwo Izraela i jego przywódców lekceważenie wynikającej z tego faktu pilnej potrzeby zakończenia okupacji, aktów przemocy, walk i rozlewu krwi po obu stronach konfliktu.
Moim obowiązkiem jest sprzeciw
Zaciągnąłem się do armii w grudniu 2002 r. a służbę zakończyłem w listopadzie 2005 r. Nie uczestniczyłem tym samym w operacji "Tarcza ochronna" i podejmowanych w jej ramach akcji w Dżeninie i Nablusie.
Służyłem w jednostce powietrznodesantowej, a większość działań, w których brałem udział, miała miejsce na Zachodnim Brzegu: w Hebronie, Nablusie, Dżeninie, Ramallah, Betlejem... Naszym zadaniem było przede wszystkim aresztowanie aktywnych członków organizacji terrorystycznych lub ludzi podejrzewanych o działalność terrorystyczną. Przeprowadziliśmy też kilka operacji mających na celu zapobieżenie atakom terrorystycznym lub zbrojnym wypadom przeciwko armii.
W wojsku rzadko byłem świadkiem rozmyślnego znęcania się nad Palestyńczykami. Zazwyczaj było to bicie, którego inicjatywa wychodziła od pojedynczych żołnierzy. Tym jednak, co najbardziej mnie niepokoiło, był poziom zinstytucjonalizowanej przemocy wobec ludności palestyńskiej, szczególnie wysoki na szczeblu oficerskim. Chodzi tu np. o wykorzystywanie cywili jako żywych tarcz i wystawianie Palestyńczyków na ryzyko związane z działaniami armii.
W większości przypadków armia uznawała tego typu postępki za legalne. Jednak pewna ich część - fakt, że mniejsza - stała w sprzeczności z orzeczeniami izraelskiego sądu najwyższego. Z początku zgłaszałem je dowództwu, ale z braku odpowiedniej reakcji zwróciłem się do organizacji cywilnych, które informowałem o tym, co się dzieje.
Ostatecznie doprowadziło mnie to do wniosku, że nie mogę dłużej brać udziału w tych akcjach, a moim obowiązkiem jest sprzeciwienie się im i ich konsekwencjom na wszystkie możliwe sposoby.
Żołnierze walczący o pokój
Przez ponad 40 lat społeczeństwo i przywódcy państwa izraelskiego unikali jednoznacznej deklaracji dotyczącej przyszłości Palestyńczyków i Terytoriów Okupowanych. W rezultacie skazywali swych synów na los żołnierzy, okupantów i agresorów. Niemniej wydaje się, że w młodym pokoleniu Izraelczyków wzrasta zrozumienie, że nie mamy dziś do czynienia z kolejną wojną, "co do której nie mieliśmy wyboru".
Oni wiedzą już, że są lepsze sposoby na rozwiązanie konfliktu, a przemoc zawsze będzie nas cofać w to samo miejsce. Wzrastająca liczba odmów wśród młodych mężczyzn i kobiet, których jeszcze nie wcielono do armii, a także sprzeciw rezerwistów niezgadzających się na służbę w armii dopóty, dopóki jest ona narzędziem realizacji polityki okupacji - wszystko to wskazuje na to, że młode pokolenie zaczyna myśleć inaczej.
Nie jestem pacyfistą. Rozumiem, że świat nie zawsze jest przyjaznym miejscem i czasami nie pozostaje nic innego jak uciec się do przemocy, by móc się obronić. Dlatego też uznaję konieczność istnienia Sił Obrony dla Izraela. Niektórzy z nas zadeklarowali zresztą, że chcą brać udział we wszystkich szkoleniach, których celem jest ćwiczenie umiejętności niezbędnych żołnierzowi jednostek obronnych.
Większość z nas pozostała żołnierzami, ale walczymy w innej walce, tej o pokój. Rozumiemy, że każda nasza odmowa ma znaczenie daleko szersze niż to, że w szeregach armii ubędzie jednego żołnierza.
Proponujemy społeczeństwu izraelskiemu i palestyńskiemu inny Izrael: zdrowszy, odważniejszy i bardziej ludzki. Cieszy nas też, że przez ostatnie lata obserwujemy takie samo przebudzenie i szukanie innych dróg wyjścia również po stronie palestyńskiej.
tłum. Maciej Kositorny
*Icchak ben Mocha ma 25 lat, obecnie studiuje filozofię i zoologię na Uniwersytecie w Tel Awiwie
Źródło: Gazeta Wyborcza