Wysoki Sądzie, staję przed Sądem Rzeczypospolitej jako oskarżony po raz pierwszy, staję obciążony przez prokuraturę IPN ciężkimi zarzutami. Ma to być zbrodnia komunistyczna zagrożona 8 latami więzienia, zbrodnia polegająca na działaniu w zbrojnym związku, mającym na celu popełnianie przestępstw, zwłaszcza likwidację pokojowego ruchu społecznego "Solidarność" oraz udział w przygotowaniach do wprowadzenia stanu wojennego.
Zapoznałem się z aktem oskarżenia, aktami sprawy zapisanymi w 64 tomach, z licznymi dokumentami i publikacjami historycznymi. Mimo ograniczeń zdrowotnych, wbrew metrykalnej logice, ale pod wpływem prokuratorskich oskarżeń pobudzona pamięć przywraca obraz zapomnianych wcześniej, minionych zdarzeń.
To wszystko, a więc zarzuty w porównaniu z bogatą już dokumentacją okresu, w którym usytuowane jest oskarżenie, w tym i dokumentacją moich działań budzi zasadniczy sprzeciw.
Oświadczam więc:
- nie przyznaję się do winy, bo nie popełniłem zarzucanych mi przestępczych czynów, uznaję to wszystko za bezpodstawne,
- stanowczo zaprzeczam zarzutom o moim udziale w zbrojnym związku, mającym na celu popełnianie przestępstw,
- nie stawiałem sobie - jak zarzuca mi prokurator - celu likwidacji pokojowego ruchu związanego głównie z "Solidarnością".
W całym okresie pamiętnego "gorącego lata" 1980 spełniałem znaczącą rolę w rozwiązaniu największego z konfliktów społecznych w Polsce Ludowej, w zawarciu Porozumień Sierpniowych i w tworzeniu warunków dla powstania "Solidarności". Kierowałem powołanym w tym celu 16 sierpnia 1980r. przez Biuro Polityczne Komitetu Centralnego PZPR zespołem przedstawicieli najwyższych władz partyjnych, rządu, resortów siłowych i organizacji społecznych. Powierzono mi wówczas koordynację działań w tej dziedzinie w skali państwa. Moje możliwości w tych sprawach były rzeczywiście niemałe. Stąd też wyrastała i odpowiedzialność za wszystko co wówczas się działo.
Do mojego dorobku w roli I sekretarza PZPR zapisane są dokonania na rzecz wielkiego otwarcia Polski i rządzącej PZPR na demokratyczne i reformatorskie przemiany, na szeroki zakres swobód obywatelskich, rozwiązywanie konfliktów społecznych środkami politycznymi, a także ochronę Polski przed grozą zbrojnej interwencji sąsiadów.
Nigdy nie ukrywałem faktu, że byłem za podjęciem prac przygotowawczych w sprawie stanu wojennego. Były one prowadzone za moją wiedzą i zgodą, czy nawet pewnymi inicjatywami. Nie wynikało to jednak z zamiaru wprowadzenia stanu wojennego. Takiego zamiaru nie było. Liczyliśmy się jednak z wystąpieniem takiej konieczności, z taką ewentualnością. Z całą determinacją czyniłem jednak wszystko by stanu wojennego nie wprowadzać, by nie było ku temu powodów i pochopności w rozważaniu takiej operacji. Nie było to ani oczywiste ani proste. Takie przygotowania za sprawą okoliczności, zgodnie z prawem (art. 16 kk) nie noszą znamion bezprawności.
Wysoki Sądzie,
moją powinnością, ale zarazem i prawem jest odnieść się w swoich wyjaśnieniach przede wszystkim do głównego zarzutu oskarżenia, nawiązującego do artykułu 258 §2 kodeksu karnego - zarzutu o udziale w zbrojnym związku, który miał na celu popełnianie przestępstw. Sądzę jednak, ze nie tylko do tego. Występuje bowiem w prokuratorskich ocenach wyraźny dysonans.
Trudno nie zauważyć, że ten proces w szerokiej opinii jest przede wszystkim osądem sprawy i ludzi stanu wojennego. Nie jest to jednak wynik fałszywego odbioru informacji o postępowaniu karnym. W pierwszych pismach informujących o postawieniu mnie w stan podejrzenia prokurator zaznaczał, że dotyczy to bezprawnego wprowadzenia stanu wojennego. Taki był też sens publicznych wypowiedzi przedstawicieli IPN i publicystyki. Prawie cały materiał dowodowy zgromadzony dla potrzeb procesu w kilkudziesięciu tomach odnosi się również do stanu wojennego.
I wreszcie sam akt oskarżenia. Obok wątków związanych z głównym zarzutem, zarzutem udziału w zbrojnym związku, szeroko opisuje okoliczności przygotowań i wprowadzenia stanu wojennego, konflikty władzy i "Solidarności" oraz oceny zewnętrznych zagrożeń Polski.
Dominuje w tych opisach tonacja oskarżeń kierownictwa rządzącej PZPR i władz państwowych. Poczuwam się do roli adresata tych ocen, ze względu na moją ówczesną pozycję w kraju.
Cechą tych oskarżeń jest to, że nie są one "uzbrojone" w artykuły kodeksu karnego, ale takie możliwości nie są wykluczone. W sumie te "nieuzbrojone" oskarżenia tworzą dziś fałszywy obraz sytuacji, obraz okoliczności działań i władzy i opozycji. Władza jawi się jako sprawca wszelkiego zła, a jedynym źródłem dobra jest opozycja na czele z "Solidarnością". Nie ma tam żadnych zagrożeń dla Polski, wewnętrznych czy też zagrożeń związanych z interwencją zbrojną i presją Związku Radzieckiego na siłowe rozwiązanie przez władze polskich konfliktów.
Są więc dostateczne powody, aby odnosić swoje wyjaśnienia nie tylko do oskarżeń wyrażonych językiem artykułów kodeksu karnego, ale też i tych, które są czytelne, ale "nieuzbrojone" w te artykuły. Każde oskarżenie rodzi przecież nie tylko zapotrzebowanie na obronę, ale uruchamia prawo oskarżonego do obrony.
Z takiego prawa i ja chcę skorzystać.
Wysoki Sądzie,
zarzut tworzenia i mojego udziału w zbrojnym związku przestępczym poraża swoją absurdalnością i wymową moralną. Prokurator wyprowadza tę konstrukcję nie z faktów, nie z sygnałów poszlakowych, lecz z samych hipotez.
W akcie oskarżenia (str. 131) czytamy lakoniczne stwierdzenie, że: "w okresie od 27 marca 1981r. do 31 grudnia 1982r. w strukturach władzy Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej i Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej wyodrębnił się związek osób, na którego czele stał Wojciech Jaruzelski". Do tego związku zostałem zaliczony i ja. Zakwalifikowano to jako związek zbrojny, którego celem była likwidacja pokojowego ruchu społecznego, związanego głównie z NSZZ "Solidarność". Pisze się dalej, że członkowie związku podjęli działania na rzecz przygotowania do wprowadzenia stanu wojennego.
Pragnę w nawiązaniu do oświadczenia na początku wystąpienia potwierdzić, że podjęcie prac dla przygotowania stanu wojennego nie wiązało się ani z zamiarem przeprowadzenia takiej operacji ani zamiarem likwidacji "Solidarności".
Zapisy w prawie karnym o grupach i związkach przestępczych wyrastały - jak wiadomo - z potrzeb skutecznego zwalczania zorganizowanej przestępczości kryminalnej oraz gospodarczej i mają służyć walce z bandytyzmem, terrorem, gangami, układami aferowymi czy mafijnymi.
Zastanawiam się jakież było logiczne uzasadnienie, którym posłużył się prokurator IPN kierując wobec mnie i innych osób zarzut udziału w zbrojnym związku przestępczym.
Muszę niestety podjąć się odpowiedzi na ten zarzut choć już samo wyjaśnianie uwłacza godności. Muszę, bo taki jest akt oskarżenia, bo milczenie też byłoby odpowiedzią i to o niejednoznacznej wymowie.
Za sprawą orzecznictwa sądowego i publikacji ludzi prawa, którzy kształtują jego doktrynę określony został zespół znamion, które pozwalają rozpoznać związek zbrojny tworzony w celu popełniania przestępstw (art. 258 §2 kk).
Bardzo klarownie określił pogląd w tej sprawie w swoim wyroku z dnia 14 października 1999r. Sąd Apelacyjny w Katowicach. Czytamy tam: "Jak się powszechnie przyjmuje cechami związku są: trwała forma organizacyjna, określona dyscyplina członków związana z sankcjami na wypadek niewykonania poleceń oraz oznaczone kierownictwo. Istotną w tym zakresie rzeczą jest wykazanie również, czy w związku takim przewidziane były rygory organizacyjne, których nie wolno utożsamiać jedynie z dobrowolnym podporządkowaniem się innej, wynikającej z porozumienia osobie, a traktować należy jako zobowiązanie do wypełniania poleceń z określonymi konsekwencjami odmowy w tym zakresie".
Małgorzata Bryła zwraca uwagę w swojej publikacji pt. "Porozumienia, zorganizowana grupa przestępcza, związek przestępczy jako formy organizacyjne przestępczości zorganizowanej', że "Celem związku przestępczego może być popełnienie konkretnego, ściśle określonego przestępstwa - spisek, albo prowadzenie różnej działalności przestępczej - banda".
"Trzeba też podkreślić - orzeka Sąd Najwyższy w wyroku z dnia 2 lutego 2005r. - że nawet współdziałanie kilku osób w popełnieniu czynu zabronionego nie decyduje jeszcze o istnieniu przesłanek uzasadniających przypisanie im udziału w grupie przestępczej. Niezbędne jest bowiem wykazanie w oparciu o przeprowadzone dowody, iż w konkretnym stanie faktycznym rzeczywiście występują wszystkie okoliczności pozwalające na przypisanie udziału w zorganizowanej grupie przestępczej."
Jest oczywiste, że ta zasada nie może nie obowiązywać w stosunku do zbrojnego związku przestępczego. Liczy się w kwalifikowaniu cały zespół znamion i cech przestępstwa.
Jawi się więc zbrojny związek przestępczy w orzeczeniach sądowych i doktrynie jako zwarta i groźna struktura, trwała, shierarchizowana, zdecydowana na użycie broni, w której obowiązują surowe rygory.
Jak to jest więc z dowodami pozwalającymi na przypisanie mi udziału w zbrojnym związku przestępczym?
Trzeba dojść Wysoki Sądzie do oczywistej konkluzji. Z jednej strony jest monstrualny zarzut prokuratury IPN, a z drugiej - zupełna pustka dowodowa, swoista "czarna dziura".
Akt oskarżenia nie wymienia żadnych dowodów, czy nawet sygnałów poszlakowych. W aktach sprawy zapisanych na prawie 13 tysiącach kart nie zauważyłem ani jednej (podkreślam - ani jednej) odnoszącej się do zarzutu o związku przestępczym.
Prokurator przedstawił w akcie oskarżenia listę 56 świadków, wszyscy zeznają na okoliczności wprowadzenia stanu wojennego, żaden nie podaje faktów w sprawie związku zbrojnego. Można powiedzieć więcej - żaden ze świadków nie był pytany o tę kwestię.
Sąd Apelacyjny w Krakowie w wyroku z dnia 30 listopada 2004r. orzekł, że: "Skazanie za udział w zorganizowanej grupie przestępczej wymaga ustalenia wpierw, że taka grupa w ogóle istniała, jest to warunek tyleż konieczny, co oczywisty".
Ja nie rozumiem dlaczego nie stało się to oczywiste dla moich oskarżycieli. Dlaczego stawiając ciężkie zarzuty o popełnieniu zbrodni zabrakło czasu na refleksję, czy są ku temu jakiekolwiek podstawy?
Jest więc Wysoki Sądzie dostateczne uzasadnienie aby stwierdzić, że zarzut o moim udziale w zbrojnym związku przestępczym i samo istnienie takiej struktury nie jest potwierdzone żadnymi dowodami, mającymi znaczenie dla rozstrzygnięcia sprawy. Wszystkie zarzuty w tej sprawie są więc bezpodstawne.
Rodzi się też pytanie, czy w ogóle możliwe było w ówczesnej rzeczywistości powstanie i działanie takiego związku zbrojnego, w takim składzie osobowym, z takimi zadaniami jak opisuje to akt oskarżenia. Taki związek, w którym I sekretarz PZPR posłusznie miał wykonywać polecenia premiera, oczywiście nie istniał i nie mógł powstać, jest to twór wirtualny.
Funkcją związku zbrojnego - jeśli sprowadzić zapisy aktu oskarżenia do wspólnego mianownika - miał być stan wojenny, jego przygotowanie i wprowadzenie. A przecież prace przygotowawcze trwały przed i po 27 marca 1981r. - dnia uznanego przez prokuratora za początek związku zbrojnego. Brały udział w tych pracach wszystkie osoby zaliczone do zbrojnego związku. A więc co mogło zmienić jego powstanie?
Dominującymi znamionami identyfikującymi związek jest hierarchiczna struktura, rygory i sankcje na wypadek niewykonania poleceń. Gdzież jest przewaga proklamowanego przez prokuratora związku nad stanem rzeczywistym, przewaga uzasadniająca powołanie nowej struktury?
Czy nie dość czytelne były zależności między premierem a ministrami, którzy na wniosek premiera byli powoływani i odwoływani? Czyżby układy podporządkowania generałów pracujących nad sprawami stanu wojennego, generałowi Wojciechowi Jaruzelskiemu nie były skuteczne, czy słowo "rozkaz" budziło wątpliwości o co chodzi. Nie było w środowisku wojskowym bardziej jasno określonych konsekwencji niewykonania poleceń niż te, które zawierają regulaminy sił zbrojnych. Gdzie jest więc miejsce na ten groźny i dziwaczny zarazem - związek zbrojny?
Opisując związek prokurator poświęca mi szczególną uwagę. To oczywiste, że z racji funkcji I sekretarza, nikt - więc i ówczesny premier nie mógł wbrew temu co się sugeruje w akcie oskarżenia być moim zwierzchnikiem, nie mógł mną kierować.
Poszukuje się więc dla mnie miejsca. Byłem podobno "niezbędnym elementem funkcjonowania związku" i odgrywałem "istotną rolę", zapewniałem "koordynację działań". I przewrót wojskowy, który miał być przygotowywany musiał mieć - jak się pisze w akcie oskarżenia (str. 135) - moją decyzję.
Pisze się również o moich możliwościach jako kogoś w rodzaju szefa dyplomacji i roli w utrzymywaniu kontaktów dla potrzeb związku z przywódcami "bloku wschodniego", oraz że zwracałem się do nich o zgodę na nasze decyzje. Jest dość dowodów potwierdzających, że wszystkie moje spotkania zagraniczne były okazją do wymiany informacji a nie zabiegów o zgodę na to co do nas należało.
Wszystko to stanowi nieskończony ciąg niedorzeczności i absurdów.
W aktach sprawy a ściślej - w dokumentach traktujących o myśli przewodniej stanu wojennego i centralnym planie działania organów partyjnych, władzy i administracji państwowej na wypadek stanu wojennego są bardzo wymowne zapisy.
W pierwszym dokumencie (Tom 29, k.5776) już na wstępie redukuje się swobodę wyboru przyczyny i celu wprowadzenia stanu wojennego. Podkreśla się, ze jest to ostateczne - po wyczerpaniu środków politycznych - posunięcie państwa. W drugim dokumencie (Tom 29, k. 5779) w pierwszym punkcie jasno zaznacza się, że decyzję o stanie wojennym podejmuje Biuro Polityczne KC PZPR, Komitet Obrony Kraju i Rada Państwa.
Autorami wspomnianych aktów przygotowawczych, zatwierdzającymi i akceptującymi były osoby, które prokurator uznał za członków związku zbrojnego. A więc wspomniane zapisy oznaczały deklarację osób pełniących odpowiedzialne funkcje w państwie, że nikt inny nie może podjąć decyzji o stanie wojennym tylko wymienione w dokumentach organy konstytucyjne. Nie ma więc tu miejsca na żaden związek zbrojny, na zawłaszczanie uprawnień, które należą do kogo innego.
Powtórzę, że taki związek nie istniał, był i jest tworem fikcyjnym, pojawił się w oskarżeniach jako wirtualne konstrukcja, nie jako wynik analizy faktów, poszukiwania prawdy, ale z odległych od niej politycznych potrzeb.
Akt oskarżenia samo przez się wywołuje pytanie: co robić wobec ciężkich oskarżeń o zbrodnię, z równoczesnym brakiem jakichkolwiek potwierdzających je dowodów?
Jawna sprzeczność pomiędzy oskarżeniem mnie o udział w zbrojnym związku przestępczym i brakiem dowodów, których nie ma i - jak jestem pewien - nie będzie, wymaga rozwiązania. Może tego dokonać tylko sąd i o to do Wysokiego Sądu się zwracam.
Wysoki Sądzie,
nie ma też dowodów, które by potwierdzały prokuratorski zarzut (str.22), iż likwidacja "Solidarności" została uznana, od początku wydarzeń sierpnia 1980r., za cel władz partyjnych i państwowych, więc i cel mojego działania. Oznaczałoby to, że likwidacja "Solidarności" stała się celem władz zanim powstała ta organizacja.
Takich zarzutów nie uzasadnia też finał stosunków władzy i "Solidarności" z 13 grudnia 1981r. Ten gorzki finał nie daje podstaw do upraszczania ocen, których jest miejsce tylko dla aniołów i "czarnego luda".
Jest wielkie zapotrzebowanie, żeby ważyć fakty, niepodważalne fakty i tylko na ich podstawie kształtować oceny i formułować zarzuty. Takie podejście jest wciąż w niedostatku.
Dużo wniosków, nauk wypływa z przebiegu wydarzeń strajkowych pamiętnego "gorącego lata" 1980r., z klimatu w jakim rodziły się historyczne Porozumienia Sierpniowe i ich dzieło - "Solidarność". Miały te wydarzenia niezwykły charakter. Wyróżniały się w powojennych dziejach masowością wystąpień, szerokim zakresem postulatów oraz determinacją w ich prezentowaniu, ale i spokojnym przebiegiem.
Wcześniej, w poprzednich dziesięcioleciach było prawidłowością, ze wielkie strajki w Polsce Ludowej, przekształcały się w uliczne wystąpienia a te w niszczycielskie ekscesy i krwawe wydarzenia.
Na polską szlachtę długo działało widmo rabacji Szeli z 1846r., symbolicznie przedstawione w filmie Andrzeja Wajdy "Wesele". Nie wstydzę się przyznać, nie po raz pierwszy - że, takie widmo, z innych czasów, widmo krwawego Grudnia 1970 na Wybrzeżu czy Poznania 1956r. tkwiło we mnie i w moich bliskich politycznych przyjaciołach. Pamięć i refleksja o tych tragediach przetrwała po obu stronach konfliktu. I to dobrze.
Nie było jednej przyczyny spokojnego przebiegu strajków w 1980r. To prawda, że nie było wśród robotników nastroju a wśród organizatorów strajków zamiarów przenoszenia konfliktu na ulice. Nieliczne sygnały dowodziły jednak, że takie niebezpieczeństwo istniało a stąd krótka droga do tragicznych następstw. Prawa żywiołu są trudne do przewidzenia. Ta obawa, w połączeniu z refleksją o wydarzeniach grudnia'70 i troską o wygaszenie fali strajkowej, sprawiły, że działania władz były inne, niż to dawniej bywało.
