http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Paktofonika: bohaterowie naszych czasów

Maciej Pisuk*
2008-12-13, ostatnia aktualizacja 2008-12-16 19:09

Paktofonika - Magik, Rahim i Fokus
Paktofonika - Magik, Rahim i Fokus
Paktofonika - Magik, Rahim i Fokus

O fabularyzowanej historii zespołu hiphopowego Paktofonika i samobójstwie jej legendarnego lidera Magika mówi


ZOBACZ TAKŻE
Piotr Marecki: W jaki sposób natknąłeś się na Paktofonikę?

Maciej Pisuk: - Chciałem się spełnić zawodowo i szukałem współczesnej historii, bo zdawałem sobie sprawę, że jest wielka potrzeba kina o rzeczywistości. Ciągle narzekamy, że od 1989 roku nie powstały filmy, które by adekwatnie tę rzeczywistość komentowały. Nie ma obrazów na miarę „Człowieka z żelaza” czy „Człowieka z marmuru”. Może trudno było znaleźć wyraziste postacie bohaterów naszych czasów, osoby reprezentujące swoim losem przemiany, które się na naszych oczach odbywają.

Z góry uznałem, że wszelkie próby wymyślania takich historii z głowy będą chybione i sztuczne, że trzeba się zanurzyć w rzeczywistość. Poszukując odpowiedniej historii, przeglądałem poranną prasę, aż któregoś dnia wreszcie na taką trafiłem.

To był reportaż Lidii Ostałowskiej w "Dużym Formacie" z 21 grudnia 2001 r.

- Tak.

Koniec Paktofoniki. Ostatni koncert, płyta, klip. Była muzycznym paktem trzech przyjaciół. Zostało dwóch. Muszą na nowo sprawdzić, co to jest przyjaźń i muzyka - przeczytaj reportaż Lidii Ostałowskiej ''Teraz go zarymuję''



Rok po śmierci Magika.

- Żeby było ciekawiej, rozglądałem się za współczesną historią, ale nie w kręgach młodzieżowo hiphopowych. Nie słuchałem hip-hopu i wtedy nie ceniłem specjalnie tej muzyki. Natomiast, kiedy przeczytałem tekst, wstrząsnęła mną dramatyczna historia tych ludzi. Wydawało mi się, że jest tam wszystko, co potrzebne do dobrego scenariusza filmu fabularnego. Konkretni ludzie, którzy mają jakiś cel i wbrew rozmaitym przeciwnościom do niego zmierzają. A w grze jest ogromna stawka, bo okazuje się, że jest nią de facto: życie albo śmierć. Niesamowite było też to, że trójka chłopaków z technikum gdzieś z Bogucic i Mikołowa praktycznie bez jakichkolwiek kontaktów i wsparcia nagrywa w pokoju w bloku na najprostszym sprzęcie genialną płytę, która staje się głosem pokolenia. Sprzedaje się w nakładzie setek tysięcy egzemplarzy, ale tak się jakoś dzieje, ze chłopców zupełnie omija sukces finansowy.

A potem dzieje się ta straszna tragedia. Zrozumiałem, że ci chłopcy wiedzą coś, o czym nie mają pojęcia moi koledzy artyści z Warszawy. I to było odkrycie, że rzeczy naprawdę istotne dzieją się tam - na wielkich osiedlach i w małych miasteczkach. Od razu zrozumiałem, że muszę do tych ludzi dotrzeć i zagłębić się mocno w temat. Że bez ogarnięcia tego świata w całości nie mam co zabierać się za tę historię. Podstawowe zagrożenie wiązało się z sytuacją samobójczej śmierci głównego bohatera, czyli Magika. Wiedziałem, że w samym temacie tkwi pokusa oparcia głównego wątku filmu na tej właśnie historii. I tu, oczywiste, narzucają się analogie z tragicznie zmarłymi idolami. Za wszelką cenę chciałem uciec od tego. Tym bardziej że zdawałem sobie sprawę, że przyczyną problemów tego chłopaka i być może pośrednią przyczyną jego śmierci były, w ogromnym uproszczeniu, media. Albo współczesna świadomość kształtowana przez media. W jakimś sensie byłby to film o karierze. Kariera to jest zawsze coś fascynującego, to taki przejrzysty cel i widzowi zawsze łatwo się z tym utożsamić. Wiedziałem też, że obecnie świadectwem sukcesu jest bycie dostrzeżonym przez media. Nie jestem aktorem albo muzykiem, póki media o mnie nie napisały. Nie zostałem wielkim reżyserem, póki media tego nie zauważyły, nie jestem fajnym, modnym kolesiem, jeśli nie zostałem przez kogoś sfotografowany na ulicy.

