http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Abyście nigdy nie zobaczyli tego co widziałam, zanim przyjechałam do Polski

Ludwika Włodek-Biernat
2008-12-24, ostatnia aktualizacja 2008-12-24 16:03

Na Nowy Rok życzę wszystkim, by nigdy nie zobaczyli tego co ja i moja rodzina widzieliśmy, zanim przyjechaliśmy do Polski. Całe dnie płaczę za Czeczenią - mówi Aminat

Wyjechaliśmy ze względu na dzieci, żebym miała pewność, że jak wieczorem położą się spać, to rano wstaną całe i zdrowe - mówi Aminat (z zakrytymi oczami). Linin, 2008
Fot. Marzena Hmielewicz / AG
Wyjechaliśmy ze względu na dzieci, żebym miała pewność, że jak wieczorem położą...
Każda rodzina ma własny pokój. U wszystkich jest telewizor - jedna z pierwszych rzeczy, jakie kupują po przyjeździe do ośrodka, czasem komputery. Linin 2008
Fot. Marzena Hmielewicz / AG
Każda rodzina ma własny pokój. U wszystkich jest telewizor - jedna z pierwszych...
Sąsiadki z piętra są dla siebie jak rodzina. Gdy jedna idzie do pracy, inne zajmują się jej dziećmi. Na zdjęciu Elina (po lewej) i Zareta. Linin 2008
Fot. Marzena Hmielewicz / AG
Sąsiadki z piętra są dla siebie jak rodzina. Gdy jedna idzie do pracy, inne...
ZOBACZ TAKŻE
Kobiety cieszą się jak dzieci. Robią sobie zdjęcia z tekturowymi figurami aktorów. Są odświętnie ubrane. Pod chustkami skrywają starannie uczesane włosy. Mimo że mieszkają pod Górą Kalwarią (pół godziny od stolicy) są po raz pierwszy w Warszawie. I po raz pierwszy w kinie. W każdym razie w TAKIM kinie - wykładanym szkłem multipleksie z ruchomymi schodami i gigantycznym ekranem, na którym wyświetlane są trójwymiarowe filmy.

- Pojechaliśmy robić tynki do jakiegoś mieszkania. Patrzę sobie przez okno i myślę: "ładna ta Warszawa, czysta, zadbana". Potem dowiedziałam się, że to było Piaseczno. - Parsknęła śmiechem Liza. To jej opowieść natchnęła nas, żeby zabrać je gdzieś na wycieczkę. Sama Liza w końcu nie pojechała. Szła tego dnia do pracy.

Psycholog Maria Książak prowadzi grupę wsparcia, która ma pomóc kobietom uporać się z traumą. - Gdy pytam je, co lubią robić albo czym chciałyby się zająć, gdyby miały czas tylko dla siebie, nie rozumieją, o co mi chodzi. Ich potrzeby stoją daleko za potrzebami ich dzieci i spełnianiem oczekiwań mężów - opowiada.

Po seansie, już prawie przy wyjściu Elina nagle przerażona jęknęła: - Czy możemy wrócić do kina? Zostawiłam parasolkę, to jedyna pamiątka po mamie.

Parasolka się znalazła. Zwykła sowiecka parasolka, z ortalionu w kwiatki, z plastikową rączką.

Żebym miała pewność, że rano wstaną

Kobiety mieszkają w ośrodku dla uchodźców w Lininie pod Górą Kalwarią. W bloku C, na pierwszym piętrze. Sąsiadki z piętra są dla siebie jak nowa rodzina. Gdy jedna idzie do pracy - na jabłka, truskawki albo do malowania mieszkań - inne zajmują się jej dziećmi.

Prawdziwe rodziny kobiet: rodzice i bliscy zostali w Czeczenii. Dlaczego one wyjechały?

- To mąż zdecydował. Ja się bałam. Nie chciałam zostawiać mamy. Ale męża poparł teść. W Czeczenii kobieta nie sprzeciwia się mężowi. A tym bardziej rodzicom męża - opowiada Zareta. - Tej nocy, kiedy przyjechaliśmy do Terespola, nigdy nie zapomnę. Był grudzień. Rok temu. Najmłodsza córka miała miesiąc. Mieliśmy trojkę dzieci i jedną torbę bagażu. W Czeczenii mieszkaliśmy w drewnianym domku o powierzchni 6 na 4 metry, który dostaliśmy z pomocy humanitarnej. Z nami mieszkali rodzice męża. W lecie było gorąco nie do wytrzymania, a w zimie - zimno.

