Sytuacja na Białorusi - raport "Gazety" Decyzja jest sensacyjna, bo w ostatnich 8 latach białoruskie władze nie zgodziły się na rejestrację żadnej opozycyjnej organizacji, która działała na terenie całego kraju. Dla ruchu "O wolność", jednego z największych białoruskich ugrupowań opozycyjnych, ta decyzja oznacza, że będzie mógł działać legalnie, nie narażając się na represje.
- Będziemy mogli mieć legalne biuro, drukować ulotki itd., a co za tym idzie zwiększyć swoje wpływy w społeczeństwie - mówi "Gazecie" Aleś Michalewicz, członek rady organizacji.
Ruch "O wolność" został założony przez Alaksandra Milinkiewicza, konkurenta Aleksandra Łukaszenki w wyborach prezydenckich w 2006 r. Po sfałszowaniu przez władze ich wyniku założył własną partię, która wielokrotnie próbowała zalegalizować swoją działalność. Udało się dopiero wczoraj.
- To gest w stronę Unii Europejskiej, władze kontynuują politykę małych ustępstw - komentuje "Gazecie" białoruski politolog Walery Karbalewicz.
W ostatnich miesiącach przyparty do muru przez pogarszający się stan gospodarki
Aleksander Łukaszenka zrobił kilka kroków, by polepszyć stosunki z Zachodem. W lecie zwolnił więźniów politycznych, potem zezwolił na legalny kolportaż dwóch niezależnych gazet. Czego chce w zamian od Zachodu?
- Białoruska gospodarka ma coraz większe problemy, Łukaszenka chce zachodnich kredytów i inwestycji, które ułatwiłyby mu przetrwanie ciężkich czasów - mówi "Gazecie" Jarosław Romańczuk, jeden z czołowych białoruskich niezależnych ekonomistów.
Wczorajsza decyzja może też istotnie zmienić układ sił na opozycyjnej scenie politycznej. - Dzięki legalizacji ruch ma szanse stać się najmocniejszym opozycyjnym ugrupowaniem politycznym na Białorusi - mówi "Gazecie" Andrej Dyńko, redaktor naczelny "Naszej Niwy".