Idzie naprzeciw mnie niby żołnierz w pełnym rynsztunku wojennym: zdecydowanie kroczy po wyobrażonej prostej linii, na plecach ma plecak, uszy zakorkowane iPodem. W okularach słonecznych na nosie odrzuca jakąkolwiek możliwość paktu ze spojrzeniami innych. Własne ciało wykorzystuje niczym niewidoczny pług, oczyszcza przestrzeń przed sobą, jakby to był śnieg. I ja potulnie usuwam się na bok. W przestrzeni publicznej ludzie coraz częściej używają swoich ciał jak pługów. Ja jestem tą, która zawsze schodzi na bok.
Kiedy w sklepie czekam w kolejce, w moje ucho wwierca się niczym nagły ból głośny śpiew muezzina. Odwracam się i widzę młodą kobietkę w długiej sukience dżinsowej. Na nogach ma japonki ze świetlistymi plastikowymi ozdobami, na głowie hijab. Wyjmuje z torebki komórkę i coś tam przy niej majdruje. Może komórka przypomina jej, że już czas na modlitwę, myślę ugodowo, a moje ucho się uspokaja. I wtedy znów ten ostry dźwięk. Młoda Chinka skrzeczy coś w swoim języku do komórki. Głosy młodych Chinek i głosy młodych Marokańczyków łączy ta sama dynamika, myślę sobie. I natychmiast zawstydzona wymazuję tę myśl. Przyznaję, to moje ucho jest winne, uformowało się w środowisku, gdzie wysokie C nigdy nie było w cenie. Tak, moje ucho jest wstrętnym szowinistą.
Zauważyłam, że rowerzyści coraz częściej śpiewają na ulicach. Kręcą pedałami i wydają z siebie głos. Te śpiewy to świeża sprawa, publiczne manifestowanie rozluźnienia, jawne zdobywanie personalnej wolności w przestrzeni publicznej. Moje ucho jest nerwowe, niezaadaptowane i ma tendencje dyskryminacyjne, moje ucho jest wstrętnym control freak.
Kiedy w kawiarence z widokiem na jezioro czekam na kawę, moje spojrzenie zahacza o parę siedzącą przy sąsiednim stole. Młoda kobieta z długimi blond włosami rozluźniona położyła gołe nogi na stole, dokładnie obok talerza z zupą. Młody mężczyzna jedną ręką delikatnie masuje palce stóp kobiety, a drugą kończy rytuał jedzenia zupy. Kobieta chichocze i próbuje palcem przewrócić jego talerz. Spojrzenie na te gołe nogi kobiety na stole wywołuje u mnie lekkie mdłości. Moje oko jest wyjątkowe, wciąż coś ocenia, raz to mu nie pasuje, raz tamto. Sceny ze stołem naprzeciwko nie mogę wyłączyć niewidocznym pilotem, a marzę o tym. Dlatego wstaję i porażona wychodzę.
Windy, które prowadzą na perony stacji metra - z których głównie korzystają matki z dziećmi w wózkach, starsze osoby i rowerzyści z rowerami - zawsze są skażone uryną i plwocinami. Mężczyźni wykorzystują windy jako publiczne szalety i spluwaczki. I kiedy wjeżdżam z poziomu ulicy na peron, zakrywam nos rękami albo szalem. Smród jest nieznośny. Przyznaję, mój nos jest winien, mój nos jest przeklętym elitarystą.
Kiedy już dopadną wolnego siedzenia w tramwaju, młode kobiety coraz częściej wyjmują swoje kosmetyczki i robią sobie codzienny makijaż. Wszystko jest pod ręką: ołówek do robienia kresek nad okiem, mascara do rzęs, cążki i lakier do paznokci. Dlaczego młode kobiety wybierają właśnie tramwaje, żeby się malować? Skoro już muszą, czemu nie malują się w publicznej toalecie albo na ławce w parku?
Stoję na ulicy i jakiś rowerzysta ciska karton po pizzy w kierunku nieistniejącego kosza na śmieci. Karton po pizzy mija się z moją głową o jakieś dziesięć centymetrów. Hej! - krzyczę, jednak nie ma możliwości pertraktacji. Typ na rowerze szybko znika z mojego pola widzenia.
W moim sąsiedztwie jest świątynia boża. Świątynia jest najwyraźniej zbyt ciasna, albowiem gdy jest ładna pogoda, wierni wychodzą na zewnątrz i klękają z głowami skierowanymi na wschód, a tyłkami na zachód. W czasie gdy wierni się modlą, nie można przejść ulicą, która jest przeznaczona dla wszystkich, i wiernych, i bezbożników. W sąsiedztwie świątyni sterczy znak drogowy. Na znaku widać przekreślonego psa. Mój przyjaciel ma psa. Samozwańczy policjanci wiary ostrzegli go już kilka razy, że przechodzenie psów obok świątyni jest zabronione. Nawiasem mówiąc, wokół świątyni jest bardzo brudno, bo dzieci, które ją odwiedzają, zostawiają na ulicy śmieci, puszki po napojach bezalkoholowych, opakowania po chrupkach. Najwyraźniej Bogu nie przeszkadzają śmieci, tylko psy.
