Rosja czeka na swoje tsunami

Wiktor Jerofiejew*
13.12.2008 , aktualizacja: 12.12.2008 18:50
A A A Drukuj

Fot. Albert Zawada / AG

Obawa, że coś może się stać, wisi w powietrzu. Ale nie wiadomo, co i z jaką przyjdzie siłą - o tym, dlaczego ciekawie jest być pisarzem w Rosji, mówi
Marcin Wojciechowski: Czy wojna w Gruzji wpłynie na stosunek przeciętnego Rosjanina do Zachodu? Prokremlowska propaganda przedstawia Zachód - zwłaszcza USA - jako głównego wroga.

Wiktor Jerofiejew: W odróżnieniu od Polski czy Europy ludzie w Rosji nie myślą w kategoriach racjonalnych, ale raczej bajkowych. Rosja pokazała w Gruzji, że coś może zrobić, postawić warunki i zostaną one zaakceptowane. To mile łechce podskórny imperializm, który tkwi w każdym z nas. Ale to wcale nie znaczy, że Rosjanie chcą wszystkich wokół podbić. Biorą raczej odwet za to, że w latach 90. znaleźli się w bardzo trudnej sytuacji. To forma przywrócenia sprawiedliwości, choć oczywiście dziwna i szkoda, że z udziałem innych państw.

To dlaczego rosyjscy przywódcy mówią, że Rosja ma prawo do stref wpływów w pobliżu swoich granic?

- Wynika to z owego wrodzonego imperializmu oraz polityki USA w ostatnich latach. Wciąż porównujemy się do Amerykanów. Jeśli im coś wolno, to od razu pytamy się, dlaczego nam nie. George W. Bush stał się bardzo słabym punktem Zachodu. Za jego rządów Ameryka zaczęła kłamać. Rosja - nasze władze - po prostu to wykorzystała. Ogromnym błędem była zgoda na niepodległość Kosowa. To otworzyło możliwość dzielenia krajów, zmian granic. Rosyjskie władze dostały pretekst, którego nie sposób było nie wykorzystać.

Po zakończeniu zimnej wojny Zachód popełniał wobec Rosji błąd za błędem. Niepotrzebnie zaczęto odrzucać nas w latach 90. Wtedy byliśmy naprawdę gotowi przyjąć wartości europejskie. Ale nikomu na tym nie zależało. Europie brakuje przywódców na miarę Churchilla, którzy widzieliby demokrację nie tylko jako instrument dochodzenia do władzy i utrzymania jej, ale jako pojęcie filozoficzne. Ten kryzys jest wyczuwalny wszędzie na kontynencie. Mam wrażenie, jakby demokracja osiadała na mieliźnie.

Gdy spotkaliśmy się poprzednio wiosną, mówił pan, że czuje w powietrzu zmiany, że może nastąpić w Rosji nowa pierestrojka, odwilż. Wiązało się to z nowym prezydentem Miedwiediewem. Czy pana nadzieje się spełniły?

- Niestety, nie. Miałem nadzieję, że liberalny ton Miedwiediewa zabrzmi silniej. Ale innym siłom - wrogim liberalizmowi - udało się go zagłuszyć m.in. dzięki wojnie w Gruzji. Wiosną nikt nie mógł tego przewidzieć. Z głosów, które do mnie dochodzą, wnioskuję, że wewnątrz obozu władzy panują różne nastroje, ale co się tam naprawdę dzieje, trudno określić. Miedwiediew jest wykształcony, inteligentny, liberalny, ale w ogóle tego nie okazuje. W natarciu jest za to premier Putin i stojący za nim ludzie w pagonach. Ale nie potrafię przewidzieć, czy to będzie trwałe, czy też coś się zmieni.

Czy kryzys ekonomiczny, który dotyka także coraz bardziej Rosję, może coś zmienić? To premier i rząd poniosą odpowiedzialność za jego skutki.

- To nieprzewidywalne. Kryzys mocno uderzył w Rosję. Obawa, że coś może się stać, wisi w powietrzu. Ale nie wiadomo, co i z jaką przyjdzie siłą. Z jednej strony może dojść do wystąpień społecznych, bo przedsiębiorstwa są słabe, mogą zacząć zwalniać, może zwiększyć się bezrobocie. Ale trudno przewidzieć, czy zostanie osiągnięta masa krytyczna, która doprowadzi do zmian. Na razie widać, że na różnych szczeblach nasze elity uznały, iż bezpieczniej jest wywieźć kapitał z Rosji. Może to jeszcze bardziej pogłębić skutki kryzysu. Co ciekawe, postępują tak zarówno opozycjoniści, jak i ludzie bliscy Kremlowi. Można powiedzieć, że Rosja czeka na swoje tsunami. Ale nie sposób przewidzieć jego siły.

Co panu podpowiada intuicja?