Nade wszystko stało się zasadą, że żaden zakład i jego strajkująca załoga nie pozostawały same ze swoimi problemami, które wywoływały napięcia. Wszędzie tam, do zakładów, kierowano niezwłocznie grupy negocjatorów. Rozpatrywały postulaty i zajmowały się usuwaniem przyczyn protestów. Zasadą i to w skali powszechnej, stał się dialog przedstawicieli władz i pracowników. Był to również sposób skutecznego pomiaru charakteru konfliktów i groźby ich rozszerzania. To sprzyjało poznawaniu i usuwaniu ogólniejszych przyczyn niezadowolenia społecznego. Doszło do uzgodnienia setek porozumień, pożytecznych porozumień ze strajkującymi, których przedmiotem były głównie problemy socjalne.
Połowa sierpnia to nowa, polityczna faza strajków. Ich głównym ośrodkiem stało się Wybrzeże, ale jak lawina przenosiły się na inne centra przemysłowe kraju.
Postulaty stawały się jakościowo inne. Obok bardzo wygórowanych żądań socjalnych na plan główny wprowadzono postulaty polityczne, tworzące dla władzy trudny próg. Odnosiło się to zwłaszcza do postulatu zgody na utworzenie nowych związków zawodowych. Był to postulat o charakterze konstytucyjnym. Przeciw niemu była cała, sięgająca dziesięcioleci tradycja jedności ruchu zawodowego, którą chciano rozbić. Groził wyścig żądań między starymi a nowymi związkami. Nietrudno było przewidzieć, że nowe związki mogą stawać się opozycyjną siłą polityczną wobec socjalistycznego państwa. To wszystko skłaniało do sprzeciwu wobec postulatu.
Z drugiej strony bardzo szybko i wyraziście okazało się, że choć postulat tworzenia nowych związków powstał z inicjatywy politycznej opozycji, to cieszył się szerokim poparciem robotników, w tym również niemałej części członków PZPR. Trudno było tego nie zauważyć.
Powołane zostały zespoły negocjacyjne złożone z przedstawicieli rządu i naczelnych władz partyjnych, pod przewodnictwem, nie żyjących już: Kazimierza Barcikowskiego, który miał być tu sądzony - dla Szczecina i Mieczysława Jagielskiego - dla Gdańska. Obaj byli wicepremierami i członkami najwyższych władz PZPR. Te zespoły negocjatorów mają wielkie zasługi w znanym wyniku negocjacji.
Do dziś dobrze pamiętam swój udział w posiedzeniu Komitetu Wojewódzkiego w Gdańsku w dniu 18 sierpnia 1980r. Obywało się to posiedzenie w niezwykłej scenerii, w nocy, z udziałem kilkuset przedstawicieli strajkujących zakładów, w większości wyposażonych w magnetofony. Wspominam uczestników posiedzenia, wystąpienia pełne emocji, dramatyzmu i goryczy, oczekiwania na to co będzie dalej. Wpływ tego nastroju na mnie był niemały, ale najważniejsze były własne przemyślenia. Byłem tam w nowej roli. Biuro Polityczne powierzyło mi - jak już mówiłem - koordynację działań w skali państwowej w sprawie strajków. Miałem kierować zespołem przedstawicieli rządu, Komitetu Centralnego, resortów siłowych, organizacji społecznych powołanym dla tej sprawy.
Uczestnicy posiedzenia usłyszeli moje słowa ostrego sprzeciwu wobec ekscesów i takiego politycznego wystroju stoczni, który deformował rzeczywiste oblicze strajków. Równocześnie jednak wypowiedziane zostały słowa, że nie lokalne są przyczyny strajków, tkwią one głównie na górze, na centralnym szczeblu.
Podkreślałem, że: " jest niemało powodów żebyśmy surowo oceniali rożne ludzkie postawy, dużo niedobrego jest w naszym społeczeństwie, ale po tysiąckroć ważniejsze jest to co w nas zmienić, w metodach kierowania i planowania - po prostu w rządzeniu krajem". I dalej: "Uczynić powinniśmy wszystko, żeby politycznymi środkami rozwiązać ten kryzys, konflikty jakie przeżywamy. Bo nie ma innych środków dla rozwiązania naszych problemów. Są to jedyne środki, jedyne decydujące". To było moje credo wypowiedziane w bardzo trudnej sytuacji.
Rezonans tego wystąpienia był duży i dobry. Ustały ekscesy, szybko zmienił się wystrój stoczni, spadło napięcie, ustały obawy strajkujących o pacyfikację stoczni. Moralnie pewniej poczuli się ludzie partii. Tego właśnie oczekiwałem, to było potrzebne. Pisze o tym przemówieniu Lech Wałęsa w swoich wspomnieniach ("Droga nadziei" str. 140) oraz nawiązywał do tego Jan Nowak-Jeziorański na znanej międzynarodowej konferencji w Jachrance, przypominając audycję Wolnej Europy (Stenogram konferencji - "Wejdą nie wejdą" str. 240) .
Miarą znaczenia spraw związanych z sytuacją strajkową, z przebiegiem negocjacji było to, że te problemy były od połowy sierpnia codziennie rozpatrywane przez Biuro Polityczne, a dwa razy w sierpniu obradował nad tym Komitet Centralny. Podstawą dyskusji i rozstrzygnięć były najczęściej moje informacje i propozycje.
Niezmiennie podkreślano wolę dialogu i poszukiwania dróg zakończenia strajków na drodze porozumienia. Wszystko podlegało dyskusji. Nie byłem i ja wolny od różnych dylematów.
W protokóle Biura Politycznego z 26 sierpnie 1980r. zapisano moje słowa wyrażające stanowisko w sprawach nowych związków zawodowych (Tom 21 akt, karty: 4143-4156). Oto najważniejsze fragmenty: "Sprawa jest bardzo trudna. Ale trzeba brać pod uwagę, że nawet gdy wyrazimy zgodę i strajk na Wybrzeżu się skończy to gdzie indziej może się nie zakończyć. A więc decyzja w sprawie związków musiałaby być dla całej Polski. Trzeba mieć pełną świadomość, że taka decyzja oznacza stworzenie władzy znacznie ważniejszej niż Sejm i rady narodowe razem wzięte. Stąd wynika skłonność do odpowiedzi na - nie. Ale taka decyzja jest również brzemienna w skutki, bo sił to my nie mamy Trzeba wnikliwie rozważyć wszystkie uwarunkowania. Mieć świadomość co oznacza powstanie dwóch organizacji związkowych. Jaki będzie zasięg tej nowej, jakie możliwości oddziaływania na nią. Wyrazimy zgodę, pokonamy strajki, ale za cenę powołania struktury trwalszej, groźniejszej, wielomilionowej Proponuję, aby dziś nie przesądzać, że już zgadzamy się na stworzenie nowej struktury. Ale tak między nami i tego stanowiska nie można uznać za definitywne, bo lepiej zrobić krok w prawo niż krok w przepaść". I dalej na tym samym posiedzeniu podkreślałem, że: " Sytuacja jest rzeczywiście bardzo niebezpieczna, ale nie może być mowy o innych rozwiązaniach niż środki polityczne".
Takie było moje stanowisko. Nie było w nim ani naiwności, ani braku realizmu.
Nie mało było podstaw do zastrzeżeń wobec postulatów. Bardzo odległe od realności były żądania socjalne strajkujących. Najważniejszej jednak były obawy i opory w sprawie zgody na powstanie nowych związków zawodowych. Liczyliśmy się z tym, że nowe związki mogą się stać poważną siłą opozycyjną. Nie można było jednak nie brać pod uwagę wielkiej popularności wśród robotników postulatu stworzenia nowych związków. Jedno w tych rozważaniach przesądzone zostało najwcześniej, że w tych konfliktach nie może być użyta siła.
To był imperatyw, niepodważalny nakaz, wniosek z doświadczeń przeszłości i z oceny ówczesnych strajków. To był pogląd dominujący wśród członków Biura Politycznego.
Czy w kierownictwie były inne poglądy? Były. Miały one jednak wymiar majaczenia o użyciu siły i niczego więcej. Znamienna było to, że najbardziej zdecydowanymi przeciwnikami użycia siły w konfliktach strajkowych, byli ci, którzy na użycie siły mieli wpływ największy - zwłaszcza dziś oskarżeni w tym procesie i ja i Wojciech Jaruzelski.
W toku rokowań między zespołami negocjacyjnymi doszło do uzgodnień propozycji kompromisowych rozwiązań. Komitet Centralny na swym posiedzeniu w dniu 30 sierpnia zatwierdził stanowisko w sprawie zawarcia Porozumień Sierpniowych, jakie przedstawiałem w imieniu Biura Politycznego. Tylko nieliczni członkowie władz wyrazili swój sprzeciw, znacznie więcej było takich, którzy propozycję poparli, ale w rozmowach nie ukrywali swoich wątpliwości i zastrzeżeń.
Stała się wielka rzecz, największy konflikt strajkowy w Polsce Ludowej rozwiązany został na drodze porozumienia. Był to też wyłom o znaczeniu międzynarodowym, złamane zostały zasady funkcjonujące w światowym systemie państw socjalistycznych.
Niosły te porozumienia zobowiązania socjalne prawie niemożliwe do udźwignięcia przez państwo. Jeszcze większe konsekwencje rodziło powstanie nowych związków. Wśród tych konsekwencji było to, że ja i Wojciech Jaruzelski, Józef Pińkowski, Kazimierz Barcikowski, Mieczysław Jagielski i inni, których głos w tej sprawie w kierownictwie partii liczył się najbardziej, staliśmy się poręczycielami kompromisu wobec naszej bazy politycznej, żyrantami tego swoistego weksla gwarantującego celowość rozwiązania, zwłaszcza w sprawie związków zawodowych. Jego niepowodzenie, szkodliwe dla kraju, oznaczało by dla nas również osobistą klęską. Dlatego zainteresowanie by ten kompromis się udał miało i dla mnie również, osobisty emocjonalny wymiar.
Trudno bez zdziwienia czytać, w akcie oskarżenia, prokuratorską ocenę kompromisu. Wynika z niej (str. 23), że było to spowodowane ze strony władzy "brakiem realnych możliwości, jak i planów natychmiastowej reakcji". A więc, według tej oceny, to niemoc władzy, mierzona chyba niedostatkiem uzbrojonych ludzi, miała być podstawą kompromisu. To bezsensowna ocena. Zaprzeczają jej fakty, zgromadzone w zbiorze akt sprawy, przez samego prokuratora.
W akcie oskarżenia pisze się o wprowadzeniu stanu pełnej gotowości sił MSW, o odwołaniu z urlopów, o skoszarowaniu jednostek, o rozwinięciu baz biwakowych dla 500 funkcjonariuszy. Były to przedsięwzięcia w okresach napięć normalne, a z milicyjnych biwaków nie wynikały żadne zagrożenia. Szkoda, że nie zauważone zostały inne zapisy, o zamiarach różnych przedsięwzięć podejmowanych przez Sztab MSW wobec strajkujących.
W dokumencie pt. "Raport z działalności Sztabu MSW w okresie od 16 sierpnia 1980r. do 30 kwietnia 1982r." (Tom 48, k.9759) pisze się: "Wobec dalszego zaostrzania się sytuacji na Wybrzeżu i w całym kraju, Sztab MSW uznając, że protest robotniczy został wykorzystany i przekształcony w zorganizowaną działalność kontrrewolucyjną z ośrodkiem w Gdańsku, w dniu 26.08.1980r. - przedstawił propozycję kierownictwu partii zastosowania odpowiednich środków politycznych i represyjnych przy użyciu sił porządkowych i częściowo wojska (uruchomienie portów przez Marynarkę Wojenną), które w efekcie powinny zmienić bieg wydarzeń.
Propozycja ta nie została zaakceptowana. W załącznikach Nr 49 i 50 do Raportu Sztabu MSW opisana jest groza tego przedsięwzięcia. Szkoda, że pan prokurator odrzucił wniosek o włączenie tych dokumentów do akt sprawy.
Podobne propozycje MSW przedstawiano w innych dniach sierpnia 1980r. Ich wspólną cechą był zamiar zerwania negocjacji oraz siłowego uderzenia na stocznie i porty ze świadomością nawet krwawych skutków.
Z tych dokumentów wynika, że było dość możliwości i planów natychmiastowej reakcji siłowej wobec strajkujących. Można określić, że wystarczało i ochotników i nie brakowało mocy. Gdyby taka reakcja zależała od Sztabu MSW - doszłoby do niej. Było jednak inaczej. Sprawa trafiła do mnie, bo musiała trafić, zgłosiłem sprzeciw. Nie trzeba było długo przekonywać do tego ministra Spraw Wewnętrznych Stanisława Kowalczyka, identyczne zdanie miał Wojciech Jaruzelski. Zgodził się ze mną ówczesny premier Józef Pińkowski i Edward Gierek. U podstaw takiego stanowiska była nie kalkulacja sił, a trwałość zasad rozwiązywania konfliktów społecznych bez użycia siły. Echa tych rozważań są zapisane w protokółach z posiedzeń Biura Politycznego w drugiej połowie sierpnia 1980r., zgromadzonych w aktach sprawy.
Można sobie wyobrazić następstwa działań tysięcy uzbrojonych milicjantów i żołnierzy. Trzeba też docenić to, że był system który takim pomysłom zapobiegał.
Wysoki Sądzie,
w tym pełnym napięcia czasie, ściślej 25 sierpnia 1980r. spotkałem się prymasem kardynałem Stefanem Wyszyńskim. Zwróciłem się do niego za pośrednictwem ówczesnego księdza - dyrektora, dziś biskupa- seniora, Alojzego Orszulika o spotkanie z Edwardem Gierkiem. Prymas nie odpowiedział na prośbę, ale zaproponował wcześniejsze spotkanie ze mną. I tak doszło do naszej rozmowy.
Na drugi dzień 26 sierpnia, prymas wygłosił w Częstochowie na Jasnej Górze, wielkie kazanie, które stało się to historycznym wydarzeniem. Prymas przedstawił swoje stanowisko wobec sytuacji kraju związanej ze strajkami oraz swoje obawy ("Słowo Powszechne", tekst autoryzowany z dnia 29 sierpnia 1980r.). Widać było, że prymas odczuwa wielkie zagrożenia jakie pojawiły się nad krajem.
Widział w nich narodowy wymiar, przypominał cenę wolności po 125 latach niewoli, konieczność ponownej obrony niepodległości i czas kiedy Warszawa stała się dla swych obywateli "tyglem żarzącym". To był czas Powstania Warszawskiego.
Nawoływał "abyśmy lepiej doceniali dar wolności i byśmy czas wolności starannie okupywali, rzetelnie, uczciwie i ofiarnie pracując".
Były w tym przemówieniu głębokie, krytyczne refleksje skierowane pod adresem władz państwowych odnoszące się do poszanowania religijnych, obywatelskich i zawodowych praw społeczeństwa. Mówił on, iż żądania mogą być słuszne i na ogół są słuszne, ale nigdy nie jest tak, aby mogły być spełnione od razu, dziś. Ich wykonanie musi być rozłożone na raty.
Przypominał: "Pamiętajmy, jesteśmy narodem na dorobku. Doszliśmy do wolności przez gruzy, jeszcze jako nowo mianowany biskup Warszawy szedłem do swojej prokatedry po stertach gruzów. Polska odrodzona przez cierpliwość i pracę odbudowała sprawnie Warszawę, Gdańsk, Wrocław i tysiące innych miast zrównanych z ziemią."
Wśród części strajkujących i niektórych księży na Wybrzeżu nie ukrywano niezadowolenia z wystąpienia prymasa. Oczekiwano na bezpośrednie wsparcie dla postulatów. Widać prymas nie chciał być jedną ze stron konfliktu a mieć wpływ na jego całość.
Ze zdziwieniem przeczytałem oceny kazania prymasa zawarte w ostatnio wydanej książce znanego historyka współczesności z IPN. Pisze on, że prymas nie zawsze trafnie oceniał sytuację, że przestraszony przez Gierka i Kanię możliwością sowieckiej interwencji zdystansował się od robotników. To bardzo niesprawiedliwa i bezpodstawna ocena. Nie ma ani jednego dowodu dystansowania się prymasa od strajkujących robotników. Nie był to człowiek, którego można było wystraszyć i w ten sposób wpływać na jego zachowanie.
Mogłem poznać w rozmowie stan ducha prymasa, jego oceny i obawy. Był zadowolony, że trwają rozmowy, że stawiamy tylko na działania politycznymi środkami. W pewnym momencie padło znamienne pytanie: "A jak tam nasi ościenni?". Wskazywało to aż nadto wyraźnie na kierunek jego obaw, ta kwestia nie dawała mu spokoju. Powiedziałem prymasowi o zaniepokojeniu sąsiadów naszą sytuacją, ale nic ponadto. Nie mieliśmy groźnych sygnałów. Myślę, że nie inaczej rozmawiał Gierek.
I jeszcze jedno bardzo ciekawe. Na moje słowa o uznaniu protestów robotniczych za uzasadnione zwrócił uwagę: "a może to nie tylko protest robotniczy, ale i bunt obywateli". Było to bardzo inspirujące.
Prymas niechętnie odnosił się do propozycji spotkania z Gierkiem mimo, że miał do niego dobry stosunek. Powiedział, że jest przygotowany do homilii, ma własne przemyślenia. Pytał: "Co jeszcze może mi powiedzieć pan Gierek?". Nie chciał by łączono jego homilię ze spotkaniem, że jest inspirowany przez władzę. Krytycy prymasa dopatrują się w kazaniu innej wymowy niż miała ona w rzeczywistości. To nie był glos pod oklaski, ale akt inspirujący obywatelskie myślenie. Było to wołanie o rozwagę i obywatelską odpowiedzialność, wyrastające z obawy o żywiołowy, niekontrolowany rozwój wydarzeń i związane z tym niebezpieczeństwa.
Minęły lata, poznajemy nowe dokumenty, świadectwa ówczesnych wydarzeń i ich groźne okoliczności. Wśród nich jest dokument z Moskwy, z okresu szczytu strajków sierpniowych. Wówczas działała już, powołana 25 sierpnia 1980r. przez Biuro Polityczne KPZR Komisja do Spraw Polski, pod przewodnictwem Michaiła Susłowa. Już po trzech dniach od jej powołania, bo 28 sierpnia Komisja przedstawiła Biuru Politycznemu KPZR propozycje stworzenia zgrupowania bojowego wojsk na wypadek - jak się pisze - "okazania wojskowej pomocy PRL". Uzasadnienie propozycji jest lakoniczne. Pisze się: "Sytuacja w Polsce jest nadal napięta. Ruch strajkowy osiąga wymiar ogólnopaństwowy". I to wszystko. Dokument w tej sprawie, przekazany w listopadzie 1997r. przez delegację amerykańską na znaną międzynarodową konferencję historyczną, znajduje się w zasobach Instytutu Studiów Politycznych PAN. Polski tekst dokumentu był opublikowany w "Trybunie" z 28 sierpnia 2000r.
Przewidziano trzy etapy formowania zgrupowania wojsk. Pierwszy - w ciągu doby, bo już 29 sierpnia 1980r. do godziny 18.00 miano doprowadzić do pełnej gotowości bojowej cztery dywizje (w tym trzy pancerne) z okręgów wojskowych graniczących z Polską - Nadbałtyckiego, Białoruskiego i Przykarpackiego. Drugi etap - to uzupełnienie dywizji będących w stałej gotowości bojowej, w wymienionych już okręgach - do etatów czasu wojennego. I wreszcie trzeci etap - to dalsze zwiększenie zgrupowania o pięć, siedem dywizji na wypadek wystąpienia zasadniczych sił Wojska Polskiego po stronie sił kontrrewolucyjnych. Przewidziano, że same uzupełnienia w ramach mobilizacji mogą objąć łącznie 100 tysięcy żołnierzy i 15 tysięcy samochodów.
