http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gazeta.pl > Gazeta Wyborcza >  Teksty

A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj     Podyskutuj na forum RSS Wyborcza.pl

Laboratorium Europa

Zygmunt Bauman*
2009-01-10, ostatnia aktualizacja 2009-01-09 18:26

Europejczycy to dziesiątki wyznań, języków, tradycji bycia szczęśliwym. Nauczyliśmy się żyć obok Innego i negocjować warunki takiego sąsiedztwa. Przekażmy tę wiedzę ludziom na całym świecie

ZOBACZ TAKŻE
RAPORTY
Jak można uczynić świat gościnnym dla Europy? Bo my, Europejczycy, w dzisiejszym świecie nie czujemy się dobrze.

Heidegger powiedział, że nad problemem zaczynamy się zastanawiać wtedy, kiedy rzeczy nagle zaczynają zachowywać się w sposób niespodziewany. Dopiero wtedy przenosimy je ze sfery zu handeln [działania] do sfery verhandeln [debaty]. Wcześniej dane są nam w codziennym doświadczeniu, tak że nie zauważamy w ogóle ich istnienia. Kiedy przestają funkcjonować, przenosimy je w zauważalną sferę kłopotów i zadań. Zaczynają być problemem do załatwienia.

Dziś rzeczy robią nam psikusa, nie funkcjonuje coś, co poprzednio działało dobrze. Tak stało się z gościnnością.

Idea gościnności jest stara, ale moją uwagę zwróciła książeczka, którą w 1784 r. napisał Kant. Omawiając problem die vollkommene bürgerliche Vereinigung in der Menschengattung [doskonałe obywatelskie zjednoczenie rodzaju ludzkiego; kwestia z „Idei powszechnej historii w aspekcie kosmopolitycznym”], krótko mówiąc: gościnności, przewidywał, że wzajemna gościnność jest zrządzeniem natury, która umieściła nas na powierzchni kuli. Jeżeli poruszamy się po niej, nie możemy się od siebie oddalać - oddalając się w jedną stronę, przybliżamy się z drugiej, zatem w którymś momencie naszej historii skazani jesteśmy na wzajemną gościnność.

Książeczka ta leżała nieczytana, zarastając kurzem w bibliotekach, i nagle, ostatnio, została na nowo odkryta. Nagle okazało się, że gościnność jest problemem do załatwienia, że nie jest rzeczą naturalną, jaką zdawała się wówczas, gdy Denis de Rougemont [pisarz szwajcarski] stwierdzał, że Europa odkrywała kontynenty, a nie kontynenty Europę, że podbijała jeden kontynent po drugim, a żaden kontynent jej nie podbił. I wreszcie Europa, tylko ona, wymyśliła sposób bycia, który wszyscy na innych kontynentach uznali za wart naśladowania. Sama zaś nigdy nie próbowała naśladować jakiegoś kraju pozaeuropejskiego.

Wyeksmitowani

Ryszard Kapuściński, moim zdaniem największy reporter XX stulecia, który wyjątkowym zmysłem wnikał w podskórne prądy świata, zauważył jakieś 10-15 temu, że stosunek do Europy uległ zmianie. Kiedy odwiedzał po raz któryś z rzędu te same kraje, w których kiedyś zaczepiano go na ulicy, chwytano go za guzik i pytano: "Panie Kapuściński, niech nam pan powie, co się teraz dzieje w Europie", dostrzegł, że nikt go nie zaczepia, nikt nie pyta. Europa stała się jednym z pionków na wielkiej szachownicy, już nie należało spodziewać się po niej rzeczy niezwykłych.

Kapuściński mówił też o zmianie jakościowej. Kiedyś nawet człowiek o miernych kwalifikacjach, niezajmujący we własnym społeczeństwie szczególnej pozycji, lądując np. w Tanzanii czy Malezji, stawał się od razu panem i władcą. Zajmował ważne stanowiska, odtwarzał i pomnażał swoją egzystencję społeczną.

To też się skończyło. Dzisiaj wszystkie kraje mają własną, wykształconą elitę i nie spodziewają się, by Europejczycy mogli wnieść coś nowego w rozwiązywanie problemów, z jakimi się one borykają.

Kapuściński zauważył też zagrożenia. Kiedyś Europejczycy traktowali resztę świata jak plac zabaw, rozrywkę - dziś zewsząd zieje niebezpieczeństwo. Sytuacja jest podobna do tej, którą odczuwało u swego schyłku imperium rzymskie. Na obrzeżach jego mapy pisano "ubi sunt leones" - tam są lwy, czyli dzikie kraje, tam lepiej się nie zapuszczać.

