Po spokojnej nocy w piątek w stolicy Grecji znów dochodziło do zamieszek. Pod siedzibą parlamentu stuosobowa grupka, która odłączyła się od czterotysięcznej pokojowej demonstracji, obrzuciła koktajlami Mołotowa policję. Funkcjonariusze użyli gazów łzawiących.
W Atenach studenci okupowali przez pół godziny najstarszą prywatną rozgłośnię Flash Radio. Podczas pokojowego "przejęcia" redakcji wygłosili antyrządowe oświadczenie i puszczali muzykę. Korzystając z rozprężenia strajk płacowy ogłosiło ministerstwo kultury - przez tydzień z powodu protestu będzie zamknięte muzeum na Akropolu.
Policja aresztowała jak dotąd sto osób podejrzanych o wszczynanie zamieszek. 70 osób odniosło rany.
Z gniewu Greków na zabicie przez policję 15-letniego anarchisty, co stało się impulsem do trwających od soboty wieczór zamieszek, skorzystali wczoraj greccy kibole. Cegły i butelki z benzyną poleciały na budynek sądu, w którym skazano na długie kary więzienia sprawców śmierci 25-latka - ofiary zeszłorocznej bitwy między chuliganami Panathinaikosu Ateny i Olympiakosu Pireus.
Eksperci z całej Europy zastanawiają się, czy "grecka choroba" się rozprzestrzeni. Zdaniem wielu analityków połączenie skutków kryzysu gospodarczego z zaniedbaniami reform i wysokim bezrobociem wśród młodzieży jest mieszanką wybuchową, która może eksplodować w Hiszpanii, we Francji czy Włoszech.