Bundestag głosami chadeków, socjaldemokratów i liberałów zgodził się na utworzenie fundacji Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie. Fundacja, która będzie podlegać pod renomowane berlińskie Muzeum Historii Niemiec, przygotuje w przyszłości w "widocznym znaku" ekspozycję poświęconą wypędzeniom.
To ostatni formalny wymóg do upamiętnienia niemieckich wypędzonych i finisz trwającego 10 lat sporu. Rozpoczęła go szefowa Związku Wypędzonych
Erika Steinbach, inicjując projekt budowy Centrum przeciw Wypędzeniom w Berlinie. Centrum budowane przez środowisko wypędzonych miałoby dokumentować deportacje Niemców. Pomysł zwalczały niemiecka lewica i Warszawa, bojąc się, że wypędzeni będą się przedstawiać jako wyłączne ofiary wojny. W 2005 r., by wyciszyć spór, sprawę wziął w swoje ręce niemiecki rząd. Kanclerz
Angela Merkel obiecała, że "widoczny znak" nie będzie relatywizować historii, a wypędzenia pokaże jako konsekwencję wojny rozpętanej przez III Rzeszę. Polska w stosunku do "widocznego znaku" zachowuje życzliwą neutralność.
O muzeum wiadomo tyle, że znajdzie się na parterze Deutschlandhaus - biurowca położonego na skraju berlińskiego śródmieścia. Remont budynku pochłonie 29 mln euro, a roczny
budżet placówki wyniesie ponad milion. Całością ma zarządzać rada nadzorcza, w której skład wejdą przedstawiciele m.in. niemieckich landów i trzech reprezentantów Związku Wypędzonych. Wśród nich - jak anonimowo zapewniają od dłuższego czasu - ma nie być kontrowersyjnej przewodniczącej związku Eriki Steinbach, choć została na tę funkcję przez związek delegowana. Sama zainteresowana nie wypowiada się w tej sprawie, a decyzji o obsadzie gremium jeszcze nie podjęto.