Z jednej strony Kaczyński miał rację, bo Gruzję trzeba wspierać, a
Rosja nie może grać światu na nosie, podejmując zobowiązania, z których się potem nie wywiązuje.
Ale wyprawa prezydentów w góry mogła zakończyć się tragicznie. Pomyślmy - co by było, gdyby rosyjski, czy osetyjski dowódca posterunku wydał rozkaz ostrzału prezydenckiej kolumny? Pół biedy gdyby ucierpieli dziennikarze, których ktoś nie wiedzieć czemu wystawił na początek kolumny. A gdyby został ranny prezydent Kaczyński? Albo jeszcze gorzej?
Co wtedy powinna zrobić Polska? Wypowiedzieć Rosji wojnę? Zbombardować Kaliningrad? W końcu atak na głowę państwa nie może pozostać bezkarny. Co powinno zrobić w takiej sytuacji NATO? Wywiązać się z artykułu V Traktatu Waszyngtońskiego mówiącego o solidarności członków NATO w razie napaści na jednego z nich?
Dobre intencje prezydenta Kaczyńskiego, by pomóc Gruzji, mogły doprowadzić do wywołania potężnego kryzysu. Największego w naszym regionie od upadku ZSRR, a być może nawet o skutkach globalnych. Czy prezydent Kaczyński wziął to pod uwagę? Obawiam się, że nie.
I choć szanuję wysiłki prezydenta, by świat nie był obojętny wobec sytuacji w Gruzji, to tym razem Kaczyński przesadził. Ten konflikt nie jest czarno-biały. W sierpniu pierwsza wystrzeliła
Gruzja, co potwierdza raport OBWE. Choć Rosjanie nie są bez winy, to do wojny doprowadziła gorąca krew gruzińskiego prezydenta. Zresztą
Micheil Saakaszwili nie raz udowodnił, że ma gorącą, kaukaską głowę. Kolejna zbrojna awantura byłaby jednak dla Gruzji i całego regionu niedźwiedzią przysługą.
Lech Kaczyński byłby bardziej wiarygodny, gdyby pomagał Gruzji np. lobbując za wzmocnieniem Partnerstwa Wschodniego UE, które ma pomóc państwom byłego ZSRR. Jego niedzielna wyprawa w gruzińskie góry to awanturnictwo.