Dokument był ściśle tajny, oprócz specjalnego oznakowania, w jego maszynowym, rosyjskim tekście słowa odnoszące się do tego, że dotyczy on Polski, nazw okręgów wojskowych, wielkości zgrupowania bojowego - napisano odręcznie.
Ten dokument budzi nadal wiele refleksji, mimo że minęło już wiele lat od momentu jego powstania. Jestem do dziś pewien, że w końcu sierpnia 1980r. nie było w Polsce żadnych podstaw do takich reakcji, jakie przygotowywano w Moskwie. Sytuacja strajkowa, chociaż pełna napięć, była skutecznie kontrolowana. Nie znam ani jednego przypadku konsultowania ocen sąsiadów w tej sprawie z polskim kierownictwem. Należy sądzić, że korzystali z innych źródeł ocen i inspiracji.
Niezwykle szokujące jest podejście do Wojska Polskiego. Zakłada się możliwość takiej zamiany jego postawy, która może uzasadniać dodatkowe przygotowania przeciw niemu do siedmiu dywizji radzieckich. Wyrastało to z oceny budowanej na zdumiewających przesłankach, bez żadnych prób ich weryfikowania u nas - założono możliwość radziecko-polskiego starcia zbrojnego.
Istotne jest jeszcze jedno. Te wszystkie zamiary nie były dziełem szalonych doradców, ale grona osób z najwyższych szczytów władzy, wszyscy byli członkami Biura Politycznego. Dokument sygnowali Michaił Susłow - faktyczny zastępca Breżniewa, Jurij Andropow - szef KGB, Andrej Gromyko - minister Spraw Zagranicznych, marszałek Dmitrij Ustinow - minister Obrony i Konstantin Czernienko - sekretarz KC KPZR.
Na szczęście sprawy w Polsce toczyły się szybko, doszło do zawarcia znanych Porozumień Sierpniowych, co zdjęło z porządku dziennego rozważania, o których traktował wspomniany dokument. Trzeba jednak podkreślić, że decyzję w sprawie porozumień podjęliśmy bez sprzeciwu i bez aprobaty kierownictwa radzieckiego. Było ono o naszym zamiarze oficjalnie poinformowane. Takie stanowisko miało niemałe, pozytywne znaczenie wobec innych naszych sojuszników. Ten fakt nie przekreśli nigdy prawdy, że pojawił się w naszych stosunkach taki dokument, takie złowieszcze przygotowania.
W świetle tych faktów jak mało znaczą stwierdzenia tych historyków i publicystów, którzy uważają, że radziecka interwencja zbrojna w Polsce nie była możliwa, bo na przeszkodzie stał płonący Afganistan. I jeszcze jedna refleksja. Wracam do homilii prymasa Stefana Wyszyńskiego w Częstochowie i do jego pytania w rozmowie ze mną - "A jak tam nasi ościenni?". Można więc podziwiać przenikliwość, wyobraźnię i mądrość tego wielkiego Kapłana i wielkiego Obywatela.
Wszystkie te fakty dowodzą jak skomplikowane były okoliczności, w których dojrzewały Porozumienia Sierpniowe i warunki powstania "Solidarności".
Wysoki Sądzie,
czas po Porozumieniach Sierpniowych stworzył w kraju nową, niezwykle złożoną sytuację. Dużo wcześniejsze kłopoty gospodarcze zostały zaostrzone przez strajki. Ludzie oczekiwali poprawy, a groziło pogorszenie. Było wielkie zapotrzebowanie na integrację społeczeństwa, a realna była groźba nowych podziałów. Nastąpił podział ruchu zawodowego, powstawały nowe związki zawodowe i w ślad za tym rosło niebezpieczeństwo nieznanych dotąd konfliktów. Rodziło się też pytanie jak godzić to co bieżące, najbardziej dokuczliwe z tym co perspektywiczne i bardzo potrzebne. To wszystko w pytaniach było oczywiste i naturalne, trudniejsze były odpowiedzi. Co z tego wynikało na co dzień dla władzy, dla PZPR jako rządzącej partii?
Prawie bezpośrednio po Porozumieniach Sierpniowych (2 września 1980r.) odbyła się w Komitecie Centralnym PZPR, poświęcona tym właśnie problemom narada, która miała zamknięty charakter. Uczestniczyli w niej, obok członków Biura Politycznego, szefowie wojewódzkich organizacji PZPR i kierownicy Wydziałów Komitetu Centralnego (stenogram narady jest w księdze zawierającej zbiór dokumentów wydanej pt. "Narady, telekonferencje kierownictwa PZPR " przez Archiwum Akt Nowych i Uniwersytet Warszawski, str. 63-64).
Przedstawiłem w referacie polityczne problemy sytuacji. Akcentowałem potrzebę sprzyjania odradzaniu dotychczasowego ruchu zawodowego i tworzenia warunków by nowe związki stały się partnerem, a nie przeciwnikiem władzy. Mówiłem, że "Bardzo zasadniczą sprawą jest podejście do nowych związków zawodowych. Niebezpieczeństwa związane z ich rozwojem są rzeczywiście duże. Jest to sprawa ustrojowa i dlatego decyzję w tej kwestii podejmował Komitet Centralny. Treścią naszego stosunku do samorządnych związków nie może być walka".
Mimo, że "Solidarność" jeszcze nie powstała zalecałem by uznać, że droga członków partii do tej organizacji jest otwarta, że mogą oni i powinni do niej wstępować. Nie można zaprzeczyć, że był to akt przyjaznego stosunku do nowego partnera. To nie były słowa rzucone na wiatr. Już do połowy 1981r. do "Solidarności" wstąpiło około miliona członków PZPR.
Podobna była tonacja moich wystąpień na innych spotkaniach już w nowej roli, wkrótce po wyborze na funkcję I sekretarza PZPR. Byłem na naradach działaczy partyjnych w Gdańsku, Katowicach, Szczecinie, Nowej Hucie i innych. Miałem okazję spotykać się z przedstawicielami branżowych związków zawodowych, ale również z organizatorami "Solidarności". Wychodziłem z tych spotkań przekonany, że możliwe jest tworzenie konstruktywnego klimatu współdziałania. Byliśmy tym w kierownictwie partii bardzo zainteresowani.
Innym bardzo potrzebnym działaniem było tworzenie całej infrastruktury współpracy. Już we wrześniu 1980r. Biuro Polityczne powołało Komisję Reformy Gospodarczej i zaproponowano "Solidarności" udział jej przedstawicieli. Szkoda, że ograniczyła się ona się tylko do zgłoszenia obserwatorów. Utworzony został urząd ministra do spraw związków zawodowych. Jego szefem został Stanisław Ciosek. Powołano też komitet Rady Ministrów w tym samym celu, pod przewodnictwem wicepremiera Mieczysława Rakowskiego. Sejm powołał Nadzwyczajną Komisję do Spraw Realizacji Porozumień Sierpniowych. Kierował nią wybitny uczony poseł Jan Szczepański. Wszystkie te instytucje legitymowały się same bardzo bogatym dorobkiem negocjacyjnym i mają też zasługi w inspiracji dialogu we wszystkich organach administracji i różnych szczeblach władzy. Takie działania sprzyjały rozwiązywaniu konfliktów społecznych.
Było tych konfliktów dużo, ich ocena ma również miejsce w akcie oskarżenia. Prokurator przedstawia przykładowo cała ich paletą, zróżnicowaną co do przyczyn, zasięgu czy sposobu rozwiązania. Prokurator poszukuje wspólnej przyczyny konfliktów i dopatruje się jej w tym, że PZPR nigdy nie zaakceptowała istnienia niezależnych związków zawodowych. Jest to chybiona ocena, nie ma dla niej żadnych podstaw. Dość jest dowodów, że PZPR i władza traktowały na serio i postulat utworzenia nowych związków i ich działalność. Mimo upływu lat pamiętam każdy z tych konfliktów, które opisuje prokurator.
Ten związany z ogólnopolskim strajkiem ostrzegawczym w dniu 3 października 1980r. był pierwszym po Porozumieniach Sierpniowych. Ważny był moment strajku. Na jego termin wybrano dzień poprzedzający posiedzenie Komitetu Centralnego, które miało charakter programowy - po zakończeniu wielkich strajków i Porozumieniach Sierpniowych. Należało oczekiwać zainteresowania ze strony organizatorów nowych związków zawodowych. Zamiast tego proklamowano powszechny strajk ostrzegawczy. Trudno było traktować ten akt inaczej, niż jako zapowiedź swoistego dialogu z władzą, którego istotą miała być demonstracja siły. Było to wydarzenie o rozległych następstwach. Bezpośrednią przyczyną konfliktu były według prokuratora działania władz dla uniemożliwienia zarejestrowania niezależnych związków (Akt oskarżenia, str. 18).
A jakie były fakty? W broszurce pt. " Kalendarium Solidarności 1980 - 1989" wydanej przez Zakłady Wydawnicze "Varsus" napisano, że delegaci z całego kraju zebrani 17 września 1980r. w Gdańsku uzgodnili tworzenie jednolitego związku zawodowego "Solidarność" oraz jego statut. Warto zaznaczyć, że Rada Państwa już wcześniej bo 13 września podjęła uchwałę, określającą tymczasowe zasady rejestracji związków zawodowych.
Drugi przykład. W dniu 24 września złożono statut i wniosek o rejestrację do Sądu Wojewódzkiego w Warszawie. Sąd rejestrując "Solidarność", wpisał do statutu związku fragment porozumienia gdańskiego, określający charakter związku. Ogłoszono na znak protestu gotowość strajkową. Decyzję Sądu Wojewódzkiego uznano za błąd i została ona uchylona przez Sąd Najwyższy. U podstaw konfliktu był jednak sprzeciw "Solidarności" wobec wymagania by do statutu wpisano wspomniany fragment Porozumień Sierpniowych. Dopiero zgoda "Solidarności" w tej sprawie otworzyła możliwość rejestracji związku. Nie ma więc racji prokurator, że rejestracja została dokonana w wersji zawartej we wniosku.
Pozostał jednak osad, bo był to dowód na dystansowanie się od Porozumień Sierpniowych w kwestii fundamentalnej - kwestii charakteru "Solidarności". Jeżeli jedna strona lekceważy umowy to usprawiedliwia ich naruszanie przez stronę drugą.
Trzecim przykładem było szantażowanie, w końcu listopada 1980r. - groźbą strajku w regionie warszawskim, na tle aresztowania sprawców kradzieży tajnych dokumentów w prokuraturze. Czytamy w akcie oskarżenia (str.19), że w dokumentach tych były zalecenia w sprawie ścigania nielegalnej działalności antysocjalistycznej. I to był powód do strajku. Powstała groźba paraliżu transportu, zaopatrzenia ludności i funkcjonowania usług na wielkim obszarze kraju. To spowodowało, że uznano poręczenie ludzi godnych zaufania i zwolniono aresztowanych. Strajk odwołano, ale powstał precedens, że groźbą wszystko można wymusić.
I jeszcze przykład czwarty. Odnosił się on do sporów o ilość wolnych sobót (Akt oskarżenia,str.19). Zgodnie z treścią jednego z trzech wielkich porozumień - w Jastrzębiu Zdroju, wszystkie soboty w kraju miały być wolne. Była to decyzja obowiązująca, ale pochopna, zupełnie oderwana od interesów i potrzeb gospodarki. Dlatego też rząd starał się ograniczyć liczbę wolnych sobót o połowę. Odpowiedzią na to była groźba ogólnopolskiego strajku. Dopiero założenie, że wolna będzie co czwarta sobota zapowiedź strajków oddaliło. Czy to było zwycięstwo pracowników?
To wszystko odbywało się w sytuacji spadku produkcji i niewykorzystania w wielu zakładach mocy produkcyjnych tylko na skutek braku pracowników. Takim przykładem są młyny, których wówczas wiele w soboty nie pracowało, a polskie zboże kierowane było na przemiał do Czechosłowacji.
Ma rację prokurator, kiedy podając przykłady konfliktów zwraca uwagę na ustępowanie władz pod groźbą strajków, czy innych form nacisku. Nie jest to jednak żadna miara słuszności różnych żądań. Nie mało było działań władzy w imię spokoju społecznego, na zasadzie mniejszego zła, zła skierowanego przeciw prestiżowi władzy czy interesom gospodarki. Strajki i groźba ich przeprowadzania stały się dla dużej części ogniw "Solidarności" skuteczna bronią codziennego użytku. Mówiłem kiedyś, że "Solidarność" zachowuje się jak lew, który nawet lekko podrażniony reaguje gwałtownie, nie dlatego że jest zagrożony, ale że czuje swoją potęgę. To jednak też musi mieć swoje granice.
Wysoki Sądzie,
na początku swoich wyjaśnień zwracałem uwagę na wyrazisty dysonans między głównym zarzutem zawartym w akcie oskarżenia - chodzi tu o zbrojny związek przestępczy - a zawartością tego dokumentu. Traktuje on głównie o sprawach stanu wojennego. Zostało to pogłębione przez wystąpienie prokuratora o podstawach oskarżenia, na rozprawie sądowej w dniu 12 września br. Trudno tego stanu nie zauważyć.
Nie ukrywałem od wielu lat, że przygotowania do stanu wojennego zostały podjęte za moja wiedzą, zgodą a nawet określonymi inicjatywami w tej sprawie. Dawałem temu wyraz w swoich wypowiedziach, publikacjach i oświadczeniach - również wobec prokuratora i sądów. Chcę jednak podkreślić, że traktuję tu przygotowanie jako pojecie w potocznym znaczeniu tego słowa. Chciałbym się odnieść do okoliczności, sensu tych przygotowań i jakim celom miały służyć.
Pojecie stanu wojennego, funkcjonuje w Polsce już od lat. Wprowadziła je ustawa o powszechnym obowiązku obrony Rzeczypospolitej z 1967r. Był skutek prac i ćwiczeń związanych z różnymi regulacjami i ograniczeniami na wypadek zagrożenia bezpieczeństwa kraju. Tak to kontynuowano w drugiej połowie 1980r., kiedy prace stały się intensywniejsze.
Jakie były tego przyczyny i cele?
Dla prokuratora owe cele są jasne. Jest to wrogość władzy wobec "Solidarności" i zamiar jej likwidacji. Mówiłem o tym wcześniej, że jest to bezpodstawny i absurdalny zarzut.
Pierwszym aktem zainteresowania najwyższego kierownictwa sprawą stanu wojennego były obrady Biura Politycznego PZPR w dniu 26 listopada 1980r., poświęcone sytuacji związanej ze strajkami w dużych zakładach Warszawy oraz groźbą i reperkusjami strajku powszechnego w stolicy i na dużym obszarze kraju. (Akta, Tom 21, k. 4143-4156). U podstaw strajku był protest przeciw zatrzymaniu sprawców kradzieży tajnych dokumentów w prokuraturze. Strajk miał objąć przede wszystkim zaopatrzenie ludności, transport, wydawanie prasy. Jedyna możliwością odwołania strajku było zwolnienie osób zatrzymanych przez prokuraturę.
Toczył się na posiedzeniu bardzo ostry spór, czy podjąć wyzwanie strajkowe czy upokorzyć się i wyjść naprzeciw żądaniom organizatorów strajku. Rozbieżności były krańcowe. Nie było żadnych realnych możliwości przeciwstawienia się strajkowi, przeciwstawienia się bardzo groźnym następstwom, łącznie z możliwością wybuchu społecznego.
Byłem za nie przyjmowaniem wyzwania strajkowego. Byłem też za zwolnieniem zatrzymanych, pod warunkiem odwołania strajku. Tę linię rozwiązania Biuro Polityczne przyjęło. Równocześnie postanowiono podjąć przygotowania dla osiągnięcia gotowości do konfrontacji. Oznaczało to nade wszystko zdolność do przeciwstawienia się strajkom, do sprostania reperkusjom niosącym z sobą paraliżowanie gospodarki i życia społecznego. Miała być też rozpatrzona sprawa przygotowania dekretu o stanie wojennym. Powołany w tym celu roboczy sztab na czele z ówczesnym premierem Józefem Pińkowskim miał przygotować odpowiednie propozycje. Taki był więc cel przygotowań - osiągnąć zdolność do przeciwstawienia się strajkom i paraliżowaniu gospodarki i życia społecznego.
Prokurator przedstawia to w akcie oskarżenia zupełnie inaczej (str. 29). Czytamy tam, iż " w toku dyskusji Stanisław Kania otwarcie stwierdził, że jako element działań przeciw Związkowi należy rozpatrzyć przygotowanie dekretu o stanie wojennym". Pan prokurator zbudował i tu swoja oskarżycielską konstrukcję nie z faktów. Zachował się protokół z posiedzenia Biura Politycznego z dnia 26 listopada 1980. (Akta, Tom 21, k. 4143-4156). Są tam dostatecznie jasne zapisy dyskusji. Nie znajdziemy w nich przypisanego mi stwierdzenia, którym posługuje się prokurator. Nie było rozważań o tym jak zaszkodzić "Solidarności" i w moim wystąpieniu i nawet w głosach moich oponentów. U podstaw propozycji było przygotowanie do przeciwdziałania realnym zagrożeniom w interesie społeczeństwa i Polski.
Podjęte zostały w tej sprawie prace, były prowadzone bez pośpiechu. Było tak mimo, że nie brakowało sytuacji groźnych, mino presji naszych zagranicznych sojuszników na stan wojenny i sporów w tej sprawie w kręgach władzy.
W dniu 27 marca 1981r. zostały opracowane trzy dokumenty w sprawie stanu wojennego. (Akta, Tom 29, k. 5623-5691). Pierwszy dotyczył myśli przewodniej w tej sprawie, drugi centralnego planu działania organów politycznych, władzy i administracji państwowej a trzeci odnosił się do spraw wojska. Pierwszy i drugi dokument podpisaliśmy wspólnie z Wojciechem Jaruzelskim, który je zatwierdził a ja potwierdziłem swoją akceptacją. Oznaczało to, bez żadnych dwuznaczności, moją zgodę i poparcie dla dokumentu, który zatwierdził ówczesny premier.
Co wprowadzają te dokumenty?
W swojej warstwie merytorycznej stanowią zapis tego co funkcjonowało dotychczas w praktyce prac nad przygotowaniem do stanu wojennego.
Wyraźnie zarysowany jest cel ewentualnego wprowadzenia stanu wojennego. Akcentuje się, że jedynym celem jest odtworzenie naruszonego prawa konstytucyjnego, głównie: przywrócenie normalnego rytmu pracy, porządku wewnętrznego i bezpieczeństwa publicznego, niezbędnego zaopatrzenia ludności i ogólnego ładu, dyscypliny i spokoju wewnętrznego.
Określa się, że: "Wprowadzenie na całym terytorium PRL stanu wojennego stanowi ostateczne - po wyczerpaniu wszystkich możliwych środków i metod politycznych - posunięcie państwa". Eksponuje się też kompetencje najwyższych organów do stanowienia zarówno o wprowadzeniu stanu wojennego jak i o niezbędnych regulacjach prawnych.
Zapisy zawarte w tych dokumentach nie oznaczały zapowiedzi wprowadzenia stanu wojennego, a tylko taką możliwość, uzasadnioną nadzwyczajną sytuacją i brakiem alternatywy dla jej opanowania. Analogiczny charakter miały prace przygotowawcze, ich cel nie był związany z zamiarem wprowadzenia stanu wojennego, bo wówczas takiego zamiaru - w bliższej i dalszej przyszłości - nie było.
