Dorota i Tomek Kubiakowie: Mieliśmy dwa zarodki, zagnieździł się jeden. I tak wygląda Dorota i Tomek walczyli o dziecko 12 lat. Odkąd urodziła im się Ania, powoli wracają do życia. - Niepłodność rzutuje na wszystko: pracę, rodzinę, towarzystwo, związek. W pewnym momencie staliśmy się jedyną bezdzietną parą w towarzystwie. Znajomości poumierały śmiercią naturalną. Ja mam bardzo dużo kuzynów i kuzynek - wszyscy mieli szybko dzieci, więc w obawie przed pytaniami zaczęliśmy ich unikać. Im byliśmy starsi, tym było gorzej, człowiek się po prostu izoluje - opowiada Dorota. - Zawodowo też bywało ciężko, nie ma człowiek tej radości życia i to po prostu widać.
Tomek na badania poszedł po roku leczenia.
- Wyniki nie były jednoznacznie złe, więc mieliśmy nadzieję, że jakoś się to ułoży - mówi Dorota. - Przez siedem lat żyliśmy iluzją.
W tym czasie zrobili dwie nieudane inseminacje i wiele badań - potrzebnych i nie. - To jest ogromny stres. Człowiek sam przed sobą się nie przyznaje, jak mu trudno. Czułam się sprowadzona do poziomu fizyczności. Ciągła obserwacja i liczenie dni cyklu, monitorowanie przez USG, badania krwi, hormony.
- Przechodzi się w zupełną transparentność w sferze intymnej. Lekarz decyduje o wszystkim, nie ma żadnych romantycznych sytuacji - dodaje Tomek.
Dorota: - Mieliśmy już po trzydzieści kilka lat. Na szczęście w pewnym momencie nareszcie trafiliśmy na lekarza, który powiedział wprost, że najlepiej by było spróbować in vitro. I polecił nam lekarza z Białegostoku.
Sama metoda nie budziła rozterek moralnych. - Dla nas było oczywiste, że zrobimy wszystko, żeby mieć dziecko. Mieliśmy pełną świadomość, że
Kościół katolicki nie dopuszcza takich metod, ale nie miało to dla nas znaczenia - mówi Tomek.
- Teraz wiemy, że dyskusja na temat niszczenia zarodków to jest jakaś totalna bzdura. Lekarze, którzy leczą niepłodność, wiedzą, jak wielkim wysiłkiem fizycznym i psychicznym pacjentów okupione jest uzyskanie zarodków. I nikt ich nie niszczy, na Boga. Ile jabłoń ma kwiatów, a ile jest jabłek, jaki jest odsiew. To samo jest z ludźmi, nie wszystkie zarodki się rozwijają. Jak można mówić o śmierci braci i sióstr, którą jest okupione życie dzieci z in vitro? Tylko ktoś, kto się na tym nie zna, może takie bzdury mówić.
W Białymstoku poznali ludzi z podobnymi problemami. - To nam bardzo pomogło. Taka nieformalna grupa wsparcia.
Po pierwszym in vitro test pokazał dwie kreski. Niewyobrażalna radość. Przez dziesięć tygodni. - Na kontrolnym USG okazało się, że ciąża trwa, ale zarodki obumarły. Wylądowałam w szpitalu - w oczach Doroty pojawiają się łzy.
- Ciężko to przeżyliśmy, musieliśmy poszukać pomocy psychologa - dodaje Tomasz. - I zrobić kolejne badania
Po pół roku znów byli w Białymstoku. - Tym razem zarodki się nie zagnieździły. W końcu zostały tylko dwa zamrożone - opowiada Tomek. - W tym czasie poszliśmy na wizytę w ośrodku adopcyjnym. Wiedzieliśmy, że w Warszawie to trwa latami. Ale myśleliśmy na zapas. W końcu pojechaliśmy na transfer zamrożonych zarodków. Dzień był straszny, tego dnia rozbił się i spłonął autokar z maturzystami z Białegostoku. Kilkanaście osób zginęło.
- Mieliśmy dwa zarodki, więc małe szanse - a jeśli się nawet nie rozmrożą? Rozmroziły się oba, zagnieździł się jeden i tak wygląda - Dorota z dumą pokazuje Anię. - Ciąża też była jednym wielkim lękiem, że znowu ją możemy stracić. Robiłam sobie sama zastrzyki z heparyny, musiałam się nauczyć. Ale jak człowiek ma taką mobilizację, to jakby musiał, toby sobie zrobił operację na otwartym sercu.
Agnieszka Nowicka: Wybrakowana. Kobieta, a nie może mieć dziecka Na ślubnym kobiercu Agnieszka Nowicka była opuchnięta i zmęczona. W dodatku rodzina zaczęła napomykać o powiększaniu rodziny. Nikt nie wiedział, że Agnieszka od czterech miesięcy faszeruje się hormonami, bo roczne starania o potomka nie przyniosły żadnych skutków.
- Na początku nie zwierzaliśmy się nikomu z naszych problemów. Powiedzieliśmy dopiero, jak podchodziliśmy do in vitro. Przez rok chodziliśmy do przypadkowych ginekologów. Jeden z nich podawał mi bardzo duże ilości hormonów, nie sprawdzając nawet, czy mam owulację ani co się dzieje po tych lekach. Bardzo źle się po tym czułam. Wtedy właśnie brałam ślub.
- Teraz to się już na pewno uda - powiedział kolejny lekarz po zabiegu laparoskopii, która wykazała wodniaki jajowodów. Pełni nadziei próbowali dalej. Po ponad roku zgłosili się do kliniki leczenia niepłodności Novum. Na pierwszej wizycie dowiedzieli się, że wodniaki jajowodów są przeszkodą mechaniczną, której się nie da pokonać inaczej niż przez in vitro.
- Przygotowania były wyczerpujące. Najpierw prawie menopauza, zawroty głowy, uderzenia gorąca. To efekt uboczny wyciszania produkcji hormonów. Potem stymulacja hormonalna, która wywołuje produkcję komórek jajowych. Codziennie dwie czy trzy ampułki wstrzykiwane w brzuch. Nic przyjemnego, mąż mi robił. Raz wyjechał na trzy dni. Musiałam sama.
Pracowałam wtedy w domu na zlecenia z wydawnictwa. Stymulacja trwa około 12 dni, pod koniec komórki jajowe są dość duże i lekarze ostrzegają, żeby nie skakać, nie współżyć, nie robić gwałtownych ruchów, bo one po prostu mogą popękać. Od transferu do testu stres jest jeszcze gorszy niż to kłucie zastrzykami i cała reszta. Leżałam w łóżku, wsłuchiwałam się w organizm i czytałam gazety w stylu "Mamo to ja".