Nie wiadomo, kto i kiedy skatował Michaiła Bekietowa, znanego w całej Rosji redaktora gazety z podmoskiewskich Chimek, który oskarżył lokalne władze o sprofanowanie grobów lotników radzieckich. Wiadomo, że tydzień temu dzwonił do znajomych i skarżył się, że właśnie ktoś przez telefon straszył go, iż się z nim rozprawi. Bał się, bo już wcześniej napadali na niego "nieznani sprawcy", a w maju 2007 r. ktoś wysadził w powietrze jego samochód.
W czwartek pod wieczór sąsiadka zobaczyła Bekietowa leżącego przed swoim domem. Miał zgruchotaną głowę, był nieprzytomny. Lekarze orzekli, że na zimnym asfalcie musiał leżeć co najmniej dobę. Cudem nie zamarzł.
W szpitalu w Chimkach medycy uznali stan rannego za beznadziejny. Przyjaciele zabrali go do moskiewskiej kliniki, gdzie lekarze amputowali mu nogę i obiecali, że spróbują go uratować, wydostając z mózgu odłamki zgruchotanej łomem czaszki. Wczoraj Radio Echo Moskwy raz za razem powtarzało dramatyczne apele o oddawanie krwi dla rannego.
Bekietow, o którym znajomi mówią, że jest waleczny i uparty, stał się sławny w kwietniu 2007 r., gdy
Rosja oburzała się na władze Estonii, które usunęły z centrum Tallina mogiły i pomnik żołnierzy radzieckich. Padały oskarżenia o profanację, barbarzyństwo.
I właśnie wtedy gazeta Bekietowa - "Chimkinskaja Prawda" - napisała, że coś podobnego zdarzyło się tuż pod Moskwą. Władze kazały usunąć znajdującą się nieopodal szosy Moskwa - Sankt Petersburg mogiłę sześciu lotników ZSRR poległych zimą 1941-42. Robotnicy rozryli groby koparką. Kości w pośpiechu zapakowali do worka. Część z nich porzucili na ziemi. Potem okoliczni mieszkańcy przynosili je do redakcji.
Za "Chimkinską Prawdą" napisały o tym dzienniki stołeczne, skandalem zajęły się centralne kanały telewizyjne.
Bekietow oskarżył o profanację mera Chimek Władimira Strelczenkę. Kilka razy wzywał go do złożenia publicznych przeprosin. Władza odpowiedziała na krytykę. Po trzeciej publikacji samochód dziennikarza wyleciał w powietrze.
Ale "Chimkinskaja Prawda" uparcie krytykowała dalej. Tym razem przyczepiła się do planów wycinki lasów przy szosie ze stolicy do Sankt Petersburga, która ma być wkrótce zmieniona w autostradę. Ziemia przy niej będzie więc na wagę złota. Władze miejscowości położonych przy drodze chcą wyciąć lasy, by zarobić na sprzedaży działek.
Do obrony lasów Bekietow wezwał mieszkańców okolicznych miast -Schodni, Bałaszichy, Dołgoprudnego. Pomagali mu redaktorzy dwu innych opozycyjnych gazet - "Forum Obywatelskiego" i "Porozumienia Obywatelskiego".
Jak napisała wczorajsza "Nowaja Gazieta", pierwsze z gry wypadło "Forum". Nieznani sprawcy pobili gazrurką redaktora naczelnego Jurija Granina, a zaraz potem został napadnięty sekretarz redakcji. Gazeta przestała się ukazywać.
Redaktor naczelny "Porozumienia" Anatolij Jurow oberwał trzy razy. Po drugim razie napisał list do prezydenta Rosji, prosząc o obronę przed samowolą miejscowej władzy. Wtedy nieznani sprawcy pocięli go nożem. Jurow też zrezygnował z wydawania pisma.
Na polu bitwy został tylko Bekietow.
- W tle skandali w Chimkach są ogromne pieniądze. Władze chcą wyciąć lasy, kazały w barbarzyński sposób zniszczyć mogiłę bohaterów wojny światowej, bo na sprzedaży tak "oczyszczonej" ziemi pod hotele czy knajpy można zbić fortunę - tłumaczy mi Borys Timoszenko z moskiewskiej Fundacji Obrony Głasnosti, która starała się wspierać redaktora "Chimkinskiej Prawdy".
Dodaje, że takie rozprawy z dziennikarzami kilka lat temu zdarzały się w Rosji często. Dziś są rzadkością.
-Ale nie dlatego, że sytuacja jest lepsza. Po prostu lepiej działa autocenzura. Dziennikarze sami wiedzą, czego unikać, i tylko nieliczni ryzykują, biorąc się do tematów niebezpiecznych -uważa Timoszenko.