Akt oskarżenia traktuje wszystkie te działania jako przedmiot zarzutów i oskarżenia. Prawo karne kwalifikuje je inaczej. Nie zawsze czynności składające się na przygotowania dają podstawę kwalifikowaniu przygotowań jako czynu zabronionego.. Kodeks karny (Art. 16) stanowi, że: "Przygotowanie zachodzi tylko wtedy gdy sprawca w celu popełnienia czynu zabronionego podejmuje czynności mające stworzyć warunki do przedsięwzięcia czynu zmierzającego bezpośrednio do jego dokonania ". Tak więc, określone w przepisie czynności, aby mogły być uznane za przygotowanie muszą być prowadzone w celu popełnienia czynu zabronionego.
Lech Gardocki w swoim podręczniku "Prawo karne"(str.101) precyzuje, że: "Strona podmiotowa przygotowania polega więc na zamiarze bezpośrednio ukierunkowanym na osiągnięcie tego celu. Tak więc identyczne obiektywne zachowania się mogą być w zależności od tego, czy cel taki występuje - uznane bądź nie uznane za przygotowania w rozumieniu art. 16 § 1." Chodzi oczywiście o przygotowania, które odpowiadają kryteriom czynu zabronionego. A więc musi być i cel noszący znamię czynu zabronionego i muszą być czynności zmierzające bezpośrednio do jego dokonania.
Takiego myślenia, takich przygotowań nie było. Stan wojenny nie był celem polityki, a tylko środkiem działania na wypadek nieokreślonego w czasie stanu najwyższej konieczności. Był realizowany kurs na budowanie porozumienia narodowego, na rozwiązywanie konfliktów społecznych metodami politycznymi.
Jest dość dowodów, które to potwierdzają. Liczne są publiczne deklaracje moje i Wojciecha Jaruzelskiego oraz innych członków kierownictwa PZPR i rządu. Zachowały się protokóły posiedzeń Komitetu Centralnego, jego Biura Politycznego i Sekretariatu. Jest też księga - ponad 1400 stronicowy zbiór dokumentów z zamkniętych narad i telekonferencji czołowych działaczy partyjnych - wydana przez Archiwum Akt Nowych i Wydział Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Ten zbiór niesie z sobą dowody jak trudna była sytuacja w latach 1980-1981, jak wielkie trwały spory o wybór środków działania, ale i dowody mojego stanowiska wobec tych sporów.
Dostępne są liczne dokumenty z archiwów Rosji, Czech, Niemiec, Węgier i innych krajów. Są w nich bogate dane o presji kierownictw Związku Radzieckiego, Czechosłowacji i Niemieckiej Republiki Demokratycznej na mnie i na nasze kierownictwo, w kierunku użycia siły, wprowadzenia stanu wojennego. Jest w tych dokumentach zapisana moja postawa wobec licznych przejawów tej presji.
Wszystko to przynosi świadectwo, że nasza orientacja polityczna, programowa i praktyczna miała niekoniunkturalny charakter i nie było w niej miejsca na stan wojenny jako cel, do którego się dąży a tylko jako gotowość do operacji na wypadek najwyższej narodowej konieczności, narodowej potrzeby.
Wysoki Sądzie,
przygotowanie do stanu wojennego obejmowało przygotowanie operacji i kształtowanie myślenia o warunkach wprowadzenia tego przedsięwzięcia. Były to jednak dwie linie, realizowane przez różnych ludzi.
Jedni zajmowali się wszystkim co składa się na zdolność do przeprowadzenia operacji i jej podstawy prawne. Drugi kierunek, to celowość i termin operacji - był sprawą najwyższego kierownictwa. To była domena i moich zainteresowań. Bez zgody I sekretarza nie było możliwe wprowadzenie stanu wojennego. Składało się to również na moją odpowiedzialność.
Sprawa polegała nie tylko na obserwacji i ocenie sytuacji, tak by w porę, ale bez pochopności reagować na zagrożenia. Niemniej ważne były przedsięwzięcia dla poprawy sytuacji, przeciwdziałanie napięciom społecznym, presji sojuszników na siłowe działania i sprzyjanie tworzeniu wśród ludzi klimatu dla rozwagi i obywatelskiej odpowiedzialności.
Toczą się dyskusje wokół spraw stanu wojennego. Mimo upływu lat żywe są spory na temat legalności i zasadności stanu wojennego. Nie ulega wątpliwości, że luki prawa w tej dziedzinie miały zasadniczy charakter. Trzeba było je wypełniać odwołując się do najwyższych konieczności.
Czy tak musiało być ? Odczuwam potrzebę przedstawienia Wysokiemu Sądowi pewnych spraw tworzących odpowiedź na to pytanie. Niedawno, obecny tu wśród oskarżonych gen. Tadeusz Tuczapski przypomniał mi pewne istotne fakty. W roku 1973 miało miejsce posiedzenie Komitetu Obrony Kraju, którego byłem członkiem. Rozpatrywane były na nim projekty odnoszące się do regulacji prawnych stanu wojennego. Na mój wniosek poparty przez ówczesnego Ministra Obrony Narodowej gen. Wojciecha Jaruzelskiego sprawa została zdjęta z porządku dziennego i przekazana do dalszych prac. Tak samo stało się w roku 1978. Dokładnie tak samo. Nie pamiętam słów, które wówczas wypowiedziałem. Jednego jestem pewny, że byłem za tym by władza wobec napięć i wielkich konfliktów nie czuła się zbyt pewnie, arogancka, że posiada swoistą Wunderwaffe - cudowna broń. Taki stan zwykle tworzy glebę sprzyjającą decyzjom pozbawionym wyobraźni.
Trudno dziś oceniać, jakie byłyby skutki takich regulacji, które tworzą prawne podstawy stanu wojennego. Co by to oznaczało dla wydarzeń Czerwca 76r. w Radomiu, dla strajków "gorącego lata" 1980 na Wybrzeżu. Mogło być bardzo źle, ale nic pewnego powiedzieć nie można. Jedno jest jednak bezsporne, że nie byłoby procesu z zarzutami o nielegalne wprowadzenie stanu wojennego. Wszystkie racje przemawiają, że koronnym zarzutem byłaby kwestia zasadności wprowadzenia stanu wojennego. To jest w istocie i dziś sprawą najważniejszą dla milionów Polaków.
Ja sądzę, że stan wyższej konieczności będąc kontratypem - okolicznością wyłączającą bezprawność tworzy dla organów państwa nie tylko prawo, ale i obowiązek reagowania na zagrożenia. Przygotowania do stanu wojennego w takich okolicznościach jak to przedstawiłem bronią się wystarczająco dobrze przed zarzutem bezprawności. Myślę, że wspiera je w tym jeszcze jeden czynnik - zespół groźnych zjawisk, które tworzyły stopniowo stan wyższej konieczności. W przypadku przygotowań bierzemy pod uwagę potencjalne zagrożenia. Stan wyższej konieczności tworzy zespół czynników wyrażających, w danym momencie, stan zagrożenia. Wyraża się on - jak wiadomo, nie w określonej skali, jak w przypadku tajfunów i sztormów, ale w proporcjach dobra ratowanego do poświęcanego w tym celu.
Trzeba jednak podkreślić, że stan wyższej konieczności wyraża nie tylko poziom, ale i dynamikę zagrożenia. Jest to więc zjawisko, które narasta lub słabnie. Występuje w nim i taki stan zagrożeń, który jeszcze nie uzasadnia podjęcia radykalnego przeciwdziałania, ale już stanowi podstawę uruchomienia prac przygotowawczych dla uzyskania zdolności do takiego przedsięwzięcia. Zdolności - na wypadek groźnej konieczności. Taki więc był cel i sens prowadzenia przygotowań do stanu wojennego w czasach, które wyznaczają granice mojej odpowiedzialności.
Wysoki Sądzie,
bardzo ważnym składnikiem naszej sytuacji były stosunki ze Związkiem Radzieckim. Byliśmy członkiem wspólnoty obronnej i ekonomicznej, częścią świata podzielonego na strefy wpływów. Byliśmy państwem o ograniczonej suwerenności. Dawało to o sobie znać, zwłaszcza w okresach napięć, zarówno w wymiarze narodowym jak i międzynarodowym.
Ta ograniczoność suwerenności nie może jednak stanowić usprawiedliwienia dla ekip kierowniczych w kwestii obowiązku dbałości o interes narodowy, o narodowy kształt polityki w różnych dziedzinach. Są to sprawy oczywiste.
Tak było i w okresie, o którym traktuje akt oskarżenia. Pojawiła się wówczas, obok faktów budzących optymizm i nadzieję - groźba radzieckiej interwencji zbrojnej. Było to niebezpieczeństwo zaskakujące, niezwykle groźne i realne, ale niespełnione.
Pan prokurator widzi to inaczej. W akcie oskarżenia (str.32) zapisano, że: " takie działania zbrojne (chodzi o interwencję - SK) odbyłyby się nie tylko w porozumieniu z dowództwem polskich sił zbrojnych, ale i niejako na "zamówienie" Biura Politycznego KC PZPR."
I dalej czytamy, że: "Kryzysowa sytuacja jaka miała miejsce w PRL, w tym okresie, wymagała dla jej likwidacji podjęcia nadzwyczajnych środków. Jednym z nich było użycie groźby interwencji, pod wpływem której władze polskie doprowadziły w połowie tego roku do stabilizacji sytuacji społeczno-politycznej w Polsce". Tyle z aktu oskarżenia (str. 32).
Trudno się do tych hańbiących insynuacji odnosić. Gdyby nie elementarne wymagania kultury, a zwłaszcza zasady obowiązujące na tej Sali, i wzgląd na jej Najważniejszy Stół, to należałoby powiedzieć o swoich myślach dosadnie.
Ograniczę się więc tylko do stwierdzenia, że zasadniczo różnimy się z panem prokuratorem. Ja nie uważałem wówczas i tak samo dziś - z dystansu - że były jakiekolwiek powody uzasadniające sięganie w grudniu 1980r. po nadzwyczajne środki opanowania kryzysu - jak groźba interwencji. Wówczas taka groźba to nie były słowa a realne przygotowanie wojsk radzieckich i sił innych państw Układu Warszawskiego z zamiarem wprowadzenia ich do Polski. Takim nadzwyczajnym środkiem mógł być również stan wojenny, ale nikt nie miał zamiaru jego wprowadzania. To wszystko jest zdumiewające. Myślę, że nasi partyjni "betonowi rycerze" przyjęliby takie sugestie prokuratora z uznaniem.
Jakież były te fakty zwiastujące groźbę interwencji ?
Stwierdzę tylko, że rozwiązanie na drodze porozumienia największych w historii Polski Ludowej konfliktów strajkowych w sierpniu 1980r. przyniosło ulgę w kraju i życzliwy stosunek do nas, nie tylko w krajach socjalistycznych, gdzie obawiano się w Polsce wybuchu społecznego, ale i na Zachodzie. Przypominam sobie takie sympatyczne depesze gratulacyjne do mnie, po wyborze na I sekretarza, między innymi od prezydenta Ameryki Jimmy Cartera i prezydenta Francji Walerego Giscard d'Estaign. Nie musieli tego okazywać, nie pełniłem przecież żadnej państwowej funkcji.
Dobre wiadomości przyszły też w listopadzie 1980r. z Moskwy. Leonid Breżniew poinformował mnie o przychylnym stosunku do naszych wniosków w sprawie odroczenia płatności, dodatkowych dostaw towarów i bezzwrotnej pomocy w wysokości 465 milionów dolarów. W naszej trudnej sytuacji liczyło się wszystko, również miły gest.
Stosunkowo szybko jednak wygasało uczucie ulgi, że oto rozwiązany został wielki konflikt społeczny - przybywało niepokoju i krytycyzmu skierowanego wobec naszego kraju. Wyrażała to prasa krajów socjalistycznych. Przybywało niedobrych zdarzeń. W październiku 1980r. Erich Honecker zwrócił się do mnie o zgodę na wstrzymanie bezpaszportowego ruchu turystycznego między Polską a NRD. Wyłączono tam z ruchu turystycznego wielkie obszary przylegające do Polski.
I wreszcie sygnały w listopadzie 1980r. o przegrupowaniach wojsk Czechosłowacji w stronę naszej granicy.
Pojawiły się też inne fakty o niezwykle groźnej wymowie.
Leonid Breżniew w telefonicznej rozmowie wystąpił do mnie z propozycją zwołania do Moskwy na 1 grudnia 1981r. narady szefów partii i państw Układu Warszawskiego. Termin mi nie odpowiadał, przedstawiłem racjonalne motywy i zostały one przyjęte. Nową datę narady ustalono na 5 grudnia. Breżniew zaznaczył, że narada będzie poświęcona Polsce a w komunikacie jej temat będzie kamuflowany informacją o wymianie poglądów w sprawach międzynarodowych. Zaproponował mi też pierwsze wystąpienie dla przedstawienia stanu polskich spraw.
To była już nowa jakość w naszej sytuacji i musiało to budzić niepokój. Kolejne fakty ten niepokój zaostrzyły.
Do radzieckiego Sztabu Generalnego zostali zaproszeni na 1 grudnia przedstawiciele naszego Sztabu Generalnego. Zapowiedziano im, że w Polsce na początku grudnia powinny się odbyć wielkie ćwiczenia obejmujące 18 dywizji, z armii Związku Radzieckiego, Czechosłowacji i NRD. Nieokreślona została rola Wojska Polskiego - miało pozostać w koszarach. Generał Tadeusz Hupałowski przywiózł z Moskwy oleat dużej mapy z pożądanym rozmieszczeniem wojsk, które miały wkroczyć do Polski.
Wiadomości z Moskwy były szokujące. Wiadomo było, że zaplanowane wcześniej na jesień wszystkie ćwiczenia wojsk Układu Warszawskiego w Polsce, na nasz wniosek zostały odwołane. Teraz nie ukrywano, że nie chodzi o doskonalenie obronności a o sytuację polityczną w Polsce.
Wkrótce po moskiewskich informacjach generał Jaruzelski poinformował mnie, że Marszałek Wiktor Kulikow, naczelny dowódca sił Układu Warszawskiego zwrócił się o zgodę polskiego kierownictwa na ustanowienie terminu planistycznej gotowości do "ćwiczeń" w Polsce na 8 grudnia godzina 00. Chodziło po prostu o zgodę na otwarcie naszych granic dla wojsk, które miały wejść na "ćwiczenia" do Polski. Ustaliliśmy z generałem, że takiej zgody, bez mojej wiedzy, nikt dawać nie może.
Generał Anatolij Gribkow ówczesny szef Sztabu Sił Układu Warszawskiego wspomina ("Wojenno Istoriczeskij Żurnał" Nr 9/1992), że podczas przekazywania decyzji o ćwiczeniach ministrowie obrony Czechosłowacji i NRD nie ukrywali zdziwienia i zastrzeżeń do ćwiczeń. Chodziło o ich termin i nagły tryb decyzji. Trudniejsze były - jak pisze generał - rozmowy z generałem Wojciechem Jaruzelskim. Gribkow pisze, że Stanisław Kania obawiał się, by pod pretekstem ćwiczeń nie wprowadzono do Polski wojsk sojuszniczych, bo to byłby początek katastrofy. Ja rzeczywiście tak uważałem wówczas i tak uważam do dziś.
To logiczne, że pod wpływem tego wszystkiego, kiedy stawało się jasne o co chodzi, podjąłem starania o pilne spotkanie z Breżniewem, jeszcze przed rozpoczęciem narady w Moskwie. W rozmowie z radzieckim ambasadorem, otwarcie przedstawiłem, że chcę rozmawiać o zamiarze wprowadzenia wojsk radzieckich i innych z krajów Układu Warszawskiego do Polski. Odpowiedź od Breżniewa była uprzejma, ale odmowna. Uzasadniano ją tym, że sekretarz generalny jest bardzo zajęty przed naradą.
Nie trudno sobie wyobrazić mój nastrój w czasie lotu do Moskwy. W składzie delegacji byli również ówczesny premier Józef Pińkowski, sekretarze Komitetu Centralnego Kazimierz Barcikowski i Stefan Olszowski, ministrowie Wojciech Jaruzelski, Józef Czyrek i Mirosław Milewski.
W Moskwie, po przylocie, doszło do moich rozmów z marszałkiem Dmitrijem Ustinowem, który towarzyszył mi w drodze z lotniska i w rezydencji, gdzie mnie zakwaterowano. Tematem były tylko te sprawy, którymi żyłem. Marszałek wygłaszał krytyczne uwagi w sprawie naszej sytuacji i naszych działań. Pytał dlaczego bardzo mi zależy na rozmowie z sekretarzem generalnym, co wydawało się jasne bo informowałem o tym ambasadora. Nie było z jego strony odpowiedzi, ani stanowiska w tej sprawie. Dopiero późno w nocy rozmówca przekazał mi telefonicznie wiadomość - będzie moja rozmowa z Breżniewem.
To przyniosło trochę ulgi w napięciu i całą noc przyszło mi pracować nad swoim przemówieniem, ściślej jego szkicem, tezami. Wcześniej nie było to możliwe bo nie wiedziałem, z jakimi problemami przyjdzie się zmierzyć. Po wiadomościach od marszałka zrobiło się trochę wyraźniej, jaśniej. Wydawało się, że jeśli planują rozmowę to znaczy, że może nie będzie najgorszego.
A sama narada. Dziś przypada jej 27 rocznica. Po lakonicznym otwarciu obrad przez Breżniewa, mówiłem jako pierwszy - ponad godzinę. To przemówienie było dla mnie trudnym do opisania przeżyciem. Musiało ono sprostać różnym potrzebom. Wiadomo co wisiało wówczas nad Polską. Najważniejsze było jak to oddalić, jak wykorzystać w tym celu możliwości przemówienia do tego możnowładnego grona. (Stenogram w księdze IPN, Tom I, str. 234-280).
Przedstawiłem więc ocenę polskiej sytuacji, jej złożoności i źródła wielkiego kryzysu, które tkwią w nas, w rządzeniu krajem. Uzasadniałem przyczyny rozwiązania strajkowych konfliktów na drodze porozumienia i słuszności wyrażenia zgody na powstanie "Solidarności'. Informowałem o napięciach społecznych i różnych przejawach destabilizacji w życiu kraju. Powiedziałem, że uznaliśmy konieczność podjęcia prac przygotowawczych do stanu wojennego. Nie wiązało się to jednak z zapowiedzią takiego zamiaru. Akcentowałem, że stawiamy na środki politycznej walki. Zapowiedziałem zwołanie Nadzwyczajnego Zjazdu Partii, bez precyzowania jego terminu.
W dyskusji dominował bardzo ostry osąd naszej sytuacji i polityki, wręcz oskarżanie kierownictwa PZPR o pobłażliwość wobec przeciwników i wzywanie do uderzenia w kontrrewolucję. Tak mówili wszyscy. Honecker bardzo krytykował "kapitulację" przed komitetami strajkowymi w sierpniu 1980r., wzywał do zdławienia kontrrewolucji. Kadar i Husak nawiązywali do ich doświadczeń związanych z interwencją radziecką w ich krajach i zachęcali do korzystania z nich. Ceausescu wyrażał zdziwienie, że powstały niezależne, wolne związki zawodowe. Zaznaczał jednak, że rozwiązanie problemów w Polsce należy do "polskich towarzyszy". Ostrzegał, że interwencja z zewnątrz oznaczałaby wielkie niebezpieczeństwo. Inni takich dylematów nie mieli.
