http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Przetrwali każdy kryzys

Grzegorz Sroczyński
2008-12-16, ostatnia aktualizacja 2008-12-14 17:02

Przez lata moją główną troską było, żeby się za bardzo nie rozwinąć. Mój upór się opłacił, uniknąłem domiaru i uspółdzielczenia

Wincenty Borzym
Fot. Jacek Łagowski
Wincenty Borzym
JAK UNIKNĄĆ LUSTRACJI

Wincenty Borzym, lat 79, właściciel pracowni rymarskiej przy Częstochowskiej 1a w Warszawie

Stoję w tym miejscu od 33 lat. Wcześniej stał tu pan Filipiak, od którego kupiłem zakład w roku 1975, w miesiącu lutym. Pieniądze zdobyłem w spółdzielni Jedność Łowiecka, gdzie z pensji rymarza odkładałem co miesiąc 100 zł.

(Wchodzi starsza pani po odbiór skórzanej torebki, chwali naprawioną rączkę, płaci 20 zł, wychodzi).

Przez lata moją główną troską było, żeby się za bardzo nie rozwinąć. Z wielką determinacją nie kupowałem nowych maszyn, ograniczałem liczbę klientów. Starałem się nie naprawiać tylu walizek, ile mógłbym, i nie wyrabiać tylu skórzanych pasków, ile chciałem. Mój upór ze wszech miar się opłacił. Uniknąłem domiaru i uspółdzielczenia.

(Chłopak w garniturze pyta o kaganiec dla amstafa. Owszem, jest, ale można też przyjść z psem i zrobić na miarę).

Najgorsza była lustracja. Przychodzili we dwóch, nawet codziennie. - My na lustrację towaru - powiadali i zaczynali liczyć. "Wczoraj wisiało 30 pasków, dziś wisi 10, za dużo pan sprzedaje". Straszony likwidacją opierałem się na argumencie, że czyn ten byłby szkodliwy społecznie. Pokazywałem bloki dookoła, w których każdy ma przecież jakąś rzecz do naprawy.

(Klientka odbiera kozaki, w których zepsuł się suwak. Rozpromienia się: - Tego suwaka od roku nie mogłam wymienić, byłam u pięciu szewców).

Zauważyłem, że wszycie suwaka to jest dziś ogromna trudność. Po prostu "się nie da". Albo - "nie ma takiej możliwości". Albo - "nie opłaca się". W ogóle czasy jakoś nie sprzyjają niczemu, co wymaga czterech godzin dłubania. Tę ogólną tendencję obserwuję nie tylko w swoim zawodzie. U młodego człowieka urzędującego pod szyldem "zegarmistrz" dowiedziałem się, że potrafi wymienić jedynie pasek i bateryjkę.

(Wchodzi policjant zapytać, po ile to siodło z wystawy. Cztery tysiące. Wychodzi).

Mam prośbę do "Gazety" o rozgłoszenie, że usługi moje są płatne z góry. Weźmy to siodło. Zamówił je pewien miły jegomość według specjalnego wzoru. Poświęciłem na to dwa lata. Następnie miły jegomość wyjechał do Anglii, a ja z siodłem zostałem.

ARCHITEKTURA WNĘTRZ

Leszek Rozmiłowicz, 76 lat, właściciel firmy Semper Fidelis przy Zwierzynieckiej w Krakowie

- Klienci mówią mi czasem, że do jednego pana Edelmana jestem podobny.

Jest pan.

- I dlatego to zdjęcie do gazety?

Nie. Chciałem zapytać, co pan ma w tych torbach.

- Ale w których? Przecież widzi pan, ile tu tego. Mogę zaglądać po kolei i objaśniać.

To zacznijmy zaglądanie od tej biało-różowej, co wisi z boku.

- W niej są dłutka i inne narzędzia do naprawy zamków. Naprawiam nawet starodawne kazamaty, które mi przynosi zakład konserwacji Uniwersytetu Jagiellońskiego. Ostatnio zamek od biblioteki mi dali, ważył ze trzy kilo.

Źródło: Duży Format
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':