Lodówka zawsze pełna - czyli życie emeryta w krajach europejskich
1. Alfreda, 71 lat: Najważniejsze mieć w domu kartofle, masło, warzywa i mąkę Alfreda mieszka w starej kamienicy w centrum Gorzowa. Mąż zmarł pięć lat temu. Ma po nim 700 zł emerytury i 800 swojej. 500 zł miesięcznie wysyła wnuczce, która studiuje w Krakowie.
- Po opłaceniu rachunków zostaje mi 400 zł. To dużo, starcza jeszcze na oszczędności, na prezenty dla dzieci i wnuków. Jem niewiele, bez męża jeść się nie chce. Po produkty chodzę do "Jacka". Zakupy robię niewielkie. Tyle, aby na dzień starczyło. Z większych syn mnie wyręcza. Co miesiąc jeżdżą do Tesco. Ile oni sobie nakupują! Nieraz po 400 zł wydają. A ja myślę - po co tyle pieniążków, po co tyle jedzenia! Ale młodzi to się nie muszą martwić o pieniądze. Ja muszę. Czekolady nie kupię, ale gazetę tak.
Syn kupuje mi co miesiąc kilo cukru, worek kartofli, trzy kostki masła, worek marchewki, włoszczyznę, kaszę i ryż, po kartoniku. Płacę mu 20 zł.
Pozostałe produkty kupuję na bieżąco. Zawsze tyle, żeby na dzień starczyło.
Co było w tym tygodniu?
W poniedziałek rano: półchleb, bloczek serka topionego po 98 groszy. W domu miałam paróweczkę z niedzieli, ot, całe śniadanko.
Na
obiad kupuję osobno, w południe. Żeby cały dzień w domu nie siedzieć. Wczoraj sąsiadka kurczaka smażyła, czuć było na całej klatce i też mnie smak na mięsko wziął. Kupiłam słoik pulpecików w sosie pomidorowym. Cztery pięćdziesiąt, drogo, ale mnie na dwa dni starcza. Do tego ziemniaki swoje, tarta marchewka - swoja.
Kolacji nie jadam, ale zawsze deserek na wieczorne programy w telewizji mam.
W tym tygodniu robiłam na przykład ryż na słodko. W lecie brzoskwinie od sąsiada z działki zaleję kisielem, w zimie budyń, jak mam mleko, zrobię, z ciastkami kruchymi zjem. Lubię sobie dogadzać słodkościami, mam to po mężu, on mnie nauczył lubić słodkie.
Wtorek: rano znów półchleb, trzy grube plastry salcesonu białego. Obiad: kapusta, całą główkę kupiłam. Zrobiłam bigos z marchewką, kiełbasy już nie kupowałam, bo pulpety z wczoraj pokroiłam i dodałam.
Środa: na
śniadanie robiłam twarożek ze śmietaną i cebulką. Obiad: miałam dużo bigosu z wczoraj. Do bigosu kupiłam tylko paczkę mrożonych kopytek ze sklepu.
Czwartek: na śniadanie dwie kajzerki z pasztetową. Obiad: chciałam zagnieść pierogi, ale zapatrzyłam się na seriale w telewizji. Aj tam, myślę, kupię mrożone. Niecałe 5 złotych u "Jacka".
Piątek: miałam jeszcze pierogi, ale naszła mnie ochota na szyneczkę. Kupiłam pięć plasterków, trzy zjadłam na chlebie, resztę bez niczego. W południe kupiłam kurczaka. Nóżkę usmażyłam do ziemniaczków i sałatki z pomidora i cebuli. Na sobotę zrobiłam z piersi potrawkę z marchewką.
Nie odmawiam sobie niczego. Ja wychowana na prostym jedzeniu. Latem korzystam z owoców, jak mam ochotę na słodkie, to kupuję pączka czy ciastko, jak na wędliny, to też kupuję w plasterkach. Potrzeb już w tym wieku mało. Najważniejsze mieć w domu kartofle, masło, warzywa, mąkę i człowiek zawsze coś wymyśli.
2. Eugenia, 78 lat: W bibliotece osiedlowej wypożyczam książki, romantycznych już nie, szkoda sobie przypominać to wszystko Eugenię spotkaliśmy w barze mlecznym w cen-trum Poznania, gdzie właśnie zjadła zupę ziemniaczaną za 1,3 zł. Mieszka sama na jednym z poznańskich blokowisk.
42 lata pracowała w piekarni Fawor.
Od pięciu lat jest wdową.