Narada zakończyła się przemówieniem Breżniewa - ostrym, wzywającym też do ataku na kontrrewolucję. Nie było w nim jednak takiej konkluzji jakiej się obawiałem. Bezpośrednio po naradzie nie było, jak to jest w zwyczaju, wspólnego obiadu i toastów.
Doszło wreszcie do mojego spotkania z Leonidem Breżniewem. Dotyczyło ono tylko jednej sprawy - sprawy naszego stosunku do interwencji. Nie było żadnej dyskusji o sytuacji w Polsce, rozmawialiśmy o tym na naradzie. Usłyszałem ponownie ostre stwierdzenia odnoszące się do nas, o naszym liberalizmie, o tym że nie możemy się spóźnić z działaniem przeciw kontrrewolucji.
Przedstawiłem skąd się bierze nasz niepokój oraz wręcz kasandryczną wizję następstw interwencji. Ostrzegałem, że trzeba się liczyć z odruchem Polaków na miarę powstania narodowego. Mówiłem, że nawet gdyby weszli sami aniołowie to i tak, za sprawą logiki wydarzeń będą się musieli stać krwawymi okupantami. Byłem przekonany, i tako to przedstawiłem, że pójdą młodzi chłopcy jak w Powstaniu Warszawskim, nawet bez broni, z butelkami benzyny na czołgi, popłynie morze krwi. Amerykanie podejmą ponownie urządzanie świata po swojemu. Przekonywałem, że nie tylko polski interes, ale i radziecki w wymiarze nie mniejszym niż nasz, przemawia za tym by zrezygnować z myślenia o interwencji.
Usłyszałem jeszcze parę stwierdzeń wyrażających niezadowolenie i wreszcie to co cytowałem nieraz publicznie. Po polsku to oznaczało: " No dobrze, nie wejdziemy. Ale jeśli będzie się komplikować - wejdziemy, wejdziemy. No bez ciebie nie wejdziemy".
Każde z tych zdań nie było retorycznym zwrotem, za każdym słowem kryła się głęboka myśl. Te ostatnie słowa: "bez ciebie nie wejdziemy" oznaczały, że wielkiemu sąsiadowi na takie rzekome ćwiczenia, jak chciano je przeprowadzić w grudniu potrzebne jest nasze przyzwolenie. Warto podkreślić, że już w czasie przekazywania dokumentów przedstawicielom polskiego Sztabu Generalnego zapowiedziano w Moskwie możliwość zgłoszenia ćwiczeń, tak jak wymagają tego międzynarodowe procedury.
Rozstaliśmy się z Breżniewem chłodno. Wszyscy polscy uczestnicy moskiewskiej narady wracali do kraju z ulgą, ale i ze świadomością umiędzynarodowienia polskiej sytuacji i polskiej polityki.
Wysoki Sądzie,
zawsze, i wówczas przed laty, i dziś żywe jest wciąż pytanie. Czy ćwiczenia, o których mówimy to rzeczywiste niebezpieczeństwo, czy też był to blef, rodzaj straszaka dla nacisku na polskie władze by zdecydowały się na siłowe działania wobec opozycji. Prokurator określa z dużą pewnością, że wspomniane działania to "środek wywarcia wpływu". Należy się domyślać, że chodzi o wpływ na społeczeństwo. Trudno nie polemizować z taka oceną. Nie prowadziliśmy przecież takiej kampanii bo ocenialiśmy, jako pewnik, że wiadomości o zagrożeniu interwencyjnym kraju wywołają gwałtowne odruchy a nie skłonności do uspokojenia.
Dźwigam na sobie ciężar potwornych wspomnień z tego okresu, pamięć o faktach z którymi się spotkałem. To ukształtowało przekonanie, że wspomniane ćwiczenia to nie był blef, to było rzeczywiste zagrożenie. To przekonanie było podstawą mojego przeciwdziałania groźbie interwencji. Podstawowy argument wydaje się klarowny. Jest nim fakt, że do czasu zapowiedzi ćwiczeń - nie było ze strony radzieckiego kierownictwa poważnych nacisków, presji na stan wojenny, na uderzenie w "Solidarność". Spotykałem się w rozmowach z perswazją, z zachętami do ostrzejszej polityki, łącznie ze stanem wojennym, ale moje stanowisko odmienne od tych sugestii przyjmowano stosunkowo spokojnie.
Trudno więc sobie wyobrazić interwencję jako kolejny krok w eskalacji nacisku na zaostrzenie polskiej polityki. To zbyt kosztowny krok do małego celu. Chodziło zapewne o dokonanie zasadniczego zwrotu w polityce i w tym celu miały być wprowadzone do gry siły zbrojne Układu Warszawskiego. Zakładano, że będą one liczne. Z dokumentów po byłej Czechosłowacji i byłej NRD dowiadujemy się, że wojska, które miły być wprowadzone do Polski byłyby zgrupowane w ramach koalicyjnego frontu obejmującego 5-6 armii. Dowódcą frontu miał być marszałek Wiktor Kulikow. Było to podobne do struktury zgrupowania wojsk, które wkroczyły do Czechosłowacji w 1968r.
Kształtowanie się tej struktury miało następować stopniowo. W pierwszej kolejności na terenie poszczególnych państw następowałoby przygotowanie ich dywizji wyznaczonych do operacji. Znamienna jest decyzja o wprowadzeniu w kompaniach stanowisk zastępców do spraw politycznych, których w warunkach pokoju nie było.
W dyrektywach odnoszących się do ćwiczeń podkreślano, że nie obejmują one decyzji o ich przeprowadzeniu w Polsce i wkroczeniu wojsk sojuszniczych do Polski. Wszystko dotyczyło przygotowań wojsk, rozpoznania tras ich przemarszu, uzupełnień wyposażenia bojowego. Decyzję o uruchomieniu manewrów, łącznie z terminem miało podjąć kierownictwo polityczne.
Trzeba podkreślić, że przygotowania do wprowadzenia wojsk do Polski to nie była zabawa na mapach. Dywizje sąsiadów przygotowane w rzeczywistości stały w pobliżu naszych granic. Potwierdzają to i dokumenty i wspomnienia dowódców różnych szczebli, aż po generałów.
Bardzo ciekawe fakty podaje w gazecie "Mlada Fronta Dnes" (20 lipca 1991r.) czechosłowacki kapitan Flek, a więc oficer niskiego szczebla, lekarz pułku czołgów. Wspomina on: "Stało się jasne, że będziemy się bić i że nie ma mowy o powtórzeniu "biernej" wersji z roku 1968. Służba medyczna została wyposażona w środki opatrunkowe i lekarstwa - zwłaszcza środki antyszokowe. Ich ilość wskazywała, że dowództwo jest przekonane o konieczności prowadzenia ciężkich walk z regularnymi jednostkami armii polskiej, która nie usłucha ewentualnego rozkazu i nie pozostanie w koszarach. Otrzymaliśmy przy tym bezwzględny zakaz umieszczania rannych czy chorych żołnierzy w polskich szpitalach; jeśli nie starczyłoby miejsc w szpitalu polowym, a musieli być hospitalizowani, choćby ze względu na niezbędne, szybkie zabiegi - mieli być natychmiast ewakuowani do kraju.
Na początku grudnia 1980 roku - pisze lekarz pułkowy - gdy atmosfera stała się napięta do ostateczności, armia otrzymała rozkaz wymarszu na pozycje wyjściowe nad polską granicę. Były mrozy, czołgi tańczyły na śliskich jezdniach, przewracały drzewa i słupy telegraficzne, rozbijały domy. Zaczęły mnożyć się ofiary w ludziach i sprzęcie; w powietrze wyleciał cały czołg z ostrą amunicją. Wraz z nimi przygotowywały się do przekroczenia polskiej granicy stacjonujące w Czechach jednostki radzieckie. W rejonie wojskowym Mimoń drogi pełne były nieskończenie długich kolumn olbrzymich ilości techniki wojennej; odrapanej, brudnej, ale zupełnie dobrze funkcjonującej. Dla radzieckich żołnierzy a zwłaszcza oficerów, też nie były to łatwe chwile. Nie było mowy o żadnym entuzjazmie; wspomnienie Afganistanu kładło się głębokim cieniem i na tych okolicach
Na rozkaz przekroczenia granicy czekano z godziny na godzinę. Amunicja była rozdana, silniki czołgów cały czas ciepłe. Każdy gorący posiłek kuchnie polowe zaczynały przygotowywać z perspektywą, że trzeba go będzie kończyć w marszu lub wcale.
Nie wiem, czemu przeszedł nagle rozkaz odwrotu znad granicy - pisze czeski lekarz. Faktem jest, że stało się to nagle, pod wieczór, a odwrót następował szybko i w zdecydowanie lepszych nastrojach". Tak zapamiętał zbrojny pochód na Polskę czechosłowackiej armii jej oficer.
Bardzo interesujące i barwne są te informacje. Żadna z nich nie kojarzy się z blefem. Przedstawiają wymowne i surowe fakty.
Wysoki Sądzie,
w dyskusjach o zamiarze interwencji stają w wyobraźni te znane ich modele, jakie miały miejsce w innych krajach. Sądzę jednak, że nam taka powtórka nie groziła. Z dwoma wyjątkami. Stałoby się tak gdyby doszło w Polsce do wielkiego wybuchu społecznego lub przewrotu ustrojowego. W innej sytuacji, w warunkach jakie wówczas były zanosiło się na interwencję nie taką jak na Węgrzech w 1956r., Czechosłowacji w 1968r., czy w Afganistanie w 1978r.
W Polsce, jak wskazują fakty, wszystko miało się zacząć od ćwiczeń zgłoszonych nawet do struktur Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie. Dla takiego kroku potrzebne było przyzwolenie, brak sprzeciwu polskiego kierownictwa, mającego na Zachodzie opinię liberalnej ekipy. A takiego przyzwolenia być nie mogło. Podkreślam: chodziło o przyzwolenie na ćwiczenia a nie na interwencję.
Wojska interwencyjne, w założeniach liczebnie większe niż całość sił lądowych Wojska Polskiego, miały być rozmieszczone w rejonach wielkich aglomeracji. Mogły one oczywiście tylko pozorować ćwiczenia, bo dla manewrów z udziałem takiej masy wojsk Polska jest zbyt mała. Funkcja tych wojsk, jak się wydaje, była inna. Miały one spełnić rolę swoistego katalizatora sytuacji, a więc czynnika, który sam nie bierze udziału w reakcji, ale pobudza ją i nadaje jej kierunek. Należało się liczyć, że takie masy niepolskich wojsk wywołają masowe odruchy społeczne, powstaną fakty prowokacji, żywiołowe i na obce "zamówienie". To z kolei prowadziłoby do konfliktów z polską ludnością i powstałoby rzeczywiste zapotrzebowanie na reakcję polskich władz.
Nie ulega wątpliwości, że uruchomiona zostałaby cała spirala następstw, krwawych następstw, aż po niebezpieczeństwo użycia siły na skalę masową.
Logiczne więc jest, że ten "aksamitny" początek wkroczenia wojsk sąsiadów do Polski doprowadziłby do krwawego finału. Z tym trzeba się było liczyć i stąd taka moja determinacja w przeciwdziałaniu.
Taki był stan myślenia w dniach kiedy wystąpiły groźne zdarzenia. Po latach pojawiły się dokumenty, wspomnienia uczestników i świadków historii. Żadne z tych świadectw nie podważa ocen, które tu przedstawiłem.
Wciąż żywe jest pytanie o przyczyny wycofania się z interwencji. Nie ma żadnych podstaw do kwestionowania tego, że w grudniu 1980r. podjęto przygotowania do takiego przedsięwzięcia, że miały one charakter realny, wyprowadzono na miejsca formowania dywizje, trwało ich uzupełnianie i wyposażanie, wprowadzono zasady ich postępowania, dokonywano rekonesansu tras ich przewidywanego przegrupowywania. Na potwierdzenie tego jest dość dokumentów czechosłowackich i NRD.
Znaliśmy termin zamierzonego wkroczenia ich sił do Polski - miało to być 8 grudnia 1980r., w celu formowania ugrupowania bojowego. Wiemy też, że miało ono mieć kształt frontu dowodzonego przez marszałka Wiktora Kulikowa. To wszystko jest bezsporne.
Nie jest pewne, czy jeszcze nie było decyzji o wkroczeniu do Polski, czy też została już podjęta a następnie anulowana. Myślę, że najważniejsze jest to, że była decyzja o sformowaniu interwencyjnego ugrupowania bojowego i było już duże zaawansowanie w realizacji tego zadania. Pewne jest też, że przerwano te działania i ograniczono się do rutynowych ćwiczeń dowódczo- sztabowych, bez udziału wojsk. To już była inna jakość.
Na pewno nie było jednej przyczyny takiego postanowienia. Mamy podstawy, aby sądzić, że w kierownictwie radzieckim do końca trwały spory: za i przeciw interwencji w Polsce.
Wielkie znaczenie miało tu przeciwdziałanie Stanów Zjednoczonych. Chciałbym tu podkreślić zasługi Zbigniewa Brzezińskiego, doradcy do spraw bezpieczeństwa prezydenta Jimmy Cartera.
Na znanej konferencji historycznej w Jachrance pod Warszawą powiedział on: "Według nas radzieckie plany zakładały osiągnięcie zdolności bojowej do interwencji. Podkreślam - zakładały osiągnięcie zdolności bojowej do interwencji. Nie mogę ani potwierdzić, ani zaprzeczyć, czy rzeczywiście decyzja o wkroczeniu została podjęta. W każdym razie w początkach grudnia (1980r. - SK) byliśmy przekonani, że Związek Radziecki jest gotowy do interwencji. 3 grudnia prezydent Stanów Zjednoczonych po południu przez "gorącą linię" do pana Breżniewa powiadomił radzieckie przywództwo, że w razie interwencji wojskowej w Polsce ZSRR powinno się liczyć z najpoważniejszymi konsekwencjami. Otrzymanie tej wiadomości potwierdzono w Moskwie o godzinie 16.21 tego samego dnia, a więc radzieckie kierownictwo wiedziało o naszym stanowczym stanowisku. Sądzę, że w jakimś stopniu ta wiedza pomogła panu Kani w jego trudnej rozmowie z Breżniewem." Tyle Brzeziński.("Wejdą, nie wejdą", str. 173).
Można do tego dodać, że z inspiracji Brzezińskiego na początku grudnia 1980r. głośno było w Ameryce i w Europie Zachodniej o zagrożeniu interwencyjnym Polski. Pamiętam taką stronę tytułową chyba niemieckiego magazynu, która to symbolicznie wyrażała, w postaci czołgu z czerwona gwiazdą najeżdżającego na mapę Polski wypełnioną godłem narodowym. Podawano hipotetyczne kierunki przemarszu wojsk. To wszystko robiło wrażenie i spełniało ważną rolę w pobudzaniu społecznej wyobraźni. Sprzyjało to też rozważaniom na Kremlu.
Jest w tym przeciwdziałaniu interwencji miejsce i na naszą rolę. Wspominałem wcześniej, że potrzebne było nasze przyzwolenie, brak sprzeciwu wobec tak zwanych "ćwiczeń". Tego być nie mogło. Nasz najważniejszy sojusznik, bardzo szybko przekonał się, że nie może liczyć na naszą bierność, na jakiś rodzaj legitymizacji "ćwiczeń".
Bardzo ważne było to, że na radziecką niepewność, wahania w sprawie następstw interwencji nakładałem słowa naszej pewności o narodowych, zbrojnych, krwawych reakcjach Polaków na obecność sił interwencyjnych w kraju. W swoich rozmowach eksponowałem też bardzo ciężkie międzynarodowe następstwa interwencji dla Związku Radzieckiego. Radziecki interes nie mniej niż nasz, polski przemawia za wyłączeniem myślenia o zbrojnej interwencji w Polsce. Tą formułą jak mantrą posługiwałem się w rozmowach z przedstawicielami radzieckiego kierownictwa. To okazało się i trafne i skuteczne. Nie można pominąć doniosłej roli w tych sprawach naszego Papieża.
Jan Paweł II samą swoją obecnością na papieskim tronie, ale i dzięki swemu osobistemu autorytetowi jaki zdobył w czasie swojego pontyfikatu powodował respekt u wszystkich, którzy chcieli działać na szkodę Polski.
Tak więc nie jedna przyczyna a ich splot spowodował, że Związek Radziecki zrezygnował z zamiaru wprowadzania swoich wojsk do Polski. Oddalone zostało wielkie zagrożenie jakiego Polska i wcześniej i później nie zaznała.
Wysoki Sądzie,
niestety nie było to ostatnie z niebezpieczeństw ze strony naszych sojuszników z Układu Warszawskiego. Już po trzech miesiącach od pamiętnego grudnia pojawiły się znowu groźne sygnały.
W połowie marca rozpoczęły się ćwiczenia dowódczo-sztabowe wojsk Układu warszawskiego, ćwiczenia zaplanowane wcześniej i uzgodnione z nami. Nałożyły się na nie reperkusje głośnych zdarzeń z udziałem "Solidarności" na sesji Wojewódzkiej Rady Narodowej w Bydgoszczy w dniu 19 marca 1981r. Są one opisane w akcie oskarżenia (str. 19-20). Na tym tle wyrosło nowe napięcie, groźba a później fakt wielkiego strajku powszechnego w kraju w dniu 27 marca. Wewnętrzne napięcia i koalicyjne ćwiczenia to ze swej natury niedobra mieszanka, brzemienna w skutki.
W marcu - ściślej 17 marca - przybył ponownie do Polski w związku z ćwiczeniami marszałek Kulikow. W trakcie rozmowy ze mną przekazał w imieniu Breżniewa zaniepokojenie sytuacją w Polsce oraz pogląd, że trzeba się ostrzej odnieść do przeciwnika. Mój rozmówca uważał, że zdaniem kierownictwa KPZR w każdym momencie może się okazać konieczny stan wojenny. Zapowiedział możliwość wystąpienia do nas o zmianę charakteru ćwiczeń, z dowódczo-sztabowych na manewry, z udziałem wojsk.
W tym okresie miałem też spotkanie z wybitnymi intelektualistami. Przybyli do Komitetu Centralnego z własnej inicjatywy. Odczułem ich ogromny niepokój o przyszłość. Apelowali o cierpliwość, o rozwagę władzy, krytykowali różne przejawy arogancji w informowaniu społeczeństwa, podkreślali potrzebę wyjaśnienia tego, co stało się w Bydgoszczy i konieczność rozwiązywania problemów, które tworzą napięcia, nalegali na rejestrację "Solidarności" wiejskiej. Oto niektóre wypowiedzi.
Karol Małcużyński: "Sejsmografy opinii publicznej wskazują na szczytowe niebezpieczeństwo", Andrzej Wajda: "My, bezpartyjni, uważamy, że jeśli odnowa ma się udać, to na jej czele musi stać partia, ale nie może zajmować postawy, że z niczego nie ustąpi", Jan Józef Szczepański: "Odnowy nie zrobią ludzie bez zaufania, takich jest dużo. Wyciągnąć trzeba wnioski z faktu, że niepopularność sił porządkowych i prokuratury powoduje, iż nie wierzy się ocenom ich działalności", Klemens Szaniawski: "Nie da się kierować krajem, gdy trwać będzie rozmijanie się ocen społecznych i władzy", Aleksander Gieysztor: "Napięcie społeczne wyrasta z obaw, że może być wiele takich Bydgoszczy. Klucz jest w odnowie partii, dźwiga ona skutki położenia geopolitycznego. Kościół w partii widzi partnera". Krzysztof Penderecki poparł stanowisko swoich kolegów. To tylko niektóre wypowiedzi. Było o czym myśleć.
