http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Pakistan płaci za zimną wojnę

Wojciech Jagielski
2008-12-13, ostatnia aktualizacja 2008-12-12 18:48

Zerwawszy z rycerzami świętej wojny, pakistańskie władze straciły nad nimi kontrolę. A wychowankowie okazali są wystarczająco silni, by śmiertelnie zagrozić dawnym opiekunom


Fot. Alain DeJean/Sygma/CORBIS Alain Dejean
Nie mają państwa, terytorium czy choćby rządu, a mimo to próbują obalić światowe porządki. Francuski uczony Olivier Roy nazywa ich "błędnymi rycerzami świętej wojny". Pod koniec listopada zaledwie w dziesięciu zaatakowali Bombaj i przez trzy dni trzymali w garści kilkunastomilionowe miasto. Omal nie wywołali kontynentalnej wojny atomowej.

Sprowokować Indie

Ruszyli do ataku w biały dzień. Tak jak arabscy zamachowcy, którzy siedem lat temu uprowadzili samoloty, by roztrzaskać nimi wieże WTC w Nowym Jorku i budynki Pentagonu i Białego Domu w Waszyngtonie. Tym razem terroryści nie porywali samolotów, nie podkładali bomb ani nie wysadzali się w powietrze. Uzbrojeni w karabiny maszynowe, bazooki i granaty, podzieleni na pięć dwuosobowych drużyn, zaatakowali zatłoczony dworzec kolejowy i dwa najsławniejsze w mieście hotele. Strzelając na oślep w tłum, mordując z zimną krwią zakładników, napastnicy z Bombaju w ciągu 60 godzin zabili prawie 200 osób, a ponad tysiąc ranili.

Trzeciego dnia, gdy dziewięciu napastników zginęło w strzelaninach, a dziesiąty, ranny, dostał się do niewoli, okazało się, że przybyli do Bombaju z Pakistanu. Ministrowie z Islamabadu przyznają, że obawiali się, iż w odwecie za atak zamachowców na Bombaj Indusi zbombardują Pakistan. Tym bardziej że Amerykanie, nie zważając na protesty Islamabadu, od miesięcy zrzucają bomby na pakistańskie wioski przy granicy z Afganistanem.

Do wybuchu czwartej już wojny między Indiami i Pakistanem znów nie dopuścili - przynajmniej na razie - Amerykanie. Gdyby Pakistańczycy spełnili groźbę i przerzucili stutysięczną armię znad granicy z Afganistanem na granicę z Indiami, afgańsko-pakistańskie pogranicze przeszłoby pod władanie talibów, a Ameryka i cały Zachód przegrałyby z kretesem afgańską wojnę.

"Tym, którzy zaatakowali Bombaj, właśnie o to chodziło - przekonywał przestraszony pakistański prezydent Asif Ali Zardari. - To są nasi wspólni wrogowie. Sami nie mają państwa, ale usiłują wywoływać wojny między państwami. Pragną tego, bo chaos to ich żywioł. Chcą obalić światowy porządek. Ulegając im, stajemy się ich zakładnikami. Jeśli nawet wśród tych, którzy napadli na Bombaj, byli Pakistańczycy, nie znaczy to, że napastnikiem jest Pakistan".

Znawca dżihadyzmu pakistański dziennikarz Ahmad Raszid przyznał, że zamachowcom z Bombaju chodziło nie tylko o to, by jeszcze bardziej skłócić Pakistan i Indie. Zmuszając pakistańskie wojsko do wycofania się znad afgańskiej granicy, chcieli przyczynić się do klęski zachodnich wojsk w Afganistanie.

Już raz terrorystyczny atak w Indiach zaszkodził Amerykanom w Afganistanie. Pod koniec 2001 r., gdy amerykańskie wojska wylądowały w Afganistanie i ścigały przywódców talibów i al Kaidy, a pakistańskie wojsko na żądanie USA odcięło im drogę ucieczki przez granicę, zamachowcy zaatakowali gmach parlamentu w Delhi. Rozsierdzony indyjski rząd posłał nad granicę z Pakistanem milionową armię. Zaniepokojeni Pakistańczycy wycofali wojsko z afgańskiej granicy, przez którą natychmiast przeprawili się komendanci talibów i al Kaidy z mułłą Omarem i Osamą ben Ladenem na czele.

Tym razem atak na Bombaj i nowy konflikt między Pakistanem i Indiami miał udaremnić plan amerykańskiego prezydenta, który chciał pogodzić Indusów z Pakistańczykami, żeby Islamabad mógł spokojnie wesprzeć wojska USA. Bez tej pomocy Amerykanie nie tylko nigdy nie wygrają wojny w Afganistanie, ale staną w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa. Sporządzony dla prezydenta raport ostrzegał, że w światowym systemie bezpieczeństwa Pakistan jest najsłabszym ogniwem i że w ciągu najbliższych pięciu lat to właśnie z jego terytorium przypuszczą nowy atak zamachowcy wyposażeni tym razem w bombę atomową lub biologiczną.

