http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gdy skończę szkołę, zostanę piratem

Wojciech Jagielski
2008-11-25, ostatnia aktualizacja 2008-11-25 11:37

Somalijscy piraci, schwytani przez kenijską policję 18 listopada 2008 r. Aresztowano ośmiu mężczyzn, kilku innych postrzelono podczas próby ucieczki, kiedy piraci usiłowali porwać statek towarowy
Somalijscy piraci, schwytani przez kenijską policję 18 listopada 2008 r. Aresztowano ośmiu mężczyzn, kilku innych postrzelono podczas próby ucieczki, kiedy piraci usiłowali porwać statek towarowy
Fot. AP

Wystarczy, żebyś skrzyknął się z kilkoma przyjaciółmi, kupił za pożyczone pieniądze karabiny i łódź, porwał jakiś statek, a jutro obudzisz się milionerem

Na piaszczystych wybrzeżach pogrążonej w wiecznych wojnach Somalii wyrosła republika piratów zagrażająca międzynarodowej żegludze. Tylko w tym roku, biorąc okupy za porwane statki, somalijscy piraci zarobili prawie 50 milionów dolarów, a w ich niewoli wciąż znajduje się 16 jednostek i ponad 250 marynarzy.



Piraci porywają i łupią statki nie tylko w Zatoce Adeńskiej, głównym szlaku morskim między Europą i Azją, ale także na otwartych oceanach. "Nie mamy z nimi żadnych szans - przyznał niedawno somalijski minister żeglugi Ahmed Said Awnur. - Mają więcej pieniędzy, lepszą broń, szybsze statki i łodzie, a w dodatku mają znajomości, co sprawia, że w swoich miastach na wybrzeżu mogą się czuć bezpieczni i bezkarni. Nie boją się nawet obcych wojsk, bo chowają się wśród cywilów lub za plecami zakładników. Nic im nie można zrobić".

Najpotężniejsze państwa świata posłały do walki z piratami wojenną armadę.

Jałowa kraina ogłasza niepodległość

Długi na pół kilometra saudyjski supertankowiec "Sirius Star" z dwoma milionami baryłek ropy naftowej wartymi ponad sto milionów dolarów płynął w kierunku Przylądka Dobrej Nadziei, by, okrążywszy Afrykę, ruszyć do Ameryki. Piraci zaatakowali go 15 listopada prawie tysiąc kilometrów od afrykańskich wybrzeży.

Z łatwością dognali powolnego, głęboko zanurzonego kolosa. Nie potrafił jak inne statki przyspieszyć czy zmienić kurs, by utrudnić piratom wejście na pokład. Wyposażony w najnowsze wynalazki techniki był niemal zdalnie sterowany i obywał się prawie bez marynarzy (cała załoga liczyła ledwie 25 ludzi).

Kapitan i oficer techniczny to Polacy. Nie pierwsi, którzy dostali się do niewoli somalijskich piratów. Pod koniec lat 90. u wybrzeży Somalii piraci napadli i zamordowali polskiego żeglarza Krzysztofa Zabłockiego, który samotnie opływał świat. Wcześniej zaatakowali tam polski statek "Bolesław Krzywousty".

Piraci są królami życia. Mieszkają w pałacach, które wyrastają wśród ruder i lepianek w rybackich wioskach i portowych miasteczkach. Rozjeżdżają bezdroża drogimi terenówkami, kupują garściami najnowocześniejsze telefony komórkowe i laptopy, żują świeże liście khat - rośliny o działaniu narkotycznym



Opanowany przez piratów "Sirius Star" zawrócił i popłynął w kierunku wybrzeży Somalii. Kotwicę rzucił w pobliżu miasteczka Harardhere, od dawna znanego jako piracka twierdza. Tam właśnie kończy swoją wędrówkę wiele uprowadzanych przez korsarzy statków, a ich załogi miesiącami czekają na okup.