Ożywiły się telefony Breżniewa do mnie. Wśród nich dwa, z końca marca, wciąż tkwią w mojej pamięci.
Trwały nadal ćwiczenia mino, że ich zakończenie było zaplanowane na 25 marca. Około 12.00, 27 marca zadzwonił do mnie Breżniew. W kraju wówczas było bardzo trudno, był to dzień powszechnego strajku ostrzegawczego o zasięgu krajowym. Nie ukrywałem, swojego niepokoju, ale i tego, że nie wolno działać pochopnie, bo można uruchomić ciąg wydarzeń, które doprowadzą do tragedii.
Mój rozmówca oceniał, że sytuacja weszła w krytyczną fazę, wrogowie rwą się do władzy, powstało śmiertelne zagrożenie dla socjalizmu. Wzywał, że trzeba wykazać męstwo, że jest to moment na decyzje, których odkładać nie wolno, że należy ogłosić stan wojenny, zdławić prowodyrów - wszystko to pod hasłem obrony demokracji. Radził też wykrycie 2-3 składów broni i amunicji, co pomogłoby w przekonaniu, że uprzedzamy wojnę domową.
Na końcu przedstawił konkluzję, że jeśli uda się rozstrzygnąć sprawy swoimi siłami to może nie być żadnych reakcji Zachodu. Jeśli nie - to przyjdzie przeżyć niejedną trudność. Przeprosił też za taki charakter rozmowy. Wszystko to łącznie, a więc przedłużanie się ćwiczeń, zapowiedź możliwości ich przekształcenia w manewry z udziałem wojsk i wreszcie rozmowa z Breżniewem tworzyło groźną sytuację. Pytania były oczywiste, ale odpowiedzi trudne.
W tym czasie przyjmowałem też szefa radzieckiego wywiadu, generała Władimira Kriuczkowa, który przybył do Polski razem z marszałkiem Kulikowem. W toku rozmowy zrodziła się myśl o potrzebie pilnego spotkania z przedstawicielami najwyższego radzieckiego kierownictwa, ale jednak nie Breżniewem. To była moja inicjatywa. Już na drugi dzień przedstawiono mi ofertę spotkania z bardzo wpływowymi członkami Biura Politycznego KPZR Jurijem Andropowem (szefem KGB - późniejszym następcą Breżniewa) i marszałkiem Dmitrijem Ustinowem (ministrem Obrony).
Spośród różnych propozycji wybraliśmy z Wojciechem Jaruzelskim na miejsce spotkania okolice Brześcia. Udaliśmy się tam wspólnie, radzieckim samolotem wojskowym. Nasi rozmówcy przybyli z Moskwy 3 kwietnia wieczorem, specjalnym pociągiem. Zatrzymał się on na wyłączonej linii kolejowej pod Brześciem i stał się miejscem konferencji.
Rozmowy trwały całą noc. Różniliśmy się w podejściu do polskich spraw. Były to jednak dobre rozmowy, bez uników, nie wymiana oświadczeń a autentyczne spory Staraliśmy się by nasi rozmówcy zrozumieli złożoność naszej sytuacji, podstawy naszej linii politycznej, najważniejsze zamiary i sprzeciw wobec stanu wojennego i ewentualności interwencji.
Był to czas wielkiego napięcia w kraju po wydarzeniach w Bydgoszczy, po powszechnym strajku ostrzegawczym. Nasi rozmówcy zarzucali nam pobłażliwość wobec działań "Solidarności" i przekonywali do zdecydowanych siłowych działań. Po wielu dyskusjach, sporach spotkanie zakończyło się stwierdzeniem Andropowa: "No, niech będzie. Nie wprowadzajcie stanu wojennego". Andropow zaznaczył jednak: "Nie spóźnijcie się z decyzją. To też kosztuje". Za dwa, czy trzy dni po spotkaniu otrzymałem telefon od generała Floriana Siwickiego, szefa Sztabu Generalnego - ćwiczenia, które budziły nasze wielkie i uzasadnione obawy, zostały zakończone.
Spotkanie pod Brześciem ma swoje miejsce w akcie oskarżenia (str.66). Prokurator kwituje je trzema zdaniami. Wszystkie łącznie tworzą taki obraz, że pojechaliśmy na spotkanie z żądaniem by było tajne, z zapewnieniem, że porządek w kraju zaprowadzimy własnymi siłami i meldunkiem, że mamy komplet dokumentów o stanie wojennym. To fałszywy obraz, tworzony tylko z myślą o oskarżeniu niezależnym od prawdy. Najistotniejsze jest to czego prokurator nie zauważył.
Brzeskiemu spotkaniu poświęcono w Moskwie dwa posiedzenia Biura Politycznego KPZR. Są one udokumentowane i włączone do akt sprawy, ale trzeba je przeczytać. Jedno - z 2 kwietnia 1981r. (Tom 18, k.3501) w sprawie celowości spotkania i przygotowaniu do rozmów, a drugie - z 9 kwietnia (Tom 18, k.3513) o wynikach spotkania.
Dyskusja na wspomnianych posiedzeniach w Moskwie miała bardzo zasadniczy a nie zdawkowy, formalny charakter. Przytoczę tylko fragmenty opisu stanowiska z którym nasi rozmówcy wybierali się na spotkanie i bardzo lakoniczne oceny przebiegu spotkania. Co wynika z protokółu Biura Politycznego KPZR, do czego chcieli nas przekonać rozmówcy?
Breżniew:
" należałoby wyjść naprzeciw życzeniom przyjaciół i zgodzić się na wyjazd tow.tow. Andropowa i Ustinowa do Brześcia na spotkanie z tow.Kanią i Jaruzelskim. Pozwoli to dokładniej zapoznać się z sytuacją w kraju ocenić zamiary przyjaciół i jeszcze raz przedstawić nasze stanowisko.
W rezerwie mamy taki środek jak nowe spotkanie siódemki na najwyższym szczeblu w kwestii polskiej. Trzeba będzie im powiedzieć, co oznacza wprowadzenie stanu wojennego i wyjaśnić wszystko jak należy". Siódemka, o której mówił Breżniew oznacza naradę przywódców 7 państw Układu Warszawskiego, taką jaka była w Moskwie 5 grudnia 1980r.
Andropow mówi:
"Musimy oczywiście jeszcze raz powiedzieć polskim przywódcom o podjęciu surowych działań, niech się nie boją, że doprowadzi to być może do rozlewu krwi Mówimy im o podjęciu stanowczych działań wojskowych, administracyjnych, sądowych, ale oni ciągle ograniczają się do środków politycznych".
Andropow przekazał też informację o inicjatywie Tadeusza Grabskiego i Stefana Olszowskiego utworzenia w Polsce podziemnego Biura Politycznego.
Ustinow ocenia:
"Oczywiście na razie jest jakaś nadzieja, że armia i organa bezpieczeństwa i milicji wystąpią zwartym frontem, ale im dalej będzie gorzej. Myślę, że rozlewu krwi nie da się uniknąć. On nastąpi."
A co przedstawili nasi rozmówcy Breżniewowi i Biuru Politycznemu po spotkaniu? Traktuje o tym protokół z 9 kwietnia.
Ustinow:
"Polacy boją się wprowadzić stan wyjątkowy. Tego nie rozumiemy." Jeszcze wyraźniej określił to Andropow. Mówił: " Powiedzieliśmy to Kani wprost: Wy każdego dnia się cofacie a trzeba działać, trzeba podjąć działania wojskowe, zastosować środki nadzwyczajne." Zaznaczał jednak: "Jeśli chodzi o wprowadzenie wojsk, to powiedzieli wprost, że jest to absolutnie niemożliwe. Tak samo jak nie można wprowadzić stanu wojennego".
Były to konkluzje długich rozmów i dostatecznie wyraźnie z nich wynika mój i nasz stosunek do sprawy interwencji i stanu wojennego. Nasze rozmowy miały jeszcze jeden skutek - oddaliły rozważania w Moskwie o zwołaniu kolejnej narady szefów partii i państw Układu Warszawskiego znowu poświęconej Polsce. To forum niosło z sobą niebezpieczeństwo podjęcia wyroku na Polskę, wyroku o nieobliczalnych skutkach.
Wysoki Sądzie,
po wydarzeniach grudnia 1980r. i marca 1981r. radziecka polityka wobec Polski uległa istotnej modyfikacji. Nie wróciły już propozycje manewrów z udziałem wojsk Układu Warszawskiego, stanowiących wstęp do interwencji. Niezmienna pozostała jednak radziecka orientacja, że kryzys w Polsce trzeba rozwiązać siłą, ale polskimi siłami - wprowadzając stan wojenny.
Ważnym potwierdzeniem takiej zmiany jest informacja ze źródeł b. NRD o stanowisku marszałka Kulikowa w rozmowie 7 kwietnia 1981r., po zakończeniu ćwiczeń w Polsce, w której uczestniczyli zastępcy ministra Obrony NRD generałowie Streletz i Kessler. Rozmowa była oficjalna, marszałek oświadczył, że prowadzi ją za zgodą ministra Obrony Związku Radzieckiego. ("Zeszyty Historyczne" Nr 118, 1996 - Archiwum Ministerstwa Obrony NRD).
Są w tej rozmowie znamienne oceny i zamiary. Marszałek oświadczył, że "dopóki polskie organa bezpieczeństwa nie zostaną wprowadzone do akcji - pomoc zewnętrzna nie wchodzi w grę, bowiem w przeciwnym razie powstałyby poważne komplikacje międzynarodowe. I dalej marszałek podkreśla, że "w pierwszej kolejności muszą sami (tzn. polskie kierownictwo - SK) rozwiązać własne problemy. Jeśli nie zdołają sami tego zrobić i wówczas poproszą o pomoc, powstanie inna sytuacja, niż gdyby na początku natychmiast wprowadzono do akcji armie Układu Warszawskiego".
To było nowe podejście, odczuwaliśmy zmianę polegającą na nasilającej się radzieckiej presji na stan wojenny. Miało to miejsce i wcześniej, w rozmowach na Kremlu w dniu 4 marca 1981r. po XXVI Zjeździe KPZR, w których uczestniczyła cała polska delegacja. W informacji KPZR po tych rozmowach (Księga IPN - "Przed i po 13 grudnia", Tom I, str. 408) pisze się, że: "Stanisław Kania nie kwestionuje konieczności przygotowania się do użycia środków siłowych przeciwko wrogom socjalizmu, ale podkreślił, że na obecnym etapie polskie władze nadal stawiają na polityczne rozwiązanie".
Jest rzeczą charakterystyczną, że na zakończenie obrad - zapisano w dokumencie, że: "Mimo wszystko trzeba dostrzegać konieczność podjęcia w najbliższym czasie stanowczych kroków przeciw kontrrewolucji. Po raz kolejny powiedziano polskim towarzyszom, że mogą liczyć na wsparcie ze strony ZSRR i innych bratnich państw."
Wysoki Sądzie,
radziecka presja na siłowe rozwiązania osiągnęła nieznane wcześniej wymiary. Najpełniej wyraziło się to na początku czerwca 1981r. w związku z listem Komitetu Centralnego KPZR do naszego Komitetu Centralnego. Otrzymałem go z rąk radzieckiego ambasadora, wieczorem 5 czerwca. Zwrócił się on o doręczenie kopii listu wszystkim członkom Komitetu Centralnego. Dziwna to była prośba, ale wkrótce okazało się o co chodzi. (Tekst listu - Księga IPN, Tom II, str. 66).
List z Kremla był aktem złowieszczym i bezprecedensowym. Autorzy listu twierdzili, że wrogowie socjalizmu już zdobywają władzę i powstało zagrożenie dla samego istnienia niezależnego państwa polskiego. Główne oskarżenia były skierowane pod moim adresem i Wojciecha Jaruzelskiego. Podkreślano, że istnieje jeszcze możliwość zapobieżenia katastrofie narodowej, ale wymaga to rewolucyjnego zdecydowania kierownictwa.
Wezwano do przełamania "biegu wydarzeń" i skierowania ich "na właściwy nurt" jeszcze przed IX Nadzwyczajnym Zjazdem, zwołanym na 14 lipca 1981r.
Sprawa była, aż nadto czytelna. Chodziło o to by odrzucić dotychczasową linię polityczną PZPR, zerwać przygotowania do Zjazdu i wprowadzić stan wojenny.
W tym celu potrzebne było inne kierownictwo. Pojawiły się sygnały, a później pełniejszy obraz dopełniony przez materiały archiwalne, o masowych rozmowach rożnych radzieckich przedstawicieli skierowanych na indoktrynację polskich działaczy partyjnych, administracyjnych i wojskowych. Główna sprawą było demonstrowanie poparcia dla listu KPZR i zmiana partyjnego kierownictwa.
Swoje stanowisko w związku z listem przedstawiłem Biuru Politycznemu i w referacie na posiedzeniu Komitetu Centralnego. Sprowadzało się ono do tego by nie toczyć sporów z KPZR o ocenę sytuacji, ale bronić naszej programowej linii politycznej, racjonalności stosowania metod politycznych w rozwiązywaniu konfliktów społecznych oraz utrzymać decyzję o zwołaniu w zaplanowanym terminie Nadzwyczajnego Zjazdu PZPR.
Obrady Komitetu Centralnego były niezwykle burzliwe, widać było, że uczestnicy zdawali sobie sprawę o co toczy się spór - rzeczywiście ważyły się losy Polski. Po różnych momentach przesilenia na obradach, Komitet Centralny wyraźną większością wyraził zaufanie do swojego kierownictwa, opowiedział się za kontynuacją dotychczasowej polityki i za przeprowadzeniem Nadzwyczajnego Zjazdu PZPR. Autorzy listu z Moskwy bardzo się zawiedli.
List KPZR, wymowa jego treści i przebieg obrad Komitetu Centralnego wywarł duże poruszenie nie tylko w partii, ale i w szerokich kręgach społeczeństwa, i to nie tylko w Polsce. To dziwne, że prokurator w akcie oskarżenia z całego listu zauważył, że podkreślono w nim błędy poprzedniego kierownictwa. To takie celne jakby napisać, że krytykowano głównie rządy sanacyjne.
Minęły lata i dopiero teraz poznajemy nowe fakty, w tym i te, które dotyczą listu KPZR. To była przemyślana radziecka operacja zmierzająca do zamachu stanu w Polsce. Dowiadujemy się z archiwów b.NRD ("Przed i po 13 grudnia" Tom II str. 27) o niezwykłym spotkaniu 16 maja 1981r. w Moskwie. Uczestniczyli w nim Leonid Breżniew, Gustaw Husak i Erich Honecker oraz towarzyszący im członkowie kierownictw partyjnych. Było to spotkanie poświęcone Polsce, ale odbyło się ono bez mojego udziału. Było to trzy tygodnie przed sławetnym listem KPZR.
Przedstawiono niezwykle ostre oceny odnoszące się do Polski i złowieszcze deklaracje i zamiary.
Oto niektóre z wypowiedzi:
Breżniew:
"Obecna sytuacja w Polsce jest tak poważna, że musimy wypracować szereg wariantów wyjścia z niej. Celowe jest opracowanie wspólnej analizy i nie wykluczanie żadnej możliwości. Wiktor Kulikow opracował odpowiednie plany dla kilku wariantów, które będą realizowane w sytuacji zagrożenia."
"PZPR może jeszcze polegać na Wojsku Polskim, organach bezpieczeństwa i aktywie partyjnym, ale Kania wykazuje niezdecydowanie i słabość."
" Musimy jednak zauważyć, ze zmiana kierownictwa może mieć negatywne aspekty. Nie widać żadnej znaczącej indywidualności, która mogłaby temu podołać."
Honecker:
"Ja nie opowiadam się za akcją wojskową, chociaż sojusznikom daje do tego prawo Układ Warszawski. Byłoby właściwym utworzyć kierownictwo, które byłoby gotowe wprowadzić stan wyjątkowy i podjąć zdecydowane działania przeciw kontrrewolucji."
Husak:
"Nasza narada, tak jak w grudniu (1980r.- SK) wzmocniłaby zdrowe siły w Polsce. Panuje rozczarowanie Kanią i Jaruzelskim. Olszowski i Grabski zajmują pozytywne stanowisko, ale czy to są osobistości, które wyprowadzą Polskę z obecnej sytuacji."
Andropow:
"Odroczenie terminu Zjazdu jest nierealne. Nie chodzi o to kogo należy zastąpić, lecz również jak to zrobić. Według naszych informacji układ sił wynosi 50:50, ale powstaje pytanie, kto przejmie inicjatywę Zdrowe siły muszą wykorzystać XI plenum żeby stoczyć bitwę."
Gromyko:
" po uzgodnieniu przez Polaków z Leonidem Iliczem, iż zjazd partii będzie przesunięty w czasie, bez jakiejkolwiek konsultacji z nami zjazd został zwołany, a my zostaliśmy o tej decyzji jedynie poinformowani."
Gromyko mówił prawdę, że IX Zjazd został zwołany bez konsultacji ze stroną radziecką, która została o tym fakcie tylko poinformowana. I to dobrze, bo gdyby stało się inaczej, zapewne Zjazdu by nie było. Działało bowiem swoiste sprzysiężenie sojuszników przeciwko naszemu Zjazdowi.
Breżniew na zakończenie posumował:
"Podstawowa kwestia polega na tym, że z jednej strony nie można się oprzeć na obecnym kierownictwie, ale z drugiej nie widać obecnie, żadnej realnej możliwości jego wymiany. Musimy się martwic o to w jaki sposób znaleźć odpowiednie osoby i jak przygotować je do sytuacji nadzwyczajnych. Tymczasem mamy możliwość wywierania nacisku gospodarczego, ponieważ jesteśmy głównym dostawcą ropy naftowej i innych surowców."
Myślę, że jeśli szukać syntezy dla narady najwyższych przedstawicieli trzech państw w sprawach Polski to można stwierdzić, że dała dowód wielkiej determinacji w tym co w Polsce zmienić. Dawała też dowód bezsiły w przeprowadzeniu zmiany polskiego kierownictwa, jego linii programowej i wprowadzeniu orientacji na siłowe rozwiązanie polskich problemów. To co nie mogło zostać wówczas rozstrzygnięte nie przestawało jednak być dla sojuszników nadal aktualne. Ta prawda dała o sobie znać nie tylko w związku z operacją związaną z listem KPZR z czerwca 1981r., ale i późniejszymi wydarzeniami.
Myślę, że zapis przebiegu narady pozwala najpełniej zrozumieć sens listu z Kremla. Liczono na zwrot w polityce PZPR, zerwanie przygotowań do Nadzwyczajnego Zjazdu, oraz na wprowadzenie takich zmian kadrowych na najwyższym szczeblu, które doprowadzą do stanu wojennego. Autorzy listu bardzo się zawiedli w swoich nadziejach.
Wysoki Sądzie,
sytuacja w kraju podlegała zmianom, wciąż trudne były jednak problemy gospodarcze, zwłaszcza o charakterze bytowym. Zmieniały się poglądy społeczne, ale wciąż było dużo napięć. Utrzymywała się presja sojuszników na siłowe rozwiązanie polskich problemów.
W takich warunkach odbywał się w lipcu 1981r. IX Nadzwyczajny Zjazd PZPR. Było to wydarzenie oczekiwane nie tylko przez partię, ale i przez Polskę. Sprzysięgli się przeciw niemu sąsiedzi i sojusznicy. Zrobili oni wszystko na co ich było stać by do Zjazdu nie dopuścić.
