Drogi Rafale,
sformułowałeś w swym "Liście do starszych kolegów" diagnozę polskiej rzeczywistości i ocenę polskiej inteligencji liberalnej.
A oto inna diagnoza, dotycząca rządów Platformy Obywatelskiej i jej języka.
Zdaniem Jarosława Kaczyńskiego jest to "obraźliwy, grubiański, po prostu chamski język. To jest świadome niszczenie języka debaty publicznej, granice stosowności zostały całkowicie zniszczone, i to niesłychanie drastycznie. Praktycznie zostało podane w wątpliwość wszystko, łącznie z najbardziej oczywistymi przepisami konstytucji. Nic nie istnieje, nie ma żadnej reguły. Wszystko można negocjować, atakować, podważać. To kompletne rozbicie podstawowych struktur życia publicznego. Wydawałoby się, że następuje to tylko na poziomie języka, ale tak naprawdę dotyczy to istoty rzeczy. To jest niszczenie polskiego życia publicznego".
Przyznam, że dokładnie tak oceniałem rządy koalicji PiS-u z partiami Andrzeja Leppera i Romana Giertycha. Natomiast Jarosław Kaczyński ma być może rację, że "koncepcja PiS i PO to są dwie przeciwstawne wizje rozwoju Polski".
Zdaniem Jarosława Kaczyńskiego politycy PO "są zwolennikami pewnego typu indywidualizmu przy bardzo ograniczonym charakterze wspólnoty. (...) Struktury państwowe, kulturalne i oświatowe są ograniczane i dezintegrowane". Prowadzić to musi do swoistej "anihilacji Polski". Wizje są istotnie różne, ale zdefiniować je należy inaczej.
Z kolei polityk PO Jarosław Gowin obawia się, że "środowiska lewicowo-liberalne będą próbowały skolonizować Platformę, tzn. sprowadzić ją - w sensie programowym - do roli dawnej Unii Demokratycznej i doprowadzić ją do koalicji z lewicą".
Przytoczyłem te dwie - dość egzotyczne - diagnozy, ponieważ proponują one całkiem inny niż Twój sposób definiowania sytuacji w Polsce, a pochodzą od polityków bardzo znaczących. Ty zajmujesz się w swoim liście losem liberalnej inteligencji, której partia, Unia Wolności, została zmarginalizowana i znalazła się poza parlamentem.
Zastanawiasz się, cytując opinie swoich bliskich, dlaczego ta formacja poniosła klęskę. W konkluzji stwierdzasz: "Obawiam się, że jeśli () nie zmierzymy się z własnymi błędami, które tak nadszarpnęły nasz autorytet, pozostanie nam już tylko jałowe odtwarzanie pamięci o minionych czasach, gdy hartowała się polska demokracja".
Zagrożenie porządku demokratycznego nie minęło i nigdy nie minie. I choćby to było nudne - należy o tym przypominać
I. Bunt przeciw starszemu bratu jest naturalnym przywilejem młodszego brata i trwałym obyczajem polskiej tradycji.
Takie buntownicze pytania dowodzą zwykle - choćby były niesprawiedliwe - że potencjał duchowy pewnej generacji czy formacji został zużyty, wyczerpany; że nowe czasy wymagają nowych pytań i odpowiedzi. Taki sens miały pytania, które młody Cezary Baryka stawiał Gajowcowi w "Przedwiośniu" Stefana Żeromskiego.
Przypomnijmy: Gajowiec, człowiek związany z ruchem niepodległościowym, cieszył się z Polski wolnej, niepodległej i chciał dla niej pracować; Baryka postrzegał wolną Polskę jako kraj niesprawiedliwości i zakłamania, a retoryka Gajowca wydawała mu się pusta, przewidywalna, banalna, jak głos z getta "sytych beneficjentów". Pytał gniewnie: Czy macie odwagę Lenina? I zaplątał się w komunistyczną manifestację idącą na Belweder. Równie dobrze mógłby trafić do pochodu młodych faszystów ze skrajnej prawicy.
Po stronie Baryki było poczucie solidarności z losem skrzywdzonych i poniżonych. Po stronie Gajowca było poczucie rozumności i odpowiedzialności za państwo.
Były to lata, gdy wartości liberalnej demokracji były w pogardzie młodych - tryumfował radykalizm, wizje wielkiej zmiany przyobleczonej w koszule czarne bądź czerwone. Cóż mógł wtedy uczynić Gajowiec, przedstawiciel formacji inteligencji liberalno-niepodległościowej związanej z obozem Józefa Piłsudskiego?
Ów Gajowiec dobrze pamiętał słowa Romana Dmowskiego na temat liberalnej inteligencji z "Myśli nowoczesnego Polaka": "Zbyt słabo związani ze społeczeństwem, nie dość rozwinięci moralnie, żeby interes publiczny, interes społeczeństwa, do którego należą, uznać za swój i bronić jak swego (...) zamiast bliskiego, konkretnego społeczeństwa stawiają sobie na ołtarzu oderwaną ludzkość z jej niepochwytnymi prawami i interesami, zamiast realnej wartości - fikcję, która nic w życiu nie zawadza, bo do niczego nie zobowiązuje. (...) Ich instynkt samozachowawczy, niemający nic wspólnego z instynktem samozachowawczym narodu, buntuje się przeciw kierunkowi, który nakazuje obowiązki wobec żywego organizmu - społeczeństwa, nie względem abstrakcji ludzkości".
Gajowiec wiedział z pewnością, że ten typ myślenia zyskuje na sile; że przyszłość rysuje się w ciemnych barwach, że nie brakuje w Polsce entuzjastów Mussoliniego bądź Lenina, że nie ma "partii ludzi przyzwoitych", z którą mógłby wiązać się bez wielkich zastrzeżeń; może przeczuwał, że obóz Józefa Piłsudskiego sięgnie wnet po przemoc, a on sam znajdzie się gdzieś na marginesie...
Ludzie tej formacji, Maria Dąbrowska i Stefania Sempołowska, Stanisław Stempowski i Andrzej Strug, Tadeusz Kotarbiński i Stanisław Ossowski, Herman Lieberman i Stefan Czarnowski, Antoni Słonimski i Czesław Miłosz - wszyscy oni lądowali na marginesach sceny politycznej II RP. Ale byłoby chyba niesprawiedliwością obwinianie ich właśnie o ewolucję II Rzeczypospolitej w stronę sanacyjnej półdyktatury, czy też o rozpasanie antysemityzmu na uniwersytetach. Choć pewnie popełnili niemało głupstw i pomyłek w swojej działalności publicznej.
II. Wzywasz moje pokolenie i moją formację do "zmierzenia się z własnymi błędami" i wyliczasz je skrupulatnie. Piszesz: "Dlaczego wasz głos jest tak dojmująco przewidywalny? Czemu wasza uwaga skupia się wciąż na tych samych sprawach? Czy nie zauważacie, że Polska się zmienia?".