Co o tym sądzisz? Napisz: listydogazety@gazeta.pl
Jest ogromna szansa, że Kubuś wróci do biblioteki - czytaj więcej
>
Bibliotekarki doskonale pamiętają. To był jeden z tych paskudnych jesiennych dni. Rok 2003. Padał deszcz i wiało, ale ruch w bibliotece był spory. Ludzie wypożyczali książki na długie wieczory.
- Ktoś wam zostawił niespodziankę - stały czytelnik uśmiechał się od progu. W dłoniach trzymał trzęsącą się z zimna czarno-białą kuleczkę o ogromnych zielonych oczach i uszach jak u nietoperza. Kot! Znajda z wycieraczki. Mógł mieć najwyżej trzy miesiące.
Bibliotekarki rzuciły się na pomoc. Osuszyły zwierzaka, nakarmiły, a on zadowolony wdrapał się na kolana jednej z pań i zasnął.
Żadna nie mogła go zabrać do domu, więc wywiesiły ogłoszenie, że w bibliotece jest kotek do wzięcia. Nikt się nie zgłosił.
Postanowiły jednomyślnie: to będzie nasz biblioteczny kot. Nazwały go pieszczotliwie Kubusiem. Oczywiście dostał książeczkę zdrowia i błogosławieństwo dyrekcji Miejskiej Biblioteki Publicznej w Tychach na pobyt w filii nr 3.
Chyba zrozumiał, na czym polega rola kota bibliotecznego, bo od razu podjął obowiązki. Spacerował z czytelnikami między półkami, ocierał się o szufladki katalogów, pozwalał się głaskać. Ale najchętniej wylegiwał się na półkach w dziale filozofii, gdzie był spokój, bo rzadko kto tam zaglądał.
To nie jest zwykła wypożyczalniaNawet nie wiedział, jak bardzo odmienił bibliotekę.
- O, jaki ładny kotek - witali go czytelnicy. Gdy tylko Kubuś wyczuwał, że pochwała nie jest pustym komplementem, łasił się i wskakiwał na kolana, mrucząc z zadowolenia.
- Atmosfera w naszej bibliotece wyraźnie się zmieniła. Gdy nie było z nami Kubusia, czytelnicy witali się z nami zdawkowo, wybierali książki i wychodzili. Kot sprawił, że ludzie chętniej z nami rozmawiali. Zaczynali o kocie, a kończyli na swoim życiu. Otwierali się, poznawaliśmy się.
Do biblioteki zaczęły przychodzić wycieczki przedszkolaków. Dzieci przynosiły Kubusiowi rysunki, robiły sobie z nim zdjęcia.
Kot uwiódł też starszych czytelników. Grażyna Buchta, emerytowana ekonomistka: - Byłam na zakupach, kiedy zobaczyłam, że jakiś kot drapie w drzwi biblioteki. Pomogłam mu wejść do środka. Okazało się, że tam mieszka. Porozmawiałam z bibliotekarką. Było tak przyjemnie, że poprosiłam o przepisanie mojej bibliotecznej karty z filii, do której od lat chodziłam. Teraz dojeżdżam po książki z drugiego krańca miasta.
Elżbieta Rogalska-Nocuń, gospodyni domowa: - Koleżanka zaciągnęła mnie do tej biblioteki. Mówiła, że to nie jest zwykła wypożyczalnia książek. I miała rację.
Anna Patryarcha, artysta plastyk: - Kot i książki zawsze mają się ku sobie. Nie ma chyba przyjemniejszej chwili niż usiąść w fotelu z dobrą lekturą i ukochanym zwierzakiem na kolanach. Wielu czytelników robiło właśnie tak z Kubusiem. Książki i gazety czytali na miejscu.
Idylla trwała sześć lat.
Kot wywołuje alergięMiesiąc temu ktoś przysłał e-maila Dorocie Łukasiewicz-Zagale, dyrektorce miejskiej biblioteki. Czytelnicy są pewni, że musiała to zrobić osoba podła, podstępna i złośliwa. Tylko tak można powiedzieć o kimś, kto szkodzi kotu i nie ma odwagi przedstawić się z imienia i nazwiska.
Mail był krótki: "Informuję, że cierpię na alergię. Każde odwiedziny w bibliotece narażają mnie na pogorszenie stanu zdrowia. Jeśli kot w niej pozostanie, a moja alergia się nasili, pozwę bibliotekę do sądu i zażądam odszkodowania". I jeszcze podpis: "Czytelniczka".
Skarga podziałała. Dyrektorka napisała oficjalne pismo do bibliotekarek: "Zabraniam przebywania kota w filii nr 3 i zobowiązuję do usunięcia kota z miejsca pracy w terminie 3 dni od daty otrzymania niniejszego pisma".