Wsiadam do taksówki. Taksówkarz jest muzułmaninem, który prowadząc, odmawia modlitwę. W ręce trzyma małą książeczkę do nabożeństwa i wciąż powtarza swoją mantrę. Czasem przerywa modlitwę, kiedy trzeba zahamować albo spojrzeć na semafor. Monotonne powtarzanie razi moje bezbożne ucho, ale godnie znoszę sytuację, w której się znalazłam. Wysiadając z taksówki, daję taksówkarzowi banknot, bo nie mam drobnych.
- Ile dasz mi napiwku? - pyta.
Zauważam, że barwa jego głosu nagle się zmieniała. Tamto pokorne mruczenie było przeznaczone Bogu, a grożący ton - mnie. Banknot jest już w jego ręce, nie ma szansy na pertraktacje, mógłby wcisnąć gaz i zgarnąć wszystko. Dlatego zgadzam się na duży napiwek, by ocalić chociaż jakąś resztę.
Przestrzeń publiczna, która zawsze była sferą czy to zapisanych, czy to domniemanych zasad zachowania, dzisiaj w wielu europejskich miastach staje się przestrzenią wolności osobistej, ale też walki wedle zasady silniejsi górą. Staroświecki bon ton już nie obowiązuje, tabliczki z napisem: "Wzbronione plucie na podłogę", które śmieszyły swoją absurdalną treścią, dawno już zniknęły. W efekcie dzisiaj wielu pluje, zaznacza swoją przestrzeń śliną, moczem, ciałem, głosem, jakby nikt już nie chciał pozostać niezauważonym. W tramwajach i autobusach siedzące miejsca okupują na ogół nastolatki, chłopcy. Starsze osoby pokornie stoją. Przestrzeń publiczna stałą się przestrzenią egzorcyzmowania ukrytego sadomasochizmu. Silniejsi przeforsowują swoje prawa, słabsi milczą.
Przed moim sklepem już od miesięcy stoi antypatyczny trzydziestolatek z gitarą i szarpie struny. Typ zupełnie nie ma słuchu, najwyraźniej nie umie grać na gitarze, więc po prostu szarpie struny. Tym rzępoleniem zwraca ludziom uwagę na swoją obecność i domaga się, by wrzucili monetę do jego kapelusza.
Niektórzy mieszkańcy mojego bloku zabawiają się, wyrzucając jedzenie przez okno na ulicę. W ten sposób karmią ptaki. Ptaki, głównie rybitwy i gołębie, w przelocie znaczą odchodami szyby naszych okien. To, czego nie zjedzą ptaki, dokańczają szczury. Szczury bez przeszkód korzystają z przestrzeni publicznej, zwłaszcza nocą. Bojownicy o prawa zwierząt triumfują.
Zauważyłam, że coraz rzadziej wychodzę z domu. W drzwiach zainstalowałam trzy zamki. W oknach zaciągam zasłony, moje mieszkanie z wolna zamienia się w bunkier. Zauważam też, że nie kocham już bliźniego swego. Kochanie bliźniego swego wymaga nadludzkiego wysiłku. To miłość bez wzajemności, a ja jestem tylko zwykłym i słabym osobnikiem rodzaju ludzkiego. To zresztą Bóg odpowiada za ten resort, on stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo, więc niech on go kocha.
Jakiś bloger oskarżył mnie niedawno, że w swoich esejach stosuję technikę przerysowania. Być może. Moje przerysowywanie to tylko inne oblicze troski o przyszłość. I dlatego całkiem możliwe, że już za kilkanaście lat ten zapis będzie czytany jako zupełnie niezrozumiały obrazek z codzienności miejskiej. Przyszli czytelnicy nie zrozumieją określenia "przestrzeń publiczna" i nie będzie dla nich jasne, co pisarz chciał tak naprawdę powiedzieć. Przyznaję, że w tym momencie ja też tego nie wiem.
Myślę o Michaelu. Michael jest szanowanym profesorem uniwersyteckim, sześćdziesięciolatkiem, który pokonując każdego dnia dystans między domem a uczelnią, zbiera puste butelki i puszki. Wszystko przynosi na wydział i składa w swoim gabinecie. Kiedy wraca do domu, targa to, co już zebrał, i po drodze znów zbiera śmieci. Tyle, ile może unieść. Puste butelki segreguje na stosy, szklane osobno, plastikowe osobno, puszki osobno. Tak uporządkowane zostawia na swojej werandzie. Nocą, kiedy wszyscy już zasną, ludzkie cienie kręcą się wokół werandy Michaela. To młodzi Portorykańczycy, mówi Michael, zabierają śmieci i sprzedają je gdzieś, by zarobić jakiś grosz.
Tłumaczyła Dorota Jovanka Ćirlić
*Dubravka Ugresic ur. 1949, powieściopisarka, autorka esejów, sztuk teatralnych, scenariuszy filmowych i książek dla dzieci. Mieszka w Holandii. W Polsce ukazały się m.in. jej powieści: „Forsowanie powieści rzeki”, „Stefcia Ćwiek w szponach życia”, „Ministerstwo bólu”, eseje „Kultura kłamstwa, „Czytanie wzbronione” i „Nikogo nie ma w domu”.
www.dubravkaugresic.com
wyimek:
Przyszli czytelnicy nie zrozumieją określenia "przestrzeń publiczna" i nie będzie dla nich jasne, co pisarz chciał tak naprawdę powiedzieć.
Źródło: Gazeta Wyborcza