Tę pustynną, kamienistą, jałową krainę nazywają tu Puntlandem. Przed dziesięcioma laty, gdy Somalia pogrążała się w wojennym chaosie, starszyzna miejscowych rodów uradziła, że jedynym ratunkiem będzie ogłosić niepodległość i odgrodzić się od reszty somalijskiego nieszczęścia. Wcześniej tak właśnie postąpili mieszkańcy północnego skrawka Somalii, którzy utworzyli tam własne państwo Somaliland. Nikt na świecie nie uznał ani Somalilandu, ani Puntlandu.

Stolica Puntlandu Bosaso była niegdyś rybackim portem dorabiającym sobie na kontrabandzie przez Zatokę Adeńską do Jemenu. Niewielu obcych odwiedza dziś Bosaso, miejsce zaniedbane i ponure. Nieliczni zagraniczni dziennikarze, którzy chcą wszystko zobaczyć na własne oczy, muszą wynajmować zbrojną świtę strzegącą ich przed porywaczami i handlarzami żywym towarem.

Brzydkie, biedne, zaśmiecone, senne i pogrążone w bezruchu są też inne tutejsze rybackie miasteczka i osady: Garowe, Eil, Hobjo i Harardhere. Nie wyglądają na światową stolicę piratów - współczesną Tortugę, na której rządził piracki król Henry Morgan.



Każda rodzina żyje z piractwa

Wystarczy jednak, by po wybrzeżu rozeszła się wieść, że piraci porwali nowy statek i żeglują nim w kierunku któregoś z miejscowych portów, a w miasteczkach zaczyna się wrzenie. Na brzegu gromadzą się tragarze, by zarobić parę groszy na wyładunku łupów. Do portów ściągają handlarze walutą i lichwiarze, szynkarze otwierają gospody, właściciele hotelików sprzątają pokoje, właściciele straganów wykładają nowe towary, majstrzy budowlani wyciągają narzędzia.

Drogimi terenowymi samochodami zjeżdżają elegancko ubrani małomówni mężczyźni przedstawiający się jako księgowi, doradcy inwestycyjni, eksperci w prowadzeniu biznesowych negocjacji. Przybywają nawet urzędnicy z Bosaso, a bywa, że aż z Mogadiszu.

Mohamud Muse Hersi, prezydent samozwańczego Puntlandu, niegdyś rabuś i watażka, zapytany przez dziennikarza, czy to prawda, że jego urzędnicy utrzymują konszachty z piratami, odparł: "To więcej niż prawda". Budżet całego Puntlandu sięga najwyżej 20 milionów dolarów - połowy pirackich zysków.

Bosaso, Eil, Garowe i Harardhere żyją z piractwa i służą piratom. Tutejsze sklepy zaopatrują ich we wszystko, co niezbędne, na łupieżcze wyprawy, apteki dostarczają lekarstw. Tylko broń sprowadzana jest z Jemenu lub Mogadiszu. W miejscowych hotelach i knajpach piraci mieszkają, jedzą i używają życia. Tu także przetrzymują branych do niewoli zakładników. Na tutejszych straganach kupują żywność.

Somalijscy piraci znani są z tego, że dbają o jeńców. Nie ze szlachetności, lecz z wyrachowania. W rybackich portach nie ma dźwigów, które mogłyby rozładować towary z uprowadzonych statków. Pirackim łupem są więc same statki i brani do niewoli marynarze. Piraci starają się, by nikomu włos z głowy nie spadł, bo w ten sposób wytargują wyższy okup. I rzeczywiście, poza kilkoma nieszczęśliwymi wypadkami (pewien rosyjski kapitan umarł podczas porwania na serce, a przypadkowo wystrzelony pocisk trafił w głowę marynarza z Filipin) żadnemu z jeńców nie stała się krzywda. Są dobrze żywieni, trzymani w znośnych warunkach, porywacze pozwalają im się nawet modlić.

Źródło: Duży Format
  • 12 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':