Jednak to nie złe warunki mieszkaniowe wygnały je z Czeczenii.

- Najmłodszy syn zaczął mówić dopiero, gdy miał cztery i pół roku. Do dziś zdarza mu się moczyć w nocy. Gdy mieszkaliśmy w Inguszetii, po wydarzeniach w Nazraniu [wiosną 2004 roku czeczeńscy partyzanci przeprowadzili rajd na miasto, zabijając wielu rosyjskich urzędników] przeszukujący zajmowane przez Czeczenów domy rosyjscy policjanci trzymali moje dzieci pod bronią przez kilka godzin. Wcześniej, jeszcze w Czeczenii, wiele razy przeżyliśmy bombardowania. Dzieci całymi tygodniami nie chodziły do szkoły. Ilekroć mąż wychodził z domu, nie wiadomo było, czy do nas wróci. Wyjechaliśmy ze względu na dzieci. Żebym miała pewność, że jak wieczorem położą się spać, to rano wstaną. Całe i zdrowe - Aminat załamuje się głos i oczy zachodzą jej łzami.

- W pociągu z Dagestanu do Moskwy modliłam się, żeby nas nie zatrzymali. Wiedzieliśmy, że na dworcu wyłapują czarnych do kontroli. Wysiadając z wagonu, widziałam już kątem oka, że na peronie stoi grupa osób zatrzymanych do sprawdzenia. Na nas na szczęście nikt nie zwrócił uwagi. Spokojnie przeszliśmy do hali dworca i dalej, na ulicę. Allah wysłuchał moich modlitw. - opowiada Elza o swoim wyjeździe. - Na dworzec białoruski dojechaliśmy samochodem dostawczym. Baliśmy się wsiadać do zwykłej marszrutki. Po kilku godzinach odjechaliśmy pociągiem do Brześcia. Na granicy polsko-białoruskiej zgłosiliśmy, że jesteśmy uchodźcami z Czeczenii.

- Przyjeżdżając do Polski, mieliśmy 2 tysiące euro, na które złożyła się cała rodzina. Za kebaby na bazarku w Terespolu wzięli od nas po 50 złotych za jeden. Zapłaciliśmy, ile chcieli, bo nie znaliśmy cen - opowiada Aminat. - Kolejne 280 euro wziął od nas taksówkarz za jazdę z Terespola do Dębaku. Resztę wydaliśmy na jedzenie, koce i ubranie. Robiło się coraz zimniej, a nie mieliśmy żadnych rzeczy.

Na początku wszyscy Czeczeni trafiają do obozu recepcyjnego dla uchodźców w Dębaku. Stamtąd do kilku ośrodków, w różnych miejscach Polski. Po przesłuchaniach i złożeniu dokumentów czekają na decyzję.

Od pracy kobiety się psują

Kobiety są już zadomowione w Lininie. Każda rodzina ma własny pokój. U wszystkich jest telewizor - jedna z pierwszych rzeczy, jaką kupują po przyjeździe do ośrodka. Czasem komputery.

- Lodówkę kupiłam za pieniądze zarobione na truskawkach. Dostajemy tu po 70 złotych na siebie i ekwiwalent na dzieci [około 300 zł na jedno]. Te pieniądze idą głównie na jedzenie. Ze stołówki biorę tylko chleb i olej, a rano kaszę dla małej. Gotujemy sami - tłumaczy mi Zareta.

- Są przyzwyczajeni do zupełnie innego jedzenia niż to przygotowywane w ośrodku przez polskie kucharki. Gdyby tak brać do pracy w kuchni czeczeńskie kobiety - zastanawia się Maria Książak - mogłyby zarobić i na pewno więcej Czeczenów jadłoby w stołówce.

W ciągu dnia w ośrodku widuje się mało mężczyzn. Pracują. Głównie na budowach. Na ogół nielegalnie, bo do czasu wydania decyzji nie mają pozwolenia na pracę. Jeśli jednak czas oczekiwania nie z ich winy przeciąga się ponad sześć miesięcy, pozwolenie dostają.

Niektóre rodziny mają samochody - kilkunastoletnie rzęchy warte kilka tysięcy złotych. Mężczyźni dojeżdżają nimi do pracy. Raz w tygodniu całymi rodzinami jeżdżą na zakupy. - Do Auchan w Piasecznie - mówi Zareta.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':