Wśród prawie dwóch tysięcy delegatów na Zjazd PZPR, reprezentujących różne środowiska, ponad 400, to znaczy 20%, było członkami "Solidarności". Członkami "Solidarności" był wówczas 1 mln członków PZPR. Były to bardzo znamienne zjawiska.
Najważniejsze było to, że Zjazd proklamował program rozwoju demokratycznych przemian w organach państwa i życiu społecznym, program reformowania gospodarki i zmian w partii. Całe przygotowania i sam Zjazd dały dowód demokratyzmu partii w kształtowaniu jej programu, składu władz, doborze kadr i podejmowaniu ważnych decyzji.
Było to bardzo ważne, bo całe doświadczenie Polski Ludowej przyniosło przekonanie, że tylko wtedy rządząca partia staje się siłą napędową demokracji gdy sama rządzi się demokratycznymi zasadami. Jest to doświadczenie uniwersalne odnoszące się nie tylko do przeszłości. Polska Zjednoczona Partia Robotnicza dała niepodważalny dowód, że takimi zasadami chce się rządzić.
Obszerny fragment referatu programowego, jaki wygłosiłem na Zjeździe był poświęcony "Solidarności", jako partnerowi współdziałania z państwem i PZPR.
Zjazd miał duże znaczenie dla pozycji Partii i jej kierownictwa w społeczeństwie oraz w stosunkach międzynarodowych. Proklamowany został nowatorski program demokratyzacji i reform, a kierownictwo partii uzyskało demokratyczną legitymizację.
Bezpośrednio po wyborach, Leonid Breżniew gratulując mi powołania na stanowisko I sekretarza stwierdził: "Naród radziecki wyraża zadowolenie, że zostałeś powołany na przywódcę partii". Nie miałem żadnych złudzeń, że jest to stwierdzenie o treści ulotnej.
Już 28 lipca otrzymałem depeszę od Breżniewa z zaproszeniem na rozmowy na Krymie. Depesza była pełna niepokoju o rozwój sytuacji, o nasilającą się antyradzieckość w Polsce. Zdziwiłem się jednak, kiedy podkreślał, iż miał nadzieję, że po naszej rozmowie sytuacja się poprawi. Minęło przecież od niej zaledwie 6 dni. Niepokoił się, że rząd ma zamiar ulec żądaniom "Solidarności" i przekazać przedsiębiorstwa pracowniczym kolektywom. Oceniał, że jest to rozbicie ekonomicznej podstawy socjalizmu. Rzecz w tym, że takiego zamiaru nie mieliśmy, zostało jasno określone w moim referacie na IX Zjeździe. Cała sprawa była wyrazem dezinformacji. Tak samo trzeba oceniać niepokój Breżniewa, że Zjazd "Solidarności" zakończy się powołaniem nowej partii o nazwie "Partia Pracy".
Najważniejsza była prośba Breżniewa o telegraficzna odpowiedź i naświetlenie naszych planów przeciwdziałania kontrrewolucyjnemu zagrożeniu. Moją odpowiedź zawartą w kilkustronicowym tekście, jak i depeszę Breżniewa chcę dołączyć do moich wyjaśnień. W moim tekście zawarta była deklaracja w sprawie możliwości zmiany sytuacji.
Tekst odpowiedniego fragmentu był następujący:
"Wnikliwa analiza przyczyn, które zrodziły niespotykany w historii Polski Ludowej kryzys polityczny i ekonomiczny, ocena charakteru i głębi nastrojów społecznych, źródeł wzrostu wpływów sił skrajnej prawicy i anarchosyndykalizmu, wskazuje, że opanowanie tej sytuacji trudno będzie realizować metodą radykalnego, szybkiego przełomu. Realizm w planowaniu każe zakładać, że będzie to proces odbywający się w dłuższym okresie czasu."
Nasze spotkanie, moje i Wojciecha Jaruzelskiego z Breżniewem na Krymie miało miejsce w dniu 14 sierpnia 1981r. Ze strony radzieckiej brali udział Andrzej Gromyko, Konstantin Czernienko i Konstantin Rusakow. Spotkanie miało charakter nie tylko rutynowy. Wyrażono niepokój o sytuację w Polsce, presję na uderzenie w kontrrewolucję oraz apele by dbać o kondycję armii i sił porządkowych.
Były jednak i pewne wymowne fakty związane z naszą pozycją po Nadzwyczajnym Zjeździe.
Pierwszym tego dowodem były rozmowy w sprawie oficjalnego komunikatu o naszych rozmowach. Jego projekt przedstawił mi Andrzej Gromyko w czasie podróży z lotniska w Symferopolu do Niżnej Orieandy w pobliżu Jałty. Zakwestionowałem treść tego dokumentu, że jest dla nas nie do przyjęcia. Uzgodniliśmy, że mamy tekst przedstawić po rozmowach na drugi dzień.
Pracowaliśmy całą noc z Wojciechem Jaruzelskim i nowa wersja została przyjęta przez Gromykę bez większych trudności. Nasze propozycje zmian były istotne. Usunięto z projektu stwierdzenie o aktualności ocen i zaleceń zawartych w liście KPZR z 5 czerwca 1981r. Powstała nowa formuła stosunku KPZR do naszego IX Zjazdu, inaczej ujęto sprawy międzynarodowe.
W innej tonacji niż to wcześniej bywało formułowano oceny i sugestie pod naszym adresem. Ich treść była jednak wciąż złowieszcza.
Zaczęło się od powitań i kurtuazyjnych stwierdzeń na temat acyzłożonej sytuacji, w jakiej przybywamy na spotkanie. Breżniew powiedział, że rozmawiał z przywódcami bratnich partii i wyraża również ich poglądy. Zaznaczył, że doceniają znaczenie IX Zjazdu, ale trzeba też zwrócić uwagę, że 20% członków Komitetu centralnego wywodzi się z "Solidarności". Liczył na korzystny zwrot, a zmienia się sytuacja na gorsze. Z myślą o tym, skierował do mnie depeszę przed spotkaniem. Odpowiedź zawarta w mojej depeszy daje wprawdzie orientację w wielu sprawach, ale budzi też zastrzeżenia.
Leonid Breżniew uważał, że wciąż nie podjęliśmy odpowiednich kroków dla opanowania kryzysu. Podniósł kilka kwestii. Bardzo ubolewał, że IX Zjazd nie wybrał do władz partii wielu pryncypialnych towarzyszy z centralnego szczebla i spośród aparatu partyjnego. Trzeba otoczyć ich opieką, bo to cenne kadry - podkreślał. Partia i rząd nie mogą już iść na żadne ustępstwa. Radził szerzej korzystać z kadr wojska i powierzać oficerom różna stanowiska cywilne. Mają sygnały, że wróg wchodzi do wnętrza wojska i MSW.
Wyraził zdziwienie z powodu naszego dystansowanie się od konfrontacji z wrogimi siłami. Cytował w związku z tym fragment mojego końcowego przemówienia na Zjeździe, który brzmiał: "Trzeba ostatecznie przerwać wszelkie działania wystawiające państwo nasze, władzę i partię na jakąkolwiek próbę sił, na niebezpieczną konfrontację. My na konfrontacji nie budujemy żadnych nadziei. Niech nie odważa się budować tych nadziei nikt". Przypomniał o męstwie Dzierżyńskiego i Frunze; odwołał się do przykładu Węgier, gdzie doszło do kontrrewolucji i musiały wejść wojska radzieckie, oraz do Czechosłowacji, gdzie Dubczek wysunął hasło "socjalizmu z ludzką twarzą" i znowu weszły wojska. Zwróćcie uwagę - nawoływał Breżniew - jak dobra jest ekonomiczna sytuacja w tych krajach. Było to bardzo znamienne, wysoce aluzyjne i złowieszcze porównanie.
Oswoiłem się już z najostrzejszymi ocenami. Tu jednak - nie ukrywam - znowu mrowie przeszło mi po kościach.
Rozmówca zwrócił się do nas z pytaniem, czy nie uważamy, że sytuacja wymaga wprowadzenia stanu wojennego , bowiem jego zdaniem czas po IX Zjeździe tworzy dogodny moment. Pytał z wyrzutem, jak ocenić w zestawieniu z tym co dzieje się w Polsce, słowa mojej depeszy, skierowanej do niego, w której było stwierdzenie, że: " opanowanie tej sytuacji trudno będzie zrealizować metodą radykalnego, szybkiego przełomu. Realizm w planowaniu każe zakładać, że będzie to proces odbywający się w dłuższym okresie czasu". Oczekiwania od nas były zupełnie odmienne.
Leonid Breżniew wzywał byśmy skończyli z kompromisami, odczytywał oceny z kartki, ale odrywał się często od tekstu i wpadał w emocjonalny ton. Zanotowałem niektóre jego słowa: "Kto was wytłumaczy przed narodem, jeśli kontrrewolucja zwycięży", "Socjalizmu nie obroni się metodą porozumień, prędzej czy później nastąpi starcie", "Albo wy ich za gardło, albo oni was", "Pora skończyć z dobrodusznością". Na zakończenie swoich wywodów na temat wydarzeń w Polsce powiedział: "Wszystko to idzie ku obcym brzegom".
Odpowiedziałem na wywody gospodarza, że nikt bardziej od nas nie odczuwa niebezpieczeństw i złożoności sytuacji. Występują w niej też wyraźne zmiany na lepsze. Nie można porównywać polskiej sytuacji - powiedziałem - do Węgier w 1956r., ani do Czechosłowacji w 1968r. Jest nam trudniej, mamy ciężki kryzys ekonomiczny, który zrodziło złe rządzenie, jego skutki odczuwają wszyscy. Tego w wymienionych krajach nie było. Wreszcie jest to nie pierwszy, a kolejny wstrząs, który godzi w pozycje partii i władzy. Mamy też do czynienia ze zorganizowana opozycją. Mimo wszystko jest u nas inaczej, lepiej, bo choć są trudności, nie doszło do rozkładu partii, władzy, aparatu państwowego, służb porządkowych i armii. Jest to fundamentalna sprawa przy rozważaniu sposobów reakcji na polską sytuację.
Podkreśliłem, że Zjazd uznajemy za wydarzenie wielkie. I my również traktujemy jako stratę to, że nie wybrano do władz niektórych działaczy. Najważniejsze jest jednak to, że nie ma podstaw do kwestionowania wartości wybranego Komitetu Centralnego. Działania skrajne - podkreśliłem - to ostateczność. Dziś dla nich nie ma uzasadnienia. Trzeba pamiętać, że pochopność w tej sprawie przyniesie korzyść tylko siłom imperializmu.
Istotnym wątkiem mojego wystąpienia była trudna sytuacja gospodarcza. To chyba pierwszy raz na takim szczeblu trzeba było się zwracać również o dostawy papierosów i zapałek. Nie to było oczywiście najistotniejsze. Zwróciłem się o przyjazd do Polski przedstawiciela radzieckiego rządu, ściślej przewodniczącego Komitetu Planowania Nikołaja Bajbakowa, dla rozpatrzenia naszych postulatów gospodarczych. Poinformowałem o zamiarze przystąpienia Polski do Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Zgłosiłem też propozycję zwołania specjalnej sesji RWPG, poświęconej gospodarczym problemom, a zwłaszcza wykorzystaniu potencjału produkcyjnego Polski.
Przychylnie odniesiono się do postulatów gospodarczych. Zadeklarowano przełożenie spłat naszego zadłużenia na następne 5 - lecie. Zapewniono dodatkową ilość surowców dla przemysłu i towarów na zaopatrzenie ludności. Gospodarz spotkania oświadczył, że ograniczą dzienne racje żywnościowe w armii o 10 dkg chleba na jednego żołnierza i zaoszczędzone zboże przekażą na pomoc dla Polski. Chociaż nie były to dla nas wielkości strategiczne, to jednak był to dobry gest. Usłyszeliśmy też, że Związek Radziecki będzie pomagał tylko socjalistycznej Polsce.
Byliśmy zgodni z Wojciechem Jaruzelskim w ocenie problemów kraju i wspólnie rozważaliśmy, z czym wystąpić na krymskim spotkaniu. Premier w swoim przemówieniu wysoko ocenił przebieg IX Zjazdu, skupił się głównie na informacji o działaniach rządu, mówił o egzekwowaniu poszanowania prawa, podkreślił dobrą kondycję armii oraz przedstawił szeroko uwarunkowania naszej sytuacji gospodarczej.
I jeszcze refleksja. Będąc na Krymie czuliśmy się mocniejsi. Wpływały na to skutki stanowiska Komitetu Centralnego PZPR w sprawie listu KPZR z 5 czerwca oraz przebieg i wyniki IX Zjazdu PZPR. Niestety nic nie wskazywało na możliwość rezygnacji Moskwy z presji na siłowe rozwiązanie naszych problemów.
Wysoki Sądzie,
można powiedzieć bez obawy o błąd, że od połowy 1981r., wszystko w radzieckiej polityce wobec Polski zostało skupione na zmianie polskiego kierownictwa i wprowadzeniu stanu wojennego. Inne sprawy związane z naszą sytuacją, nawet te które dowodziły zmian na lepsze, nie budziły większego zainteresowania. Zniecierpliwienie kierownictwa KPZR brakiem skuteczności nacisku na nas osiągało szczyty. Poszukiwano coraz to nowych środków presji. Niezwykłe spiętrzenie wydarzeń i sygnałów w tej sprawie nastąpiło we wrześniu 1981 roku.
Mogłem się o tym przekonać już niespełna miesiąc po spotkaniu na Krymie. W dniu 11 września znowu doszło do mojej telefonicznej rozmowy z Leonidem Breżniewem. Przedstawiłem aktualna sytuację, nasze działania, zamiary. Wyjaśniłem też dlaczego mimo napięć i zagrożeń nadal nie zamierzamy sięgać po nadzwyczajne środki.
W wypowiedziach mojego rozmówcy nie było już nawet śladu tego klimatu wspomnianego spotkania na Krymie. Przedstawił on katastroficzne oceny tego co się w Polsce dzieje, szczególnie ostro odniósł się do przebiegu Zjazdu "Solidarności". Twierdził, że kontrrewolucja wyrywa władzę z rąk PZPR. Breżniew ostrzegał, że "pozostawianie bez konsekwencji wyzwania coraz bardziej bezczelnej "Solidarności" oznaczałoby otwarcie bram kontrrewolucji". Wzywał by bez zwłoki rzucić partię do zdecydowanej, bezkompromisowej walki z kontrrewolucją i nie ograniczać się tylko do jakiejś jednej formy walki. Jest to opisane w zbiorze dokumentów zawartych w książce IPN "Przed i po 13 grudnia" (Tom II str. 218-220).
Breżniew wypomniał mi, cytuję: "Na Krymie ty Stanisławie i Jaruzelski mówiliście, że macie na uwadze wykorzystanie najbardziej zdecydowanych środków przeciw kontrrewolucji. Gdzie są te środki? Mówiłeś również, że macie odpowiedni plan na wypadek wprowadzenia stanu wojennego. Kiedy chociaż jakaś część tego planu zostanie wreszcie zrealizowana?".
Nigdy z mojej strony nie było informacji, czy zobowiązań w sprawie terminu wprowadzenia stanu wojennego. Wszystko w tej sprawie sprowadzało się do formuły, że stan wojenny może być wprowadzony tylko wtedy, gdy będzie to konieczne. Nie było takiej konieczności w czasie krymskiego spotkania i nie było jej też w momencie mojej rozmowy z Breżniewem. Dlatego też nie mogło być żadnych zobowiązań w tej sprawie.
Bardzo znamienne było podkreślenie w rozmowie aktualności sławetnego listu z dnia 5 czerwca, którego zalecenia nie zostały uznane przez Komitet Centralny PZPR. Ten temat wracał jak mantra już trzeci raz. Po czerwcu, wpisano tezę o aktualności listu do projektu komunikatu o sierpniowych rozmowach na Krymie. Mój sprzeciw spowodował rezygnację z tego zapisu. Ponowne przywołanie dokumentu, który był symbolem skrajnego napięcia w stosunkach polsko-radzieckich miało swoją wymowę.
Jeszcze inny wątek rozmowy to powiązanie wydarzeń w Polsce z bezpieczeństwem socjalistycznej wspólnoty, gwarancjami nietykalności arterii komunikacyjnych o znaczeniu strategicznym, biegnących przez Polskę. Nie było wątpliwości, że mój rozmówca oczekuje niezwłocznego, natychmiastowego podjęcia siłowych rozwiązań.
Bezpośrednio po mojej rozmowie z Leonidem Breżniewem generał Jaruzelski przekazał mi relację o swoim spotkaniu, w czasie wielkich manewrów wojskowych na zachodnich obszarach Związku Radzieckiego, z marszałkiem Ustinowem. Obszerną informację w tej sprawie generał Wojciech Jaruzelski przedstawił Wysokiemu Sądowi w swoich wyjaśnieniach. W moich notatkach zapisałem z przekazanych mi relacji jeszcze jedno. Marszałek mówił, że siłowa konfrontacja w Polsce jest nieunikniona, bo żadne półśrodki sytuacji nie zmienią. Sugerował pod moim adresem by zwrócić się z dramatycznym orędziem do społeczeństwa, przedstawić do czego zmierza "Solidarność" i o tym jak skrajnie trudna jest sytuacja. Trzeba - radził - " zdecydować się na aresztowania bo was wyrżną, każdy dzień przynosi szkody". A więc ta sama tonacja, ta sama niecierpliwość jak i ze strony Breżniewa w rozmowie ze mną.
Nie trzeba było długo czekać, już po kilku dniach pojawił się akt odnoszący się do naszej sytuacji. W sensie formalnym było to oświadczenie ambasadora Związku Radzieckiego w imieniu Komitetu Centralnego KPZR i rządu ZSRR przedłożone mnie i premierowi Wojciechowi Jaruzelskiemu. Faktycznie były to dwie wizyty i wręczenia tekstów.
Radziecki sprzeciw wobec sytuacji w Polsce odnosił się do przebiegu Zjazdu "Solidarności" i przejawów antysowietyzmu. Podzielam w pełni stanowisko Wojciecha Jaruzelskiego w tej sprawie przedstawione w jego wyjaśnieniach. Znamienne było w radzieckim oświadczeniu skierowanie krytyki pod adresem kierownictwa PZPR i rządu. Napisano, że tolerancja ze strony władz polskich jest sprzeczna z polską konstytucją. Był to język listu z 5 czerwca 1981r. Podobne było też w oświadczeniu przekonanie jego autorów, że tylko uderzeniem można zmienić polską sytuację.
We wrześniu pojawiła się też rzecz nowa. W dniu 10 września otrzymałem depeszę Stanisława Długosza, zastępcy przewodniczącego Komisji Planowania, o rozmowach polskiej delegacji Moskwie w sprawie uzgodnienia dostaw do Polski surowców i innych towarów na 1982r. Zapowiedziano zasadniczą ich redukcję: prawie 38% spadek naszego importu ze Związku Radzieckiego, radykalne ograniczenie dostaw ropy naftowej (o 64%), gazu (o 47%), całkowite wstrzymanie dostaw oleju napędowego (1,8 mln ton). Nie było żadnych możliwości wyrównania skutków radzieckich zapowiedzi. Oznaczało to po prostu katastrofę.
Zastanawiałem się wówczas i dziś myślę o tym, czy te groźby były realne? W sensie technicznym była to sprawa prosta. Gorzej było na obszarze skutków politycznych. Nie trudno sobie wyobrazić społeczną reakcję, jej gwałtowność, na katastrofalne skutki bytowania i na sprawców tej sytuacji. Myślę, że na Kremlu to sobie uświadamiano. Był to więc po prostu szantaż. Jego skutki miały jednak i bezpośredni charakter. Wpływały na postawę kadr kierowniczych, na ich stosunek do kierownictwa PZPR i rządu, do linii politycznej, która stawała się przyczyną radzieckich gróźb. To nie była sprawa kameralna, posługiwano się nią szeroko.
