Serbia nie zna ich twarzy. Nie wie, że noszą koszule w kratkę i kurtki jeansowe, że gubią się w zeznaniach, że są zdenerwowani, że lubią się kiwać na krześle w czasie wielogodzinnych rozpraw, które co kilka tygodni odbywają się w Belgradzie.
Zgodnie z serbskim prawem, aby proces o zbrodnie wojenne mógł być transmitowany przez telewizję, muszą się na to zgodzić sąd najwyższy i oskarżeni. Oni się nie zgodzili.
Ośmiu mężczyzn zasiada więc za prętami grubości dwóch palców, w pomieszczeniu-klatce bez kamer, dziennikarzy, fotoreporterów. W mediach ukazują się jedynie krótkie informacje o ich sprawie. Na salę sądową przychodzi niewielka publiczność, głównie bliscy sądzonych.
Wśród oskarżonych jest pięciu oficerów serbskiej policji. Wszyscy w średnim wieku, przeciętni. Odpowiadają za zabicie 48 Albańczyków - w tym 20 dzieci, z których najmłodsze miało osiem miesięcy. Prokuratura zarzuca im także palenie i plądrowanie albańskich domów. Do zbrodni doszło w 1999 r., w kosowskim miasteczku Suhareka (serb. Suva Reka), 40 km od Prisztiny.
Trzej główni oskarżeni to: płk Radoslav Mitrović, zastępca dowódcy żandarmerii i dowódca specjalnego oddziału policji z Niszu, który stacjonował wtedy w Suhejrece, Radojko Repanović, komendant miejscowej policji, i jego asystent insp. Nenad Jovanović. Żaden z oskarżonych nie przyznaje się do winy.
Ich proces ma dla świadomości historycznej Serbów większe znaczenie niż osądzenie Radovana Karadżicia lub upolowanie gen. Ratka Mladicia, oskarżonych o ludobójstwo w Bośni.
To bowiem pierwszy proces oficerów serbskiej policji o zbrodnie wojenne toczący się w Belgradzie, a nie w Trybunale ONZ w Hadze. Wyrok zapadnie być może jeszcze w tym roku.
Oskarżeni prawdopodobnie nie stanęliby przed sądem, gdyby nie grupa Serbów zdeterminowanych, by osądzić zbrodniarzy.
- Dzięki takim sprawom zdejmujemy odpowiedzialność zbiorową z narodu. Ludzie zaczynają odróżniać patriotów od złoczyńców - tłumaczy prokurator Vladimir Vukeević, brodaty 58-latek o mocnym głosie, najważniejszy z tych, którzy w Serbii ścigają zbrodniarzy. To on bezskutecznie zabiegał o to, by Serbowie poznali twarze przestępców, którzy powołując się na obronę narodu, mordowali i okradali.
Wino czeka na Mladicia
- W całym kraju mamy tylko siedmiu prokuratorów wojennych, czyli mnie i sześciu moich współpracowników. To za mało, bo w sprawach o zbrodnie wojenne trudno zbiera się dowody i pozyskuje świadków. Ale od 2003 r., gdy powstał mój urząd, odbyły się procesy przeciwko 179 osobom, więcej niż w Hadze. 30 z nich zostało skazanych - opowiada Vukeević.
- Odkąd zająłem się zbrodniami wojennymi, ja i moja rodzina musieliśmy przywyknąć do całodobowej ochrony i tego, że nieustannie ktoś próbuje mnie oczernić, np. wyszukując rzekome kochanki. Odbieram telefony i listy z pogróżkami, nazywają mnie faszystą - mówi Vukeević.
- Ale opinia publiczna w Serbii przez ostatnie pięć lat bardzo się zmieniła. Teraz ulica daje mi dużo więcej wsparcia, ludzie gratulują mi, że łapiemy zbrodniarzy. Na początku przeważnie gwizdali na mój widok - opowiada Vukeević.
Przez ostatnie lata prokurator zajmował się zbieraniem dowodów przeciwko Radovanowi Karadżiciowi, przywódcy bośniackich Serbów i najbardziej poszukiwanemu zbrodniarzowi z okresu wojny na Bałkanach. Vukeević był wśród kilku osób, które wiedziały dokładnie, kiedy Karadżić, namierzony latem w Belgradzie po 13 latach ukrywania się, zostanie aresztowany. - Nim wyznaczyliśmy datę, przez miesiąc obserwowaliśmy Karadżicia, czekaliśmy na bezpieczny moment. Teraz tropi gen. Ratka Mladicia, dowódcę sił bośniackich Serbów i prawą rękę Karadżicia.
Serbski prokurator ma nadzieję, że niedługo otworzy dwa czerwone wina, które w ubiegłym roku podarowała mu Carla Del Ponte, był prokurator generalna Trybunału ONZ w Hadze. Na jednej jest podobizna Karadżicia, na drugiej Mladicia. - Gdy Mladić zostanie złapany, wypijemy oba wina - mówi prokurator.
Ale to na razie przyszłość, teraz proces o mord w Suhejrece jest najważniejszy.
Serbscy czyściciele
W Suhejrece siedzimy przy lampie gazowej. Jak w całym Kosowie wieczorami często nie ma tu światła. Na ścianie fotografie zabitych członków rodziny Berisza. Profesor muzyki Xhelal Berisza w zimnym pokoju opowiada, co zdarzyło się w marcowy dzień 1999 r.
- Byliśmy założycielami Suhejreki. Do dziś połowa mieszkańców miasteczka nosi nasze nazwisko - opowiada Xhelal. Klan Berisza to miejscowa elita: profesorowie, nauczyciele, lekarze, burmistrzowie. - Serbowie, nasi sąsiedzi, wiedzieli, kogo wybrać. Mieliśmy tu wpływy i byliśmy Albańczykami. Jaki był inny powód, żeby zastrzelić ośmiomiesięczne dziecko z butelką w ustach?
24 marca 1999 r. samoloty NATO rozpoczęły naloty na Jugosławię. Bombardowania miały powstrzymać walki i wypędzanie Albańczyków z Kosowa, ale gdy tylko się zaczęły, serbskie oddziały policyjne, wojskowe i paramilitarne otrzymały rozkaz: "wyczyścić teren". W ten sposób siły podległe prezydentowi Slobodanowi Miloszeviciowi próbowały powstrzymać walczących od niepodległość Albańczyków.
Źródło: Gazeta Wyborcza