Nie brakowało takich deklaracji na przestrzeni ostatnich kilku dni.
Problem z tymi wszystkimi wysiłkami na rzecz pokoju, konferencjami, inicjatywami i propozycjami pokojowymi polega na tym, że ignorują one najbardziej oczywisty aspekt konfliktu izraelsko-palestyńskiego: to, że nie jest on procesem pokojowym. Jest wojną. W obecnej chwili obie strony pozostają przekonane, że skuteczniej osiągną swoje główne cele przy pomocy środków i metod militarnych niż poprzez jakiegokolwiek rodzaju negocjacje. Mówiąc ściślej, Hamas i jego zwolennicy wierzą, że kontynuowanie ostrzału rakietowego południowego Izraela prędzej czy później doprowadzi do rozpadu państwa żydowskiego. Izraelczycy - zarówno ci na pokojowo nastawionej lewicy, jak i na bardziej wojowniczej prawicy - wierzą, że jedynym sposobem powstrzymania Hamasu od wystrzeliwania rakiet jest odpowiedzenie ogniem.
Dalsze negocjacje będą miały sens tylko wtedy, gdy przywódcy Hamasu - obecnie wzmocnieni połączeniem powszechnego oburzenia i irańskiego poparcia - dojdą wreszcie do tych samych wniosków co ich świeccy odpowiednicy, a nowe pokolenie Izraelczyków zostanie przekonanych co do szczerości ich intencji.
Do tego czasu nie ma sensu lamentować nad biernością administracji Busha, milczeniem Baracka Obamy, bezsilnością przywódców świata arabskiego czy słabością Europy, jak wielu, co było do przewidzenia, zaczęło już czynić.
Nikt z zewnątrz nie jest winny temu, że ten konflikt trwa, a udawanie, że jest inaczej jedynie zaciemnia istotne kwestie. Dyplomaci mogą być w stanie spowolnić przebieg tej wojny, ale nie zakończy się ona, dopóki jedna ze stron nie odniesie zwycięstwa.
Tekst stanowi fragment komentarza zamieszczonego na łamach "Washington Post" - przeczytaj
pełny tekst Anne Applebaum (jęz. ang.).