Arsenał środków podejmowanych przez kierownictwo KPZR i inne partie krajów socjalistycznych dla rezygnacji z realizowanej w Polsce linii programowej, dla wprowadzenia stanu wojennego i zmiany w polskiej ekipie kierowniczej stawał się coraz szerszy.
Sięgano po środki niespotykane wcześniej w stosunkach międzynarodowych. Otóż po latach mogłem poznać dokument o zamiarach KPZR i innych partii krajów socjalistycznych, którego treść odnosi się do mnie.
Dowiedziałem się po latach, że 17 września 1981r. Biuro Polityczne KPZR rozpatrywało propozycję Ericha Honeckera w sprawie zwołania do Moskwy spotkania przywódców krajów socjalistycznych, na które miano zaprosić również mnie (odpowiedni zapis w księdze IPN "Przed i po 13 grudnia" Tom II str. 683). Cel tego spotkania miał być niezwykły. Przewidywano bowiem zwrócenie się do mnie o rezygnację z funkcji I sekretarza Komitetu Centralnego KPZR oraz opowiedzenie się za nowym kandydatem na to stanowisko.
Postanowiono jednak dokonać poważniejszej analizy sprawy oraz zapoznać się z poglądami innych przywódców "bratnich partii". Powierzono ministerstwom Spraw Zagranicznych i Obrony oraz odpowiedniemu wydziałowi Komitetu Centralnego przygotowanie stosownych propozycji. Determinacja Moskwy w tej sprawie była - jak widać nieodwracalna i narastająca.
Wysoki Sądzie,
takich przykładów, świadczących jak nieustanna była presja sojuszników na siłowe rozstrzygnięcia polskich konfliktów - było znacznie więcej. Jej sens, sens presji sprowadzał się nie tylko do likwidacji "Solidarności" - ze wszystkimi następstwami tego posunięcia. Nie mniej ważnym celem było cofnięcie procesów demokratyzujących państwo i życie społeczne, reformujących gospodarkę i sprzyjających narodowej integracji. Przyjęcia takich żądań było niemożliwe - tak jak nie można było przestać być sobą.
Po latach przybywa wiedzy, poznajemy nowe dokumenty traktujące o sojuszniczej ocenie naszej ówczesnej sytuacji, ale i o ich działaniach w Polsce. Chodzi przede wszystkim o dywersyjną indoktrynację polskich kadr kierowniczych, przekonywanie do negacji naszej linii programowej, do wprowadzenia stanu wojennego i zmiany kierownictwa.
Bardzo aktywne było sojusznicze wsparcie polityczne i materialne dla różnych grup lewackich, które prowadziły działalność przeciw linii kierownictwa PZPR. W tym celu wykorzystywano też wzajemnie uzgodnione kontakty przedstawicieli wojewódzkich struktur partyjnych i odpowiedników w Związku Radzieckim, Czechosłowacji i NRD.
Interesujące informacje we wszystkich tych sprawach zawiera zapis rozmowy Konstantina Rusakowa - sekretarza KPZR z Erichem Honeckerem - sekretarzem generalnym SED - z dnia 21 października 1981 (Księga IPN - Tom II str. 327-331).
Prowadzono też dywersyjne operacje wywiadowcze, często maskowane statusem dyplomatycznym, zwłaszcza ze strony Czechosłowacji i NRD. W Czechosłowacji sformowano wielką grupę operacyjną o nazwie "Sewer" (Północ), gromadziła ona materiały o postawie politycznej obywateli polskich ("zdrowych sił marksistowskich") z rożnych środowisk oraz oceny sytuacji politycznej w Polsce (Księga IPN - Tom II, str 124-133, 145-152). Inne materiały wskazują, że niektórzy polscy działacze zasilali przedstawicieli sojuszniczych służb różnymi awanturniczymi sugestiami w sprawie tego co się u nas dzieje.
Sądzę, że mam prawo uznawać, że te udokumentowane przykłady są nie tylko świadectwem radzieckich nacisków na stan wojenny, ich charakteru i natężenia. Jest to też dowód moich zmagań z tymi naciskami, wiarygodny dowód mojego stosunku do kwestii wprowadzenia stanu wojennego, stosunku - w określonych warunkach i czasie. Mam nadzieję, że Wysoki Sąd z wnikliwością odnieść się raczy do mojego postulatu, do moich ocen i ich motywów.
Wysoki Sądzie,
charakterystyczną cechą naszych trudności, był wzajemnie powiązany ich splot. Niezwykłe kłopoty gospodarcze, wciąż daleki od opanowania kryzys ekonomiczny zespalały się z napięciami politycznymi, z pogarszaniem się społecznych nastrojów.
Liczyliśmy, że IX Nadzwyczajny Zjazd PZPR stworzy klimat na rzecz społecznego współdziałania na rzecz wyprowadzenia Polski z kryzysu. Niestety, jego nowatorskie postanowienia spotkały się z niechęcią "Solidarności", w wkrótce i ze sprzeciwem. W wielu ośrodkach kraju zorganizowano tzw. "marsze głodowe", chociaż - jak wiadomo - głodu w Polsce nie było. Inną formą stał się ogólnopolski "marsz gwiaździsty" na Warszawę. Przypominam sobie wystąpienie jednego z członków Komitetu Centralnego PZPR na posiedzeniu w sierpniu 1981r. Był to Jan Mikulski, człowiek z Gór Świętokrzyskich z barwną partyzancką przeszłością. Tłumaczył on, by się nie martwić "marszem gwiaździstym" bo gdyby "ich" było 10 milionów, to by nie na Warszawę szli a wprost na Moskwę. Sytuacja nie skłaniała jednak do żartów. Jej wspólnym mianownikiem było to, że miejscem konfliktu stawała się ulica.
W Warszawie podjęto blokadę ronda na skrzyżowaniu ulicy Marszałkowskiej z Alejami Jerozolimskimi. Miał to być protest przeciw zakazowi przejazdu do Komitetu Centralnego i Urzędu Rady Ministrów. Trudno było wówczas wierzyć, że kolumny autobusów i innych samochodów zmierzają na dialog z władzą. Majstrowie od awantury szukali okazji. Takie fakty kojarzyły się z tragicznymi wydarzeniami z przeszłości.
W sierpniu 1981r. "Solidarność" przeprowadziła akcję "Dni bez prasy", polegającą na wstrzymaniu w całym kraju druku i kolportażu gazet codziennych. Był to przykład arogancji i demonstracja siły tej organizacji.
Dlatego właśnie kierowałem pod adresem inicjatorów ulicznych harców słowa perswazji i ostrzeżenia. Sytuacja się uspokoiła, ale na krótko.
Nowe powody do sprzeciwu przyniósł I Zjazd "Solidarności". Na dwa dni przed jego obradami skierowałem z trybuny posiedzenia Komitetu Centralnego słowa: "Zbliża się Zjazd "Solidarności". Jest to wydarzenie o niemałym znaczeniu dla tej organizacji i dla kraju. Nie jest obojętne jaki nurt weźmie górę na Zjeździe, jaki zostanie ukształtowany program, linia działania, jakie zostaną wybrane tam władze. Życzymy Zjazdowi, żeby stał się forum kształtującym program "Solidarności" jako związku zawodowego, program organizacji, która chce służyć robotniczemu interesowi i Polsce Ludowej. Taka organizacja jest potrzebna w naszym kraju. Będziemy ją oceniać i wyciągać wnioski nie na podstawie uprzedzeń ale faktów".
Niestety, nowe fakty, które przyniósł Zjazd "Solidarności" świadczyły, że wzięły tam górę siły skrajne. Programowe rozważania oznaczały proklamację walki a nie współdziałania z władzami. Uchwalone na Zjeździe "Posłanie do ludzi pracy Europy Wschodniej" miało prowokacyjna wymowę. Dokument ten faktycznie usprawiedliwiał, na zasadzie wzajemności, obce działania polityczne w naszym kraju. Znamienne było, że Lech Wałęsa, przywódca "Solidarności" otrzymał w wyborach na Zjeździe tylko 5% głosów więcej niż wymagane minimum.
Powstała nowa, niebezpieczna sytuacja. Dlatego i reakcja ze strony kierownictwa PZPR musiała być ostra. Ogłoszone zostało specjalne oświadczenie Biura Politycznego PZPR. Zajęła stanowisko w tej sprawie Rada Ministrów. Słowa niepokoju w związku ze Zjazdem "Solidarności" wyraziły też naczelne władze Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego i Stronnictwa Demokratycznego.
Narastało społeczne zaniepokojenie o przyszłość kraju, obawy o groźne wydarzenia. Było to spotęgowane przez wspomniane wcześniej oświadczenie Moskwy w sprawie sytuacji Polsce. Stanowiło ono świadectwo nowego napięcia w stosunkach radziecko-polskich.
Na tym tle, w szerokiej skali, występowały pytania o to co będzie z Polską. Taki nastrój odczuwało się nie tylko w bazie partyjnej, ale i w szerokich kręgach społeczeństwa. Dyskutowaliśmy o tym na posiedzeniu Biura Politycznego 15 września 1981r. Była zgodność, że musi nastąpić skuteczne przeciwdziałanie sytuacji. Wyraźne było jednak zróżnicowanie poglądów, od postulatu modyfikacji polityki do żądania skrajnych rozwiązań (Tom 23, k.4446).
Wkrótce, bo 16 i 17 września taka otwarta dyskusja była prowadzona na naradzie z udziałem członków Biura Politycznego, przedstawicieli rządu, szefów wojewódzkich organizacji PZPR oraz kierowników wydziałów Komitetu Centralnego. Dyskutanci podkreślali, że partyjna baza oczekuje zdecydowanych działań "góry". Mówiono, że narasta krytyka Biura Politycznego i topnieją nadzieje związane z rządem Wojciecha Jaruzelskiego. Ponawiane były żądania rewizji linii porozumienia. Sygnalizowano, że ożywienie jakie miało miejsce po IX Zjeździe PZPR, osłabło w efekcie agresywnych działań "Solidarności" i braku energicznego przeciwdziałania administracji państwowej. Informowano, że w partii i "Solidarności" rosną obawy przed konfrontacją.
Były też skrajne oceny i wnioski. Niektórzy uważali, że siłowa konfrontacja jest nieunikniona. Zbliżamy się do tego i trzeba zamknąć polskie granice. Na bojaźni przed siłowym konfliktem - mówiono - dużo już straciliśmy. Inni polemizowali z takimi opiniami, podkreślając że sytuacja ich nie uzasadnia. Pojawiły się więc bardzo zróżnicowane opinie, w sumie jedna przeważało zniecierpliwienie. Nacisk na radykalne rozwiązania, chociaż nie wyrażał poglądów większości działaczy partyjnych, to jednak prezentowany był najśmielej i najgłośniej.
W swoim wystąpieniu uznawałem zasadność dyskusji o dotychczasowych metodach rozwiązywania kryzysu, zwłaszcza kryzysu politycznego. Uważałem, że jest to uzasadnione nową sytuacją i potrzeba dokonywania świadomych wyborów. Nie mogłem wykluczyć, że może powstać stan, w którym wbrew naszej woli dojdzie do siłowej konfrontacji. Obowiązkiem władzy jest przygotowanie struktur państwa również do sytuacji nadzwyczajnej. Zarazem jednak przekonywałem, iż potrzebna jest rozwaga, bo trzeba uświadamiać sobie rozmiary potencjalnych tragicznych następstw takich działań dla narodu. Stałem więc na stanowisku, iż na pierwszy plan wysunąć trzeba polityczną ofensywę uzupełnioną w szerszej niż dotychczas skali o środki administracyjnego reagowania na naruszanie i łamanie prawa.
Wybór takiej polityki uzasadniałem nie tylko skutkami siłowego zderzenia, ale i tym, że sytuacja mino trudności nie daje podstaw do myślenia o nim. Sojuszników winniśmy szukać nie tylko wśród tych, którzy deklarują gotowość obrony państwa, ale i wśród życzliwie neutralnych ludzi. Każdy, kto jest zdolny do zrozumienia, czym byłaby konfrontacja, jest naszym sojusznikiem. Wniosek z mojego rozumowania był jeden: linia porozumienia jest nadal aktualna.
Wysoki Sądzie,
pojawiały się fakty, których wymowa przemawiała za przedstawioną orientacją polityczną. Istotnym wydarzeniem był list otwarty grupy intelektualistów wzywający "Solidarność" i władze państwowe do zaniechania w imię nadrzędnego interesu kraju kampanii i działań eskalujących napięcie. List zawierał znamienne stwierdzenie: "Wielka szansa polskiego socjalizmu, wielka szansa odrodzenia narodowego, wielka szansa sojuszniczych stosunków z naszymi sąsiadami, wielka szansa Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, która zachowując socjalistyczne zasady ustrojowe dokona dzieła demokratycznej, samorządnej reformy i pełnego przywrócenia narodowi jego suwerennych praw, wciąż jest przed nami. Kto tego nie rozumie, kto tę szansę odrzuca, by wejść na drogę konfrontacji, jest nieprzyjacielem narodu polskiego". Takie były słowa ludzi, którzy byli w większości związani z "Solidarnością". Wśród sygnatariuszy listu byli przedstawiciele różnych środowisk, a wśród nich: Czesław Bobrowski, Kazimierz Brandys, Stefan Bratkowski, Andrzej Drawicz, Dariusz Fikus, Władysław Findaisen, Gustaw Holoubek, Adam Kersten, Henryk Samsonowicz, Stanisław Stomma, Klemens Szaniawski, Ryszard Reiff, Jan Szczepański, Andrzej Wajda.
Innym sygnałem społecznej reakcji na zagrożenia były badania opinii społecznej. W moich zasobach archiwalnych zachował się opis badania opinii w sprawie napięć w kraju. Tego dotyczy raport Ośrodka Badania Opinii Publicznej Polskiego Radia i Telewizji z jesieni roku 1981. Czytamy tam, że aż 90% ankietowanych odczuwało stan napięcia wśród ludzi. Znamienne były prognozy rozwoju sytuacji. Otóż w badaniach z 20 września 50% wyrażających swoje opinie było przekonanych, że w niedługim czasie dojdzie do próby sił i użycia przemocy, a 6 października tak uważało 22%, tj. mniej niż połowa stanu sprzed dwóch tygodni. Wśród obawiających się konfrontacji, w dniu 20 września 51% było takich, którzy uważali, że przyczynią się do niej władze, a 6 października tak przewidywało 37%.
W sondażu na temat odpowiedzialności za niedobre stosunki władzy i "Solidarności" w dniu 20 września 35% ankietowanych obciążało odpowiedzialnością władze a 6 października było takich 21%.
Kierunek zmian jest bardzo wyraźny, są one dynamiczne i wymowne. Liczyłem, że opisane tendencje będą sprzyjać aktywności społeczeństwa i jego naciskom na postawę "Solidarności". Był to wyraźny symptom nadziei, że będzie rosnąć społeczne ciśnienie przeciw postawom skrajnym, za dialogiem i porozumieniem.
W partii wciąż toczyły się spory w sprawie jej polityki w nowych warunkach, pełnych napięć i niezwykłych kłopotów gospodarczych. W połowie października o tych sprawach debatował Komitet Centralny. Były podstawy do wielkiego niepokoju o rozwój sytuacji. Ale w swoim wystąpieniu oceniałem, że wielkie niebezpieczeństwa dla klimatu społecznego, dla państwa i gospodarki stanowią niekorzystne przemiany w "Solidarności" w kierunku opozycyjnej siły politycznej. Nadal uważałem jednak, że nie jest to proces nieodwracalny, i mówiłem: " "Solidarność" może być ważną siłą konstruktywną, gdy w zgodzie z duchem Porozumień Sierpniowych z 1980 roku opowie się programowo i praktycznie po stronie socjalistycznej odnowy, skieruje energię na reformy i pracę, nie będzie jej trawić w negacji i destrukcji. Od tego zleży nie tylko przyszłość związku, lecz w niemałym stopniu również teraźniejszość i przyszłość naszego kraju".
Wobec trudnej sytuacji gospodarczej i zagrożeń, jakie ona niosła, zwłaszcza na okres zimy, wystąpiłem z konieczną, choć niepopularną propozycją zawieszenia strajków na okres miesięcy jesienno-zimowych oraz zrezygnowania w tym czasie z wolnych sobót w górnictwie i w tych zakładach przemysłowych, którym można było zapewnić surowce niezbędna do produkcji.
Bardzo ważną kwestią było przywrócenie funkcjonowania prawa, zdecydowane występowanie przeciw anarchii i poczynaniom zmierzającym do bojkotowania ustaw. Proponowałem uznanie za celowe wyposażenie rządu w prawo "do działań wszystkimi środkami, jakie okażą się niezbędne dla obrony socjalizmu, dla przywrócenia porządku prawnego, dla zatrzymania destrukcyjnych procesów w gospodarce narodowej.
Kiedy podkreślałem potrzebę wyrzeczeń i liczenia się z wysoką ceną opanowania kryzysu, wyraźnie zabrzmiała w moim referacie dyrektywa: "Nie wolno jednak zapłacić ceny najwyższej". Była to więc pewna modyfikacja linii politycznej, ale nadal obowiązywał program IX Zjazdu PZPR. Zapowiedziane zostało uchwalenie ustaw o związkach zawodowych, o radach narodowych i spółdzielczości.
Ton dyskusji był ostrzejszy niż treści referatu. Krytykowano małą skuteczność działania, pobłażliwość wobec działań podejmowanych przez różne ogniwa "Solidarności". Pojawiły się też głosy wyrażające nieufność w stosunku do kierownictwa partyjnego i wobec mnie. Były też choć nieliczne, żądania podjęcia skrajnych działań.
W czasie obrad Komitetu Centralnego odbywały się też liczne spotkania członków Biura Politycznego. Na jednym z nich przedstawiłem zamiar rezygnacji. Jedni protestowali przeciwko temu zapowiadając również swoje ustąpienie, inni uważali, że najlepiej będzie, jeśli zaostrzenie w naszej polityce dokona się pod moim kierownictwem, a jeszcze inni, że zmiana na najwyższej funkcji będzie spektakularnym dowodem traktowania potrzebnej stanowczości na serio.
W dniu 17 października wieczorem odbyły się w kilku grupach pod przewodnictwem członków Biura Politycznego spotkania członków Komitetu Centralnego. Część, choć niewielka, uczestników uznała, że zmiana I sekretarza będzie sprzyjać bojowości i skuteczności działania partii.
Biorąc to wszystko pod uwagę oraz wcześniejsze wydarzenia, w następnym dniu przedstawiłem swoją rezygnację z funkcji jako kwestię nie do dyskusji a do głosowania. Był to mój wybór, pod wpływem przemyśleń ale i okoliczności w jakich przyszło mi działać.
Rezygnacja została przyjęta niewielką przewagą głosów. Odszedłem ze swojej ważnej funkcji i w ważnym okresie. Miałem dużo czasu na myślenie o tym czego dokonałem i jakie były zaniechania. Wśród tych spraw był i stan wojenny. Niezmiennie, do dziś sądzę, że w okresie gdy ta decyzja zależała w niemałym stopniu ode mnie nie było ani jednego dnia, w którym można by to uznać za racjonalne rozwiązanie. To nie znaczy, że to wszystko i dla wszystkich było oczywiste.
Źródło: Gazeta Wyborcza