W poniedziałek wieczorem w budynek synagogi w Tuluzie w południowo-zachodniej Francji uderzył płonący
samochód. Świątynia szybko zaczęła się palić, ale na szczęście przebywający w niej rabin i wierni nie doznali obrażeń. W pobliżu synagogi znaleziono drugi samochód wypełniony koktajlami Mołotowa.
Policja na razie nie wiąże incydentu z wojną w Strefie Gazie, ale we Francji, gdzie mieszka ok. 600 tys. Żydów i 5 mln muzułmanów, rząd dmucha na zimne. Przedstawicielka Palestyńczyków przy Unii Europejskiej Leila Chahid, potępiając atak na synagogę w Tuluzie, podkreśliła, że zdarzenie jest "bezpośrednią konsekwencją tego, co dzieje się w Gazie".
Na początku XXI wieku, kiedy wybuchła druga intifada, we Francji doszło do wzrostu liczby antysemickich rozruchów i w 2004 r. ówczesny izraelski premier Ariel Szaron wezwał nawet francuskich Żydów, by emigrowali do Izraela.
Teraz szefowa francuskiego MSW apeluje, by nie importować do Francji konfliktu Izraela z Palestyńczykami. Spotkała się w tej sprawie z przedstawicielami francuskich Żydów i muzułmanów i uzyskała zapewnienie, że strony zrobią wszystko, by nie doszło do zaognienia sytuacji.
Ale organizacje żydowskie podkreślają, że w ciągu ostatnich dni odnotowały wzrost aktów przemocy - splądrowano m.in. dwa koszerne sklepy w Bordeaux i żydowskie mieszkanie w Paryżu. Biuro monitorowania przejawów antysemityzmu we Francji zaobserwowało zwiększoną liczbę antyżydowskich postów na forach internetowych.
W Wielkiej Brytanii w weekend trzech młodych ludzi usiłowało podpalić synagogę w północnym Londynie. Policja nie ma wątpliwości, że była to próba zemsty za Gazę.
W stan alarmu postawiono policję w Belgii, gdzie z dnia na dzień zwiększa się liczba manifestujących solidarność z jedną lub drugą stroną konfliktu.