I od grudnia 2001 r. zaczynasz przymiarki do pisania scenariusza.

- Kupuję płytę w sklepie. Słucham, uświadamiam sobie, że niektóre kawałki słyszałem w Radiostacji. Prędko zorientowałem się, że to nie są jakieś "historyjki spod trzepaka". Tam jest i dogłębna analiza rzeczywistości, i bardzo osobiste wyznanie. Na płycie znalazłem numer telefonu menedżera grupy - Robaka, chłopaka z Częstochowy. Postanowiłem przygotować jakąś propozycję. Więc dosłownie w jedną noc na kilku stronach zapisałem pomysł.



W ten projekt wsiąkasz na kilka lat.

- Przez dwa lata, jak miałem kilka dni wolnego, natychmiast się pakowałem i wyjeżdżałem na Śląsk. W pewnym momencie po prostu zacząłem uczestniczyć w życiu chłopaków i zacząłem się z nimi, siłą rzeczy, przyjaźnić. Obserwując tę rzeczywistość, dowiedziałem się co najmniej tyle samo, a może i więcej, ile podczas rozmów z chłopakami. Bywało też i tak, że nagle ni stąd ni zowąd przychodziły wspomnienia i sami z siebie zaczynali opowiadać o sytuacjach, które wydarzyły się w trakcie pracy nad pierwszą płytą zespołu, w czasach, kiedy Magik jeszcze żył. Równolegle cały czas usiłowałem zainteresować tym różnych producentów. Poszedłem najpierw do Macieja Karpińskiego. Próbowałem coś załatwić takim nieco prywatnym kanałem.

Wykorzystując to, że miałeś dobry dyplom po szkole scenariuszowej?

- Tak, szczególnie pod koniec studiów byłem lubiany przez profesorów. Pomyślałem, że poproszę o radę swojego mentora, który jednocześnie pracował w Agencji Filmowej TVP. Może się tym zainteresuje, a może Agencja Filmowa? Zacząłem opowiadać, że znalazłem bohatera naszych czasów, Mateusza Birkuta przełomu wieków, że oto mam historię, która streszcza w sobie to, co jest najistotniejsze dla pokolenia równolatków "Solidarności", pokolenia, które wkroczyło w dorosłość na przełomie wieków, że mam też historię o karierze, czyli to, na co wszyscy są teraz w młodym kapitalizmie najbardziej nakręceni. W dodatku mam przyzwolenie protoplastów swoich bohaterów, a to są osoby publiczne, znane wszystkim - budowałem napięcie - chodzi o zespół Paktofonika. Czekałem na zachwyt w oczach pana Karpińskiego. A pan Karpiński zadumał się, podrapał się w głowę i powiedział: "Paktofonika? Może tak, a może nie, może tak a może nie. Wie pan, ja nie słyszałem". Odpowiedział mi cytatem z Magika, bezwiednie, jak przypuszczam. I tak się mniej więcej skończyła ta rozmowa.

Dalej nie było lepiej.

- Szukałem producenta, ale szukałem też reżysera, bo zdawałem sobie sprawę ze specyfiki tematu. Ryzyko było takie, że będą chcieli wykorzystać tę historię, wycisnąć jak cytrynę. Słyszałem na przykład teksty: "Nie przesadzajmy, to są osoby publiczne, ich nie dotyczy ochrona wizerunku" albo "Nie będzie problemów, mamy dobrych prawników, oni to załatwią". A mnie zależało na tym, żeby podejść do tego na poważnie. Uważałem, że historia Magika i chłopaków z Paktofoniki zawiera w sobie i streszcza wszystkie niepokoje, aspiracje, pragnienia, dążenia współczesnych młodych ludzi, po części i mojego pokolenia, że to są historie związane i z czasem, i z miejscem, ale też uniwersalne.



Pewien znany reżyser po lekturze scenariusza powiedział mi, że za mało tam jest punk rocka: "No wiesz, na przykład punkrockową sceną byłaby taka jakby, wiesz, oni we trójkę zerżnęli jakąś laskę". Opadły mi ręce. Ale była też inna skrajność. Często słyszałem takie opinie: "Skoro z takim respektem i szacunkiem musimy tu podchodzić do tych chłopaków, to po co się mamy z nimi cackać, po prostu oderwijmy się od historii Paktofoniki i stwórzmy zespół z castingu, wtedy nie będzie problemów z prawami, nie będziemy mieli kłopotów ani wyrzutów sumienia". No i cóż, wzruszałem ramionami, ta historia nie miałaby wtedy w sobie tego ciężaru i potencjału, co historia oparta na faktach.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 7 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':