USA uzbroiły dżihadystów

"Ilekroć gdzieś w świecie dojdzie do zamachu, zaraz okazuje się, że napastnikami byli Pakistańczycy albo przynajmniej do zamachu przygotowywali się w Pakistanie" - stwierdził przed rokiem ówczesny wojskowy prezydent kraju gen. Perwez Muszarraf. A obecny przywódca państwa Asif Ali Zardari w artykule dla "New York Timesa" napisał: "Ci zamachowcy nie biorą się u nas ot tak, znikąd. Są gorzką nagrodą za naszą wierną pomoc Zachodowi w czasach zimnej wojny".

"To demokratyczny Zachód, walcząc z komunistycznym Wschodem, sięgnął po muzułmańską świętą wojnę. Wtedy to zadziałało, odnieśliśmy wspólne zwycięstwo - pisał Zardari. - Wspieraliśmy najgorszych fanatyków, bo uznaliśmy, że tylko tacy mogą naprawdę zaszkodzić imperium Związku Radzieckiego. Nie pomyśleliśmy, że po końcu zimnej wojny ci fanatyczni watażkowie sami nie znikną. I Pakistan płaci dziś za to najwyższą cenę".

W latach 80. i 90. przez pootwierane na afgańsko-pakistańskim pograniczu obozy szkoleniowe dla wojowników świętej wojny, a także przez Afganistan, jej najważniejsze pole bitewne, przeszło pół miliona mieszkańców Pakistanu i ponad sto tysięcy muzułmańskich ochotników z Osamą ben Ladenem na czele.

Pieniądze na wojnę z bezbożnymi komunistami w Afganistanie dawali bogaci szejkowie znad Zatoki Perskiej, którzy chcieli się przysłużyć świętej sprawie, nie narażając własnego życia. Amerykanie zapewniali świętej armii broń. W latach 80. dostarczono w tym celu do Afganistanu ponad 3 mln nowoczesnych karabinów maszynowych. Pakistan dawał pospolitemu ruszeniu schronienie i rozdzielał broń i pieniądze oraz szkolił adeptów dzihadu. Im bardziej zajadły, fanatyczny i nieprzejednany okazywał się partyzancki komendant, tym większą otrzymywał pomoc. Spośród afgańskich dowódców największymi beneficjantami byli Gulbuddin Hekmatiar i Dżalaluddin Hakkani, których prezydent Ronald Reagan przyrównywał do ojców-założycieli Stanów Zjednoczonych, a którzy dziś, w przymierzu z talibami i al Kaidą, kierują wojną przeciwko zachodnim wojskom w Afganistanie.

Po wygranej wojnie ze Wschodem, upojeni zwycięstwem i przekonani o swojej potędze bezrobotni przywódcy muzułmańskich ochotników postanowili pokonać Zachód. Pakistański Peszawar stał się dla tysięcy muzułmańskich zabijaków partyzancką akademią, stolicą i bezpieczną bazą. Taką właśnie nazwę, Baza (al Kaida), nadał założonej tu przez siebie organizacji Osama ben Laden. Początkowo była ona biurem werbunkowym, centrum koordynacyjnym, kasą zapomogowo-pożyczkową ochotników na świętą wojnę. Z czasem al Kaida przekształciła się w terrorystyczną międzynarodówkę, która rzuciła wyzwanie światowemu porządkowi i jej żandarmowi - Ameryce.

Po latach Olivier Roy, znawca Afganistanu i islamu, zapytał Zbigniewa Brzezińskiego, ówczesnego doradcę amerykańskiego prezydenta Jimmy'ego Cartera do spraw bezpieczeństwa narodowego, czy muzułmańscy fanatycy z Afganistanu nie stali się przypadkiem ubocznym skutkiem świętej wojny z komunizmem. "Co było ważniejsze z punktu widzenia dziejów świata? - odparł pytaniem Brzeziński. - Upadek komunistycznego imperium Związku Radzieckiego, wyzwolenie Europy i koniec globalnej zimnej wojny czy pojawienie się garstki muzułmańskich fanatyków?".

Gdy jesienią 2002 r. zapytałem go o to samo, powtórzył te słowa: "Proszę sobie wyobrazić, jak niebezpieczny byłby dziś świat, gdyby wciąż istniał wrogi Zachodowi Związek Radziecki i wspierał jak dawniej wszelkiej maści terrorystów".

Zakładnicy sprawy Kaszmiru

Działający na potrzeby globalnej polityki dżihad stał się sztandarem pakistańskiej polityki. Generałowie z Rawalpindi, którzy zdominowali scenę polityczną w Islamabadzie, nawet po zakończeniu afgańskiej wojny chętnie odwoływali się do świętej wojny i wspierali jej błędnych rycerzy.

Pomagali afgańskim talibom, by mieć w Kabulu przyjazny sobie rząd. Popierając religijnych radykałów u siebie w kraju, generałowie pomniejszali znaczenie tradycyjnych i świeckich Partii Ludowej klanu Bhutto oraz Ligi Muzułmańskiej. Przychylnie patrzyli, jak mułłowie z wioskowych meczetów odbierają władzę plemiennym wodzom Beludżów i Pasztunów, którzy wciąż podnosili bunty i grozili secesją.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':