- Kryzys raczej nie zagrozi strukturom państwowym i władzy. Oczekiwania, że kryzys doprowadzi do renesansu liberalizmu, czy wręcz do rewolucji, mogą okazać się złudne. Władza poradzi sobie z sytuacją. Inna sprawa, że ludzie przyzwyczaili się już do całkiem bogatego życia. Klasa średnia będzie zatem niezadowolona, jeśli trzeba będzie zaciskać pasa. Pewne elementy społecznej frustracji widać już dziś.

Znana obrończyni praw człowieka Ludmiła Aleksiejewa to zauważa. Ludzie są gotowi do protestów w sprawach społecznych, dotyczących ich osiedla, ulicy, podwyżek cen, likwidacji ulg socjalnych.

- Wciąż jest tego za mało, ale rzeczywiście nawet prokremlowskie gazety w sferze społecznej są liberalne i krytyczne. Ostro piszą o emigracji, bezrobociu, służbie zdrowia, fatalnych drogach i kolei. Wielkim tabu pozostaje natomiast polityka. Sytuacja w Rosji jest znacznie bardziej złożona, niż przedstawia to na co dzień zachodnia prasa, w tym polska. Mam wrażenie, że dziennikarze nie chcą w to wnikać. Wszyscy piszą o Putinie, wojnie w Gruzji, sprzeciwie wobec tarczy, ale mało kto bliżej przygląda się naszemu życiu społecznemu. W efekcie obraz Rosji jest głównie czarny. A moim zdaniem wygląda to inaczej. Białego rzeczywiście nie ma, ale pojawia się jasność, jest sporo szarego, dużo ciemnej szarości i oczywiście czerń.

A jak to jest być rosyjskim pisarzem w czasie prezydentury Medwiediewa? Coś się zmieniło w porównaniu z czasami Putina?

- Jako pisarz mogę czuć się całkowicie wolny. Ale podkreślam, że jako pisarz. Cenzury na książki u nas nie ma, choć inaczej jest w telewizji czy prasie. Mam własne wydawnictwo. Rocznie wydajemy 200 tytułów i nie spotykamy się z jakąkolwiek presją. No, może w dwóch przypadkach moglibyśmy się spodziewać interwencji. Jeśli ktoś napisałby książkę w pełni gloryfikującą czeczeńskich partyzantów albo głosił, że narkomania jest najlepszą rzeczą pod słońcem. To dwa tematy, do których należy podchodzić w sposób ostrożny. Poza tym można pisać, co dusza zapragnie.

Ważne, że wolności twórców towarzyszy zainteresowanie czytelników. W latach 90. wolność była może jeszcze większa, ale ludzie nie mieli pieniędzy ani ochoty czytać książek, bo zajmowali się kryzysem. Dziś jest odwrotnie. Księgarnie w Moskwie są pełne. Inna sprawa, że w młodym pokoleniu nie mamy zbyt wielu wybitnych pisarzy. Najzdolniejszy jest Pielewin, ale on ma już 50 lat. Wcześniej praktycznie co roku odkrywano w Rosji pisarza, który stawał się sensacją. Przypominało to staw, do którego wystarczało zanurzyć wędkę, by coś wyłowić. Dziś tego nie ma. Są młodzi pisarze, ale żaden nie robi już tak wielkiego wrażenia.

Mówi pan, że pisarz może czuć się w Rosji całkowicie wolnym. Ale mimo to napisał pan list do prezydenta przeciwko cenzurze. Sytuacja w telewizji czy gazetach jest dramatyczna.

- Nie jest całkowicie jednoznaczna. Byłem półtora roku temu na kolacji z Miedwiediewem. Mówił wtedy, że Kreml kontroluje zaledwie 5 proc. czasu antenowego w telewizjach. Ale trzeba przyznać, że programy informacyjne to pranie mózgu. Są one wręcz groteskowe. Czasem mam wrażenie, że dziennikarze znęcają się nad Kremlem. Urzędnicy mówią zróbcie coś tak. A dziennikarze robią to trzy razy bardziej. W efekcie programy informacyjne brzmią całkowicie fałszywie. Jest oczywiście radio Echo Moskwy, jest "Nowaja Gazieta", są w miarę dobre dzienniki, jak "Kommiersant", "Niezawisimaja Gazieta" czy bardziej popularny "Moskowskij Komsomolec". Te tytuły spełniają europejskie standardy niezależności. Są jeszcze wydawnictwa próbujące być częściowo niezależne. Ale np. "Izwiestia", kiedyś świetna gazeta, stała się organem Kremla.

To jak to jest z Rosją, jest wolność, czy jej nie ma?

- Jeśli chodzi o wolność osobistą, to nigdy tak wielka nie była, w każdym razie po roku 1917. I Putin to uszanował. Polacy tego, niestety, nie widzą. Putin zawarł ze społeczeństwem coś w rodzaju umowy społecznej: jesteście lojalni, ale w zamian w życiu prywatnym możecie robić, co chcecie. Na tym polega moim zdaniem zagadka popularności Putina.

  • 0