Czy jesteśmy zatem skazani na własne podwórko? Na zawsze nas wyeksmitowano? Czy ten etap przygody, kiedy Europa w sposób lepszy czy gorszy wyznaczała bieg światowej historii, jest na zawsze poza nami? Czy Europa już nigdy nie spotka się z gościnnym przyjęciem?

Posag dla planety

Moją obsesją jest pisanie o Europie jako o nieustannym projekcie, który nigdy nie został zrealizowany do końca, lecz mimo wszystko dodawał tempa przemianom, wyznaczając horyzont, do którego Europa zdążała. Zastanawiam się, czy istnieje taki horyzont, do którego Europa mogłaby dążyć dzisiaj.

O tym, by odtworzyć militarną potęgę Europy i uczynić ją porównywalną np. z potęgą USA, które wydają na zbrojenia tyle, ile 25 kolejnych krajów w rankingu zbrojeń, nie ma już mowy. Małe też są szanse, by gospodarczą potęgę Europy można było porównać z tym, co dzieje się w Ameryce Południowej czy Chinach, nie wspominając o Japonii. Ani by mogła ona nadawać ton rozwojowi nauki, sztuki, idei kulturowych itd.

Co zatem moglibyśmy dać w posagu planecie? Co takiego posiadamy, czego potrzebują inni i czego mogliby się od nas nauczyć?

George Steiner [pisarz amerykański] stwierdza, że zadanie Europy ma charakter duchowy i intelektualny. W swoich pracach zajmuje się wspólnymi znakami rozpoznawczymi narodów europejskich, w tym dziedzictwem helleńskim i judaistycznym. Podkreśla, że Europa to największa różnorodność językowa i kulturowa, niezwykła mozaika sposobów życia. Często ledwie 20 km dzieli na naszym kontynencie dwa kompletnie różne światy - Europa zginie, jeżeli nie podejmie walki o swe języki, lokalne tradycje i autonomię społeczną.

Hans-Georg Gadamer obfitość różnic uważa za największy skarb, jaki Europie udało się ocalić i jaki może zaoferować światu. Życie z Innym i dla Innego jest fundamentalnym zadaniem człowieka. Stąd, być może, bierze się szczególna przewaga Europy, która musiała nauczyć się sztuki takiego życia. W Europie Inny zawsze mieszkał w zasięgu wzroku lub na wyciągnięcie ręki, metaforycznie, ale też dosłownie. Inny jest w Europie najbliższym sąsiadem. Europejczycy muszą negocjować warunki tego sąsiedztwa mimo dzielącej ich odmienności. Nasz pejzaż nacechowany jest wielojęzycznością, bliskim sąsiedztwem Innego, ale przede wszystkim równym traktowaniem go na mocno ograniczonej przestrzeni.

Europa byłaby więc czymś w rodzaju laboratorium, w którym powstaje określony model sztuki życia ludzi należących do różnych wyznań, języków, tradycji bycia szczęśliwym. Także pokojowe współżycie, wzajemnie użyteczne, jest możliwe nie tylko mimo nierówności, ale dzięki różnorodności. To ona jest źródłem rozwoju, zmiany postaw, nowych pomysłów. I natchnień do rozwiązywania problemów.

Jednym z problemów, z jakimi w tym laboratorium eksperymentujemy, jest sposób wyjścia poza granice wyznaczone przez dłuższą część historii nowoczesnej instytucji narodu-państwa. Integracja społeczeństwa, integracja różnorodności, czyli budowanie nowoczesnych narodów i państw - to były dwa równoległe procesy uzależnione od siebie. Brandenburczycy i Bawarczycy stali się nagle częścią tego samego narodu, podobnie we Francji Sabaudczycy i Bretończycy. Trudno sobie wyobrazić, jakim przełomem w myśleniu ludów rozsianych po Europie było kiedyś przejście od społeczności lokalnych do narodowych.

Dziś stoi przed nami kolejna faza europejskiej przygody - przejście od form integracji, które znamy z funkcjonowania Unii Europejskiej, do utworzenia stabilnej płaszczyzny służącej wspólnemu rozwiązywaniu problemów planety, stworzenia mechanizmów ogólnoświatowej ludzkiej solidarności.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

0

0 głosów

W środę z ''Gazetą''
* Gazeta Dom
* Zdrowa środa